Buntownik, podróżnik, wolny duch. Peter Hyballa, czyli dzikość serca Wisły

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
nowy trener Wisły Kraków
Broer van den Boom/Soccrates/Getty Images

To kurtka z wężowej skóry. Jest wyrazem mojej osobowości i symbolem wiary w wolność jednostki – powtarzał Nicolas Cage w filmie „Dzikość serca”. Peter Hyballa, nowy trener Wisły Kraków, nie ma kurtki z wężowej skóry. Ale ma osobowość, wiarę w wolność jednostki. No i dzikość serca.

Miał osiemnaście lat, gdy pierwszy raz wybrał numer Niemieckiego Związku Piłki Nożnej. Był świeżo po przeczytaniu biografii Rudiego Gutendorfa, niemieckiego trenera, który prowadził drużyny w najdziwniejszych zakątkach świata. Syn pastora od zawsze był wychowywany w podróżniczym duchu. Jego ojciec pracował jako duszpasterz w Domu Niemieckiego Marynarza w Rotterdamie. Matka była tam recepcjonistką, bo chciała nauczyć się niemieckiego i kiedyś wyjechać do Hamburga. Nie bez przyczyny Peter Hyballa do dziś mówi, że trenerzy mają w sobie coś z marynarzy. W DFB zdeptano marzenia nastolatka. – Zapytałem, jak można zostać takim trenerskim obieżyświatem. Wyśmiali mnie. Ale jedno z tej rozmowy jednak wyniosłem. Dowiedziałem się, że muszę jak najszybciej zrobić wszelkie licencje trenerskie, bo inaczej, nie mając za sobą żadnej kariery piłkarskiej, nie miałbym na to żadnych szans – opowiadał w rozmowie z WDR.

RZUĆ WSZYSTKO I WYJEDŹ DO NAMIBII

Duch Gutendorfa kilka lat później sprowadzi na niego gromy rodziny oraz znajomych. Do tego czasu spokojnie rozwijał swoje hobby, od 18. roku życia pracując z dziećmi w rodzinnym Bocholt. Tuż po studiach zdecydował się jednak rzucić wszystko i wyjechać do Namibii. – To były pionierskie czasy internetu. Trenowałem wtedy siedemnastolatków w Preussen Muenster, gdy przez internet nawiązałem znajomość z niemieckim trenerem, który pracował w Namibii. Zapytałem go, czy nie mógłbym polecieć do niego na staż. Jedyne, co o nim wiedziałem, to, że na lotnisku będzie trzymał w rękach piłkę. W ten sposób się rozpoznaliśmy – opowiadał w WDR. Dwa lata później, w wieku 27 lat, to właśnie w południowozachodniej Afryce dostał pierwszą pracę trenera seniorów. Zatrudnił go klub Ramblers Windhoek z tamtejszej Premier League. – Widziałem tam wszystko, co stereotypowo kojarzy się z afrykańską piłką. Z jednej strony bardzo wysokie indywidualne umiejętności, mnóstwo dryblingów i radości życia. Z drugiej, gdy prezes po wygranej przyniósł do szatni kufer z pieniędzmi, przez trzy dni nie miałem nikogo na treningu – wspominał w podcaście „Kicker meets DAZN”. – Zyskałem tam jednak jako trener dużo pewności siebie. Pracowałem w nowym kraju, wszystkie zajęcia prowadziłem po angielsku, stałem się samodzielniejszy życiowo – dodał.

PRACA Z GOETZEM 

Niemiecki futbol dla takich jak on nie miał wówczas właściwie ścieżki. Trenerami seniorów zostawali tylko ci, którzy kiedyś grali w piłkę. – Byłem na kursie trenerskim z Thomasem Tuchelem, Christianem Streichem (dziś SC Freiburg) czy Markusem Kauczinskim (ex Ingolstadt), którzy byli w podobnej sytuacji. Było dla nas jasne, że nasz sufit to praca z młodzieżą. Wtedy hasło „trener młodzieży” nie było jednak jeszcze obelgą albo etapem do zostania prawdziwym trenerem. To była po prostu jedyna możliwość pracy trenerskiej dla kogoś, kto nigdy nie grał zawodowo w piłkę – opowiadał Hyballa, który w wieku 29 lat uzyskał najwyższą licencję trenerską, zostając najmłodszym w Niemczech z takimi uprawnieniami. Nadal nie miał jednak podstaw, by się łudzić. Przez pięć lat od zrobienia UEFA Pro pracował z juniorami Wolfsburga oraz Borussii Dortmund, gdzie przygotowywał choćby Mario Goetzego czy Antonio Ruedigera do wejścia w zawodowy futbol, blisko współpracując z Juergenem Kloppem. W Dortmundzie przez trzy lata pracował równolegle z Jakubem Błaszczykowskim, co pewnie nie jest w tej historii bez znaczenia.

PRZEBITY SZKLANY SUFIT

Potrzeba było jednak tylko jednego, który przebił szklany sufit i wytyczył szlak dla całego pokolenia. W 2009 roku Tuchel sensacyjnie dostał pracę w Moguncji i poradził sobie znakomicie. Wybuchła nowa moda. Kluby, zmieniając trenerów, zaczęły w pierwszej kolejności patrzeć na to, kogo mają w akademii. – Byliśmy inni. Mówiliśmy pewnie. Zawodnicy zobaczyli, że młoda generacja wie, o czym mówi. Ja miałem 34 lata, gdy objąłem Alemannię Akwizgran, ale już od 15 lat byłem trenerem. Czułem się pewnie na boisku. Wiedziałem, co robić na treningu. A byli piłkarze, niemający doświadczenia trenerskiego, są niepewni i popełniają błędy – opowiadał mi Hyballa w 2018 roku, gdy gościł w Warszawie podczas szkolenia Scouts for Football.

Nowy Trener Wisły Kraków
Michał Chwieduk/400mm

Michał Chwieduk/400mm

TRUDNE BEZROBOCIE

Rynek jednak też zaczął przekonywać się, że nie każdy młody, dobrze wypadający w mediach trener, jest Tuchelem. Hyballa nie był. W pierwszym sezonie w 2. Bundeslidze poradził sobie jeszcze przyzwoicie, ale w drugim został zwolniony po najgorszym starcie od trzydziestu lat. – Za pierwszym razem na bezrobociu było mi bardzo trudno. Siedziało to we mnie. Całe życie do tego momentu szedłem w górę. Jak wszyscy trenerzy, mam duże ego. A tu nagle trzeba było sobie poradzić z taką porażką. Co było tym trudniejsze, że długo pozostawałem bez pracy – opowiadał „Kickerowi”. Ratunkiem okazała się dla niego Austria. Półroczny pobyt w juniorach Red Bulla Salzburg pozwolił mu otrzymać pracę w Sturmie Graz, z którym zajął czwarte miejsce. Miał już na koncie 2. Bundesligę i Bundesligę austriacką. Ale ta wymarzona wciąż nie chciała go wpuścić. Krótko pracował w Bayerze Leverkusen jako asystent, by później wrócić do pracy z młodzieżą. Trenował tam m.in. Beniamina Henrichsa, dzisiejszego reprezentanta Niemiec i rywalizował w młodzieżowej Lidze Mistrzów.

DYDAKTYCZNE ZACIĘCIE

Przez cały czas pracy trenerskiej Hyballa nie przestawał być dydaktykiem. Uczestniczył w szkoleniach, konferencjach i kongresach. Pisał książki o metodyce treningów. Pierwsza książka, którą wydał, była jednocześnie jego pracą magisterską. „Mit holenderskiej piłki młodzieżowej”. Jego książki były nawet tłumaczone na języki chiński. Najpopularniejszy podręcznik jego autorstwa to „Trainer, wann spielen wir?”, czyli „trenerze, kiedy gramy”, w którym Hyballa podkreślał znaczenie gier i zabaw w szkoleniu młodzieży. Dało się tu już rozpoznać pewien nurt w jego działalności, który z każdym rokiem się nasilał. Hyballa stał się krytykiem pokolenia trenerów, z którego sam pochodzi. Zauważał, że w niemieckiej piłce nastąpił zbyt mocny przechył w stronę taktyki, nauki poruszania się w różnych systemach, analizie gry, a tłamsi się indywidualności, dryblowanie, kreatywność i odwagę.

KRYTYK NIEMIECKIEJ PIŁKI

W czasach największych sukcesów jego tezy brzmiały co najmniej heretycko, ale dziś problemy, na które zwracał uwagę od lat, są już powszechnie dostrzegane. Symbolem tego, jak niemiecki futbol traktuje indywidualistów, stało się pozostawienie w domu Leroya Sane podczas mundialu w Rosji. Kiedy tylko kadra Joachima Loewa poniosła tam klęskę, „Kicker” nie przez przypadek to właśnie do Hyballi zwrócił się w celu wskazania diagnozy problemów niemieckiej piłki. Tuż przed tamtymi mistrzostwami Hyballa dostał nawet pracę w związku, gdzie miał odpowiadać za kształcenie trenerów. Wytrwał jednak na stanowisku tylko osiem tygodni. – Poczułem, że nie mogę zmienić DFB tak, jak bym chciał. Jeśli gdzieś pracuję, to ja mam być numerem jeden. Poza tym tęskniłem za boiskiem – mówi. Do dziś nazywa siebie opozycjonistą wobec Niemieckiego Związku.

HERR GEGENPRESSING

 O ile Hyballa jest cenionym teoretykiem i jeszcze bardziej cenionym ekspertem telewizyjnym, występującym regularnie w programach niemieckich, holenderskich, czy belgijskich, o tyle jego trenerskie dokonania z seniorami na razie budzą wątpliwości. Z NEC Nijmegen spadł z Eredivisie. Z NAC Breda miał do niej awansować, ale przerwany przez koronawirusa sezon mu to uniemożliwił. A później przez konflikt z dyrektorem sportowym musiał odejść z klubu. Miejscem, w którym poradził sobie zdecydowanie najlepiej, jest Dunajska Streda, gdzie osiągnął najlepszy wynik punktowy w historii klubu, sięgnął po wicemistrzostwo, wypromował kilku zawodników (m.in. Krisztofera Vidę i Tomasa Huka z Piasta, czy Lubomira Satkę z Lecha), a przy tym w dobrym stylu przeszedł Cracovię w europejskich pucharach. Tamta drużyna była idealnie ulepiona pod niego. Składała się z bardzo młodych, utalentowanych zawodników, których nauczył odważnego i wysokiego pressingu. Czasem nazywano go nawet "Herr Gegenpressing". Na pożegnanie kibice wywiesili sektorówkę z jego podobizną. Jak zwykle bywa w jego przypadku, nie obyło się jednak bez kontrowersji. Po ostatnim meczu Jan Kozak, były selekcjoner reprezentacji Słowacji, zwracał mu uwagę, że trener, który nie dostał szansy w swoim kraju, a dostał ją na Słowacji, powinien się wobec miejscowych wykazywać trochę większym szacunkiem.

KIOSK Z CZEKOLADKAMI

Jakim trenerem jest Hyballa? Niewątpliwie lubiącym wyraziste osobowości. Samców alfa. Oczekuje od piłkarzy dryblingów, odwagi i podejmowania ryzyka. Stara się pracować uniwersalnie. – Jestem kioskiem, który sprzedaje różne czekoladki. Zawodnik sam wybiera, z których chce skorzystać – mówił w „11Freunde”. Innym razem porównywał się do dziesięcioboisty, który musi mieć w repertuarze wiele różnych dziedzin. – Są trenerzy, którzy stawiają na powtarzalność, by kształtować automatyzmy. Ja stawiam na różnorodność – podkreślał. Nie chce, by zawodnicy się nudzili i sam nie lubi się nudzić. Podkreśla, że futbol to też show. Dlatego lubi wsadzać kij w mrowisko i powiedzieć coś kontrowersyjnego. Cracovię porównał przy okazji rywalizacji w Lidze Europie do drużyny koszykarskiej. Nie ma wątpliwości, że rywalizacja pomiędzy Cracovią i Wisłą z Michałem Probierzem po jednej i Hyballą po drugiej stronie nabierze nowego wymiaru.

RELACJE WAŻNIEJSZE OD TAKTYKI

Niemiec stawia przede wszystkim na relacje międzyludzkie. – Taktyka to baza. Jednak ostatnio często przedstawia się futbol tak, jakby taktyka była kluczowym czynnikiem. Ja przekonałem się, że najważniejsza jest empatia i to, czy drużyna pójdzie za tobą w ogień. To są klucze do sukcesu. Tyle że najtrudniejsze do zdobycia – opowiadał. To dlatego podczas drugiego dłuższego okresu bezrobocia udał się w podróż po różnych krajach świata. Nie po to, by podpatrywać formy treningowe, lecz by lepiej zrozumieć kultury i mentalności. – Trener potrzebuje coraz więcej miękkich kompetencji. Dlatego kształciłem się ostatnio dodatkowo jako coach biznesu. To dało mi wiedzę z zakresu psychologicznych aspektów. Taktyka jest ważna, ale relacje w drużynie są ważniejsze. Być trenerem to wiedzieć, co to są półprzestrzenie i cofająca się szóstka, ale też wiedzieć, kiedy zawodnicy mają urodziny i co powiedzieć skrzydłowemu, któremu umarł ojciec – wyjaśniał w „Kicker meets DAZN”.

CIEKAWE RYZYKO

Wisła nie wybrała ani najtańszej – według „Bilda” zarabiał w Dunajskiej Stredzie 30 tysięcy euro miesięcznie – ani najbezpieczniejszej opcji. Jego kariera trenerska z seniorami nie jest pasmem sukcesów. Z czterech miejsc, w których pracował, tylko w jednym osiągnął dobry wynik. Niemal wszędzie wywoływał kontrowersje i gdy coś mu się nie podobało, głośno o tym mówił, a Wisła nie będzie pod tym względem łatwym klubem. Z drugiej strony, zatrudnienie kogoś takiego to także szansa. Liga potrzebuje trenerów chcących grać odważnie, ofensywnie i wysokim pressingiem. Rozwijających młodych zawodników i myślących nie tylko od meczu do meczu, lecz także mających pedagogiczne zacięcie. Ten sezon jest pod tym względem idealną okazją, by czegoś takiego spróbować, bo ryzyko spadku – nawet jeśli Wiśle idzie naprawdę źle – jest znacznie mniejsze niż przy trzech miejscach spadkowych. Może się to więc skończyć zarówno totalną klapą, jak i spektakularnym sukcesem. Raczej nie powinno być stanów średnich i nudnej stagnacji. A to akurat Wiśle Kraków, klubowi kursującemu od ekstremum do ekstremum i od lat przeżywającemu huśtawki nastrojów, powinno pasować. W miarę spokojnie już było. Teraz trzeba znów narzucić na plecy kurtkę z wężowej skóry i ruszyć w nieznane.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.