Buława wyjęta z plecaka. Jak Ilkay Guendogan został liderem Manchesteru City

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
Manchester City v Sheffield United - Ilkay Gundogan
Fot. Matt McNulty /Manchester City FC via Getty Images

Jest jednym z zaledwie pięciu graczy, którzy pracowali z dwoma najbardziej wpływowymi trenerami ostatniej dekady. Juergen Klopp wołał na niego „Pressing-monster”, Pep Guardiola regularnie się nad nim rozpływa, a dla Thomasa Tuchela był ucieleśnieniem jego futbolu. Jednak dopiero ten sezon pozwolił całemu światu zobaczyć to, co trenerzy wiedzieli od zawsze: że Ilkay Guendogan to wielki piłkarz.

W ciepły czerwcowy wieczór publiczność dość sennym wzrokiem patrzyła na piłkarzy ślamazarnie przemieszczających się przed jej oczami. Dwubramkowe prowadzenie w meczu towarzyskim z rywalem, który nikogo nie elektryzował, nie było powodem do szalonego entuzjazmu. Zwłaszcza że gra niemieckiej reprezentacji w ostatnim sprawdzianie przed mundialem, na którym miała bronić wywalczonego cztery lata wcześniej tytułu, zupełnie nie porywała. Pojawienie się przy linii bocznej gotowego do wejścia pomocnika Manchesteru City sprawiło, że trybuny się ocknęły. I zaczęły dziko gwizdać. Przez pozostałe do końca pół godziny robiły tak za każdym razem, gdy piłka znalazła się w jego pobliżu. To był dotąd jedyny moment w życiu, gdy Ilkay Guendogan znalazł się w centrum uwagi.

PIERWSZY TRANSFER

Tak, jak w polityce symboliczne znaczenie ma, dokąd wybierze się w pierwszą zagraniczną podróż nowo wybrany prezydent, tak w futbolu pierwszy transfer nowego trenera często stanowi zapowiedź obranego kierunku. Po przenosinach do Bayernu Pep Guardiola zażyczył sobie od szefów Thiago Alcantary, co w skrótowej formie weszło do niemieckiego języka piłkarskiego jako „Thiago oder nix”, rozpoczynając katalońską erę w Monachium. Po objęciu Manchesteru City jako pierwszego pozyskał tego, który w Bundeslidze najlepiej ucieleśniał jego futbol. Ale nie grał w jego drużynie. Prawie pięć lat zajęło Guendoganowi pokazanie, dlaczego jeden z najlepszych trenerów świata tak bardzo go chciał. Albo, dlaczego każdy z najlepszych trenerów świata tak bardzo go cenił.

AFERA Z ERDOGANEM

Kiedy uwaga publiczności skupiała się na środkowym pomocniku przed trzema laty w starciu z Arabią Saudyjską, był bohaterem negatywnym. Kilka dni wcześniej dał się w Londynie sfotografować z Recepem Tayyipem Erdoganem, kontrowersyjnym prezydentem Turcji. Podarował mu przy okazji koszulkę z podpisem „Mojemu prezydentowi, z wyrazami szacunku”. Zdjęcie, na którym był także Mesut Oezil, wywołało w Niemczech burzę. Ale dopiero mecz w Leverkusen pokazał, że to nie tylko kolejna medialna aferka, która wkrótce przeminie, lecz coś, co rzeczywiście zwraca niemiecką publikę przeciw zawodnikom. Z czasem główna oś gniewu przeniosła się na Oezila, znów usuwając Guendogana w cień, czyli tam, gdzie najbardziej lubi być. Ale w tamtym meczu Oezil nie grał. Tylko Guendoganowi można więc było wykrzyczeć w twarz niezadowolenie. Tamte gwizdy całkowicie przyćmiły wydarzenia boiskowe. I stanowiły zapowiedź koszmarnego w wykonaniu Niemców turnieju.

LIDER CITY

Dziś Guendogan znów jest bohaterem. Nikt na niego nie gwiżdże, bo trybuny są puste. Ale gdyby były pełne, gwizdać mogliby tylko kibice rywali. By w jakiś sposób go zdeprymować. Po trzydziestych urodzinach Niemiec odkrył snajperskie talenty. Po kontuzji Kevina De Bruynego to jego Guardiola obsadził w bardziej ofensywnej roli. Dawniej Mikel Arteta, były asystent trenera City, dziś prowadzący Arsenal, mówił o Guendoganie, że choć sam nie błyszczy, sprawia, że błyszczą inni. Dziś to już nieaktualne. Środkowy pomocnik stał się pierwszoplanową postacią lidera Premier League. I całej ligi. Z piłkarza eleganckiego, inteligentnego i nienagannego technicznie, którym zawsze był, przekształcił się w gwiazdę. Jest najlepszym strzelcem City. W ostatnich dwunastu meczach strzelił jedenaście goli. Jeśli drużyna z Manchesteru wygląda dziś na murowanego kandydata do mistrzostwa, to w dużej mierze dzięki niemu. Jeśli kiedykolwiek w tym sezonie miała problemy, to wtedy, gdy Guendogan też je miał.

ZŁOŻONA SPRAWA

Jest oczywiście pokusa, by dziś wyliczać, ile spotkań z Guendoganem w składzie wygrał w tym sezonie Manchester City i o ile gorzej radził sobie, gdy go nie było. Korci, by na jego przykładzie dopisywać nowe hagiograficzne rozdziały do biografii Guardioli, który w razie potrzeby u każdego w plecaku potrafi znaleźć buławę marszałkowską i wcisnąć mu ją do ręki. Z tym że na tym poziomie sprawy są zwykle znacznie bardziej skomplikowane i tak, jak nie da się tłumaczyć początkowych kłopotów City wyłącznie brakiem Guendogana, tak nie da się wyjaśniać aktualnego wzlotu jedynie jego dobrą formą. On sam twierdzi zresztą, że większe znaczenie dla jego znakomitych osiągów ma to, że wreszcie czuje się dobrze po komplikacjach związanych z koronawirusem, a nie to, że Guardiola znalazł mu nową pozycję. Poza tym pozycja wcale nie jest nowa. Najstarsza z możliwych, tylko mało kto już o tym pamięta. Tak, jak mało kto pamięta Michaela Oenninga.

POMYSŁ OENNINGA

55-letni trener Ujpestu przez pół roku prowadził drużynę U-19 VfL Bochum. Miał w niej eleganckiego technika, który do ataku był zbyt wolny, nie wiedział, na czym polega gra obronna, ale za to miał kreatywność i wizję. Grał więc jako ofensywny pomocnik. Gdy Oenning został trenerem II-ligowej Norymbergi, ściągnął 19-latka do siebie. Razem z nim na drugi koniec kraju przeniosła się matka, by na miejscu doglądać, czy syn na pewno nie zaniedba przygotowań do matury. Zdaniem Oenninga, musiała dobrze gotować, bo młody Guendogan miał tendencje do tycia (co zresztą nigdy się nie zmieniło). Trenerowi, który umożliwił mu wejście do profesjonalnej piłki, nie przyszłoby do głowy, że Guardiola, wystawiając Guendogana tuż za plecami napastników, wykazał się jakimś przebłyskiem geniuszu. Po prostu skopiował to, co Oenning robił już znacznie wcześniej. Pierwszą w karierze asystę w Bundeslidze, podanie do Erica-Maxima Choupo-Motinga w meczu z Bayernem, Guendogan zanotował jako „dziesiątka”.

PÓŹNY ROZKWIT

Oenningowi wystarczyło ponoć pół godziny oglądania Guendogana w grze, by stwierdzić, że będzie z niego zawodowy piłkarz. Był chyba pierwszą osobą, która nie miała co do tego wątpliwości. Bo pomocnik Manchesteru City jest w niemieckich podręcznikach szkoleniowych podawany raczej jako przykład, że nigdy nie można tracić z radarów nawet tych młodych piłkarzy, którzy zostali na wczesnych etapach odrzuceni. Machina niemieckiego systemu wpadła na trop utalentowanego piłkarza bardzo wcześnie. Siedmiolatka z SV Hessler zaprosiło do siebie Schalke 04. Ale rok później go odrzuciło. Młody miejscowy chłopak, marzący o tym, by kiedyś zagrać w słynnym klubie z Gelsenkirchen, miał w fazie wzrostu problemy ze ścięgnami Achillesa, przez co przez pół roku praktycznie nie mógł uprawiać sportu. Pożegnano go. Kolejne sześć sezonów był szkolony w zupełnie prowincjonalnych klubikach z Hessler i Buer. Schalke wróciło po niego, gdy miał 13 lat, ale nie odważył się. Obawiał się kolejnego rozczarowania. Dopiero gdy jako 15-latek trafił do Bochum, zaczął mieć nadzieję na zawodową karierę. To dość późno. Wielu jego późniejszych kolegów z reprezentacji w tym wieku grało już w młodzieżowych kadrach kraju, a nie stawiało pierwsze kroki w akademii II-ligowego klubu.

SKRZYNKI Z PIWAMI

Zwłaszcza od czasu afery z Erdoganem Guendogana i Oezila wymienia się często jednym tchem, jako reprezentantów Niemiec tureckiego pochodzenia. Jednak choć urodzili się w tym samym mieście, ich historie są różne. O ile Oezil do dziś ma problem, by bezbłędnie mówić po niemiecku, o tyle w rodzinie Guendoganów bardzo wcześnie kładziono nacisk właśnie na dostosowanie się. Dziadek przyjechał do kopalni w Gelsenkirchen w 1979 roku i z czasem ściągnął tam całą rodzinę. Ojciec Ilkaya pracował jako dostawca w jednym z browarów w Essen. To dlatego dla przyszłego piłkarza i jego starszego brata wolne od szkoły oznaczało zwykle wstawanie o piątej rano i roznoszenie skrzynek z piwami. Ilkay dostał taryfę ulgową, dopiero gdy przeszedł do Bochum. Brat nie miał takiej ochrony. Rodzice pilnowali jednak, by synowie nie zaniedbali edukacji. Starszy z Guendoganów jest absolwentem orientalistyki. Przez rok był na wymianie na uniwersytecie w Pekinie. Ilkay nie ma wątpliwości, że gdyby nie dotarł do Bundesligi, też poszedłby na studia. Łatki przyklejane często tureckim imigrantom w Niemczech do tej rodziny kompletnie nie pasowały. Zwłaszcza w trzecim pokoleniu na niemieckiej ziemi, którym są Ilkay i jego brat. Choć trzeba podkreślić, że nigdy nie zerwał związków z ojczyzną rodziców. Tureckie Ministerstwo Turystyki nadało mu tytuł Ambasadora, a on sam współfinansował budowę stadionu Dursunbeysporu, który nosi jego imię.

PRZEBITY SUFIT

Zestawienia z Oezilem pod jednym względem są jednak trafione. Dla tureckich Niemców były pomocnik Realu był tym, kim dla polskich piłkarzy jest Robert Lewandowski, a dla polskich skoczków narciarskich Adam Małysz. Człowiekiem, który przebił szklany sufit. Pokazał, że można. Krótko po nim do Realu trafili też Hamilt Altintop, także pochodzący z Gelsenkirchen, oraz Nuri Sahin. A odejście tego drugiego do Madrytu oznaczało życiowy awans w karierze Guendogana. Z norymberskiego średniaka, miał trafić prosto do najlepszego klubu w Niemczech, pod skrzydła najbardziej obiecującego trenera. I miał zastąpić najlepszego piłkarza ligi. Dziś może trudno odgrzebać to w pamięci, ale w pierwszym mistrzowskim sezonie Borussii Dortmund Juergena Kloppa Nuriego Sahina faktycznie wybrano najlepszym w lidze.

POCZĄTEK Z NADWAGĄ

Guendogan na pierwszy okres przygotowawczy w nowym klubie przywiózł z urlopu nadwagę. W pierwszych meczach wyglądał fatalnie. W wertykalnej i bezpośredniej Borussii był spowalniaczem gry, który ciągle holował piłkę. Gdy Klopp dwa razy nie znalazł dla niego nawet miejsca w kadrze meczowej, zaczęto mówić o transferowym niewypale. Brak zaangażowania w defensywę w drużynie takiej, jak Dortmund, zaczął być problemem. Klopp stopniowo go jednak lepił. Obsadził go na stałe na pozycji środkowego pomocnika, rozdzielającego piłki, na której grał już w późniejszej fazie pobytu w Norymberdze. Szlifował tak długo, aż nazwał go „Pressing-monster”. Czyli stworzył piłkarza na swoją modłę. Gdy Sahin wracał z nieudanych podbojów w Madrycie i w Liverpoolu, musiał zająć miejsce w hierarchii za plecami młodszego kolegi.

PECHOWE TURNIEJE

Nowego Bastiana Schweinsteigera, tudzież częściej grającą do przodu alternatywę dla Toniego Kroosa, zaczęto w nim widzieć także w reprezentacji. Do której jednak nie miał szczęścia. Na Euro 2012 nie zagrał ani minuty. Turnieje w 2014 i 2016 roku ominął z powodu kontuzji, przez co nie może się dziś tytułować mistrzem świata, a gdy w 2018 roku w końcu pojechał na turniej, to w cieniu afery i wrócił po zaledwie trzech meczach. Kariera długo była też niespełniona na szczeblu klubowym. Wprawdzie z Borussią zdobył mistrzostwo i zagrał w finale Ligi Mistrzów, w którym nawet strzelił gola, ale później wyhamował tak bardzo, że w doniesieniach prasowych zaczęły się nawet pojawiać wzmianki o możliwym końcu kariery. Guendogan miał wtedy 23 lata.

14 MIESIĘCY UDRĘKI

Kiedy drużyna Joachima Loewa w brazylijskim słońcu nabierała rozpędu w drodze po mistrzostwo świata, Ilkay Guendogan leżał w Monachium na stole operacyjnym. Miał za sobą kompletnie stracony rok, w którego trakcie rozmaici lekarze próbowali wyleczyć jego korzeniowe zapalenie nerwu. Gdy po dziesięciu miesiącach leczenia konserwatywnego nadal przy poruszaniu się odczuwał ból pleców, w końcu jego kręgosłup poddano operacji. Okres nieobecności na boisku, w którym były momenty, gdy nawet specjalistom brakowało już pomysłu, co jeszcze należałoby zrobić, trwał czternaście miesięcy. Pożegnalny sezon Kloppa w Dortmundzie upłynął Guendoganowi na mozolnym dochodzeniu do siebie. Do dawnej klasy ani on, ani drużyna, nie potrafili jednak nawiązać.

NATCHNIONY PRZEZ TUCHELA

30-latek należy do ledwie pięciu szczęśliwców na świecie, obok Lewandowskiego, Mario Goetzego, Thiago i Xherdana Shaqiriego, których trenowali dwaj najbardziej wpływowi trenerzy ostatniej dekady. Jednak być może najważniejszy w jego karierze był inny wybitny trenerski umysł, z którym pracował tylko rok. To Thomas Tuchel ponownie zrobił z niemal-inwalidy piłkarza światowej klasy. Zamieniając go z Kloppowej maszyny do pressingu w mózg drużyny bazującej na posiadaniu piłki, przygotowywał Guardioli przyszłego lidera. Grająca barcelońską piłkę Borussia zaliczyła świetny sezon. Zmusiła Bayern Pepa do większego wysiłku niż ktokolwiek w trakcie jego trzyletniego pobytu w Niemczech. Już w ostatnich miesiącach pracy w Monachium, gdy było wiadomo, że Guardiola przeprowadzi się na Wyspy, trener Bayernu spotykał się z Guendoganem, by przekonać go do współpracy.

SATYSFAKCJA GUARDIOLI

Widząc dziś strzeleckie osiągi Guendogana, Guardiola ma satysfakcję, że to, co on widział zawsze, niektórzy dostrzeli dopiero teraz. – Czasem musisz dopiero strzelić gola, by otrzymać pochwały, na które zawsze zasługiwałeś – stwierdził niedawno na konferencji prasowej. BBC cytowała go, jak zachwycał się umiejętnością odpowiedniego wejścia Guendogana w pole karne. – Chodzi nie tylko o to, by tam wbiec, ale by zrobić to dokładnie we właściwym momencie. To najtrudniejsze, by nie pojawić się o metr za głęboko, o sekundę za późno, tylko idealnie wtedy, kiedy trzeba. A on to ma – mówił. Dotychczas w Anglii grał w kratkę, często zmagając się z problemami zdrowotnymi. Najbardziej spektakularną rundę rozegrał podczas pamiętnego wyścigu z Liverpoolem przed dwoma laty, gdy Manchester na wiosnę nie wykonał ani jednego fałszywego kroku. – Miałem poczucie, że bez jego jakości, mądrości i przeglądu pola, ten tytuł nie byłby możliwy. Nigdy nie spotkałem piłkarza, który tak mało myślałby o sobie, a tak wiele o drużynie – chwalił Guardiola w „The Athletic”. I właśnie to ostatnie zdanie chyba najlepiej tłumaczy wzlot Ilkaya Guendogana w ostatnich tygodniach: skoro drużyna potrzebowała gwiazdy, po prostu się nią stał. Gdy wrócą inni, pewnie znów pozwoli im błyszczeć.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.