Niedoszły futbolista, młody tata i talent skrojony pod NBA. Cade Cunningham ma przywrócić blask Pistons

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
Detroit Pistons NBA Cade Cunningham
Fot. Nic Antaya/Getty Images

Detroit Pistons mają swojego nowego wybawcę. To 19-letni Cade Cunningham, którego zgodnie z przewidywaniami wybrali z pierwszym numerem draftu NBA. Tym samym dodali do składu niezwykle wszechstronnego gracza. Ten w perspektywie najbliższych lat powinien stać się liderem zespołu i prawdziwą gwiazdą ligi, która przywrócić Detroit dawno niewidziane w mieście mistrzowskie aspiracje.

Sporo się podziało w tegorocznym drafcie, choć na samej jego górze był spokój. Detroit Pistons się nie ugięli i swojej jedynki w naborze nie oddali. Zamiast tego postawili na bezpieczny wybór i sięgnęli po Cade’a Cunninghama. 19-latek od miesięcy był pewniakiem do wyboru z pierwszym numerem. Mieszanka bardzo dobrych warunków fizycznych z naturalnym talentem do gry powodują, że Cunningham ma fantastyczny potencjał. Już za kilka lat możemy o nim mówić jak o najbardziej wszechstronnym graczu w NBA.

ŚLADAMI OJCA

Zaraz wielką karierę rozpocznie Cade, ale u jej progu był już kiedyś jego ojciec. W latach 80. poprzedniego wieku Keith Cunningham był jednym z najbardziej utalentowanych rozgrywających futbolu amerykańskiego w całym kraju. Miał zagrać na Texas Tech. i tam szlifować umiejętności, które pozwoliłyby na grę w NFL. Ostatecznie wszystko przekreśliła nieszczęśliwa kontuzja. Gdy latem 1985 roku Keith pomagał przestawiać meble w domu swojej matki, spadł na niego wentylator sufitowy.

Wentylator przeciął mu przedramię i uszkodził więzadła. Na tyle mocno, że Cunningham nie był już w stanie wrócić do dawnego poziomu.

Wytrzymał jeszcze dwa lata i zdecydował się zakończyć przygodę z futbolem amerykańskim. Pograł jeszcze trochę w amatorską koszykówkę, a potem zajął się pracą niezwiązaną ze sportem. Cade’owi przekazał jednak w genach sporo dobrego, w tym przede wszystkim świetną wizję gry oraz pewien zmysł przewidywania, którym młody Cunningham zachwyca dziś ekspertów.

Początkowo Cade chciał jednak iść śladami ojca. – To futbol amerykański był moją pierwszą miłością – stwierdził nawet w jednym z wywiadów. Ostatecznie bardziej zakochał się w koszykówce, choć dzięki grze w roli quarterbacka było mu potem łatwiej. Widział więcej, lepiej czuł grę i potrafił świetnie uruchomić swoich kolegów. Zostało mu to do dzisiaj i jest jednym z wielu jego atutów. W młodości Cunningham podpatrywał zresztą wielu koszykarzy, ale jego ulubionym graczem do dziś pozostaje Dirk Nowitzki.

Z KUŹNI TALENTÓW

Rodzina Cunninghamów miała wobec Cade’a konkretny plan. To dlatego po drugim roku szkoły średniej w rodzimym Teksasie wysłała go na Florydę do renomowanej akademii Montverde, którą od lat prowadzi znakomity trener Kevin Boyle. To spod jego skrzydeł wyfrunęli w ostatnim czasie m.in. D’Angelo Russell, RJ Barrett czy wreszcie Ben Simmons i Kyrie Irving (obaj wybrani tak samo jak Cunningham z pierwszym numerem w drafcie). Tym samym młody zawodnik miał grać z najlepszymi i przeciwko najlepszym.

Był to dla niego spory skok, ale Cade poradził sobie znakomicie. Zresztą już w Teksasie jako ledwie 14-latek zaczął przyciągać sporą uwagę. Na jednym z meczów szkoły średniej Bowie w Arlington pojawił się Mike Boynton, ówczesny asystent na uniwersytecie Oklahoma State. Był tam dla Kylera Edwardsa, ale ktoś inny wyróżniał się bardziej. Ze względu na warunki fizyczne – Cade mierzył już wtedy ponad 195 centymetrów – Boynton był przekonany, że ten nieznany mu gracz jest na ostatnim roku szkoły średniej.

Po meczu zapytał więc o niego trenera drużyny Bowie i wielkie było jego zdziwienie, gdy okazało się, że wspomniany zawodnik to ledwie 14-letni wtedy Cunningham, który dopiero co zaczął naukę w szkole średniej. Boynton zapisał sobie nazwisko i karierę Cade’a zaczął mocno śledzić, będąc przekonanym, że to najlepszy gracz w swoim roczniku w całym kraju. Cunningham z roku na rok zaczął dawać mu zresztą coraz więcej powodów, by rzeczywiście tak myśleć. Tym bardziej że na Florydzie odnalazł się fantastycznie.

Już w pierwszym sezonie w akademii Montverde pokazał się z dobrej strony. Zaliczył m.in. świetny występ w starciu z inną „wylęgarnią” talentów na miarę NBA, czyli zespołem Oak Hill. Na stałe zaczął grać jako rozgrywający, choć w Teksasie częściej bywał skrzydłowym. Dał się też poznać jako lider z prawdziwego zdarzenia, a w drugim sezonie poprowadził drużynę do perfekcyjnego bilansu 25-0. Statystyki miał znakomite, ale też gołym okiem widać było naturalny talent, który niemal każdego meczu pozwalał mu dominować.

RODZINA PRZEDE WSZYSTKIM

Po dwóch latach na Florydzie przyszedł czas, by podjąć decyzję, co zrobić dalej. Po głowie chodziło nawet skrócenie sobie drogi do NBA i wcześniejsze pójście na studia – tak, by znaleźć się już w drafcie 2021. Ostatecznie jednak Cade niczego nie chciał przyspieszać. W międzyczasie pojawiła się zresztą w jego życiu niezwykle ważna osoba, czyli córeczka Riley. Dla Cunninghama stała się oczkiem w głowie i jednym z powodów, dla których postanowił zagrać na uniwerku Oklahoma State, choć oferty miał też od UNC, Kentucky czy Duke.

W ten sposób pozostał bowiem blisko rodziny. Kampus uniwersytetu mieści się bowiem około czterech godzin jazdy od Arlington. Pomógł też fakt, że w sztabie szkoleniowym Kowbojów znalazł się jego starszy brat Cannen. – To mój najlepszy przyjaciel i ktoś, za kim podążam w każdej sprawie – mówił Cade, choć dodał, że brat (który w 2015 roku przez chwilę był graczem Czarnych Słupsk, ale nie zagrał w ani jednym meczu i po kilku tygodniach rozwiązano z nim kontrakt) wcale nie naciskał w sprawie wyboru uniwersytetu.

Cunningham miał zresztą okazję zmienić jeszcze zdanie, gdy w czerwcu 2020 roku okazało się, że NCAA wykluczyła Oklahoma State z turnieju NCAA w 2021 roku. Powodem był skandal łapówkarski z udziałem Lamonta Evansa, czyli byłego asystenta w zespole Cowboys. Mimo tego Cade ze swojej decyzji się nie wycofał. Nie chciał zawieść kolegów z zespołu, ale też trenera Boyntona – tego samego, który kilka lat wcześniej obserwował go w akcji jeszcze w szkole średniej Bowie. Miał też zobowiązania wobec swojej rodziny.

W jednym z wywiadów mówił, że sporo w jego życiu zmieniły narodziny Riley. – Sprawiły, że jeszcze mocniej skupiłem się na sporcie, który kocham, gdyż wiem, jak bardzo moja praca i gra w koszykówkę może pomóc mojej rodzinie – stwierdził. Kowboje ostatecznie w turnieju NCAA zresztą zagrali, odwołując się od kary wykluczenia, choć podopieczni szkoleniowca Boyntona odpadli już w drugiej rundzie. Cunningham swój jedyny sezon na OSU zakończył jednak jako najlepszy debiutant i ogólnie gracz konferencji Big 12.

STWORZONY POD NBA

W kwietniu Cade ogłosił, że kolejnego sezonu w NCAA nie będzie. I niemal z miejsca stał się faworytem do wyboru z pierwszym numerem w drafcie. Gdy w czerwcu loterię wygrali Detroit Pistons, od razu pojawiły się informacje, że Cunningham odbędzie tylko jeden trening pokazowy przed naborem – właśnie w Detroit. Określany jest jako najbardziej kompletny zawodnik w tegorocznym drafcie i trudno się z tym nie zgodzić. W jego grze nie ma dziur, a porównania do m.in. Luki Doncica obrazują, z jakim talentem mamy do czynienia.

Cunningham już teraz ma w repertuarze rzuty za trzy z odejścia, a choć nie jest najbardziej atletycznym zawodnikiem w tegorocznym naborze, to i tak z łatwością potrafi kreować sobie rzuty po dryblingu. W trakcie swojego jedynego sezonu w NCAA zbyt często decydował się na próby z trudnych pozycji, ale po części wynikało to ze słabego spacingu OSU oraz braku typowego rozgrywającego w zespole. 19-latek miał problemy z elitarnymi defensorami jak na przykład Davion Mitchell z Baylor, choć potrafił wrócić z odpowiedzią na kolejne starcie.

Bardzo dobrą wiadomością dla fanów Pistons jest to, że Cade trafił w poprzednim sezonie aż 41 procent z 136 trójek. Ale też to, że potrafi świetnie rozgrywać akcje pick-and-roll, bo przy swoim wzroście (203 centymetry) ma naprawdę dobry przegląd pola i wizję gry. Z kolei w obronie jest w stanie bronić nawet kilka pozycji, dzięki czemu powinien mieć pozytywny wpływ na grę nawet wtedy, gdy kreowanie rzutu i zdobywanie punktów nie będzie przychodziło mu tak łatwo. A akurat w Detroit na początku to może być skomplikowane.

Sam zainteresowany nie ma jednak wątpliwości i wierzy, że w NBA mu się powiedzie. Już jako 17-latek mówił, że chce kiedyś dołączyć do Hall of Fame i być jednym z najlepszych zawodników w historii sportu. Wysoko zawiesił więc sobie poprzeczkę, ale motywacji odmówić mu nie można. Co może bardziej imponujące, dodawał też wtedy, że chce zostać zapamiętany także ze swojej postawy poza parkietem. – Bardzo bym sobie życzył, żebym poprzez moją grę mógł pozytywnie wpływać na życie innych – mówił.

Od czwartku bardzo mocno życzą sobie tego także kibice Detroit Pistons.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz sportowy z pasji i wykształcenia. Miłośnik koszykówki odkąd w 2008 roku zobaczył w akcji Rajona Rondo. Robi to, co lubi, bo od lat kręci się to wokół NBA.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.