Brakujący element układanki, której nie ma. Czy Juventus dobrze wykorzystuje obecność Ronaldo?

Zobacz również:Osobowość, pewność siebie, technika. Sebastian Walukiewicz i rok na wielki skok
Juventus
Daniele Badolato - Juventus FC/Juventus FC via Getty Images

Właśnie zdobył czwarte trofeum na włoskich boiskach i samodzielnie został najlepszym strzelcem w historii futbolu. Cristiano sprawia wrażenie, że w Juventusie dopiero się rozkręca. Reszta drużyny idzie jednak w przeciwnym kierunku.

Jak na standardy, do których przyzwyczaił, Cristiano Ronaldo długo dzielił się z Josefem Bicanem rekordem pod względem liczby zdobytych w karierze bramek w oficjalnych meczach. Jego wynik wyrównał już w ligowym starciu z Sassuolo półtora tygodnia temu. W pucharowym meczu z Genoą i z Interem Mediolan w Serie A nie trafił do siatki. Dopiero w spotkaniu o Superpuchar Włoch zdobył 760. bramkę w karierze i został samodzielnym rekordzistą świata. 85 z tych goli Portugalczyk strzelił w barwach Juventusu. Osiągnięcie tak znakomitej granicy to dobry pretekst, by zastanowić się, czy turyńczycy w odpowiedni sposób wykorzystują obecność w drużynie gwiazdy tego formatu.

BŁYSKI SZCZĘSNEGO

Najświeższy z goli Ronaldo pozwolił przełamać impas na zniszczonym boisku w Emilii Romanii, gdzie Andrea Pirlo i Gennaro Gattuso wzajemnie się zaszachowali. Portugalczyk z bliska wbił piłkę do bramki po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Federico Bernardeschiego i niefortunnym odbiciu Tiemoue Bakayoko. Mecz był wyrównany. Nie można było mówić o dominacji którejś ze stron. Neapolitańczycy byli bliscy objęcia prowadzenia w pierwszej połowie, gdy Wojciech Szczęsny świetnie zatrzymał strzał z bliska Hirvinga Lozano. W samej końcówce polski bramkarz popisał się jeszcze jedną znakomitą interwencją na linii, a kwadrans wcześniej miał szczęście, gdy Lorenzo Insigne spudłował z rzutu karnego. Gola na 2:0, którego w ostatniej akcji strzelił Alvaro Morata, turyńczycy przyjęli z ulgą, bo niewiele brakowało, by, zamiast świętować, musieli się szykować do serii jedenastek. Pirlo zdobył tym samym pierwsze trenerskie trofeum, a Ronaldo mógł się cieszyć z czwartych wygranych z Juventusem rozgrywek.

NIEWIELE ZARZUTÓW

Choć jak dotąd ani razu nie był królem strzelców Serie A, nie można powiedzieć, by Ronaldo po transferze z Realu Madryt dwa i pół roku temu we Włoszech spuścił z tonu. Pod wieloma względami można wręcz uznać, że dopiero się rozkręca. Debiutancki sezon zakończył z 21 golami na koncie. W drugim miał już o dziesięć więcej, co stanowiło najlepszy wynik zawodnika Juventusu od czasów tuż powojennych. Najlepszym snajperem w lidze nie został tylko dlatego, że w tym samym czasie Ciro Immobile ustanawiał akurat historyczny rekord ligi włoskiej. Trwający sezon Ronaldo rozpoczął jeszcze lepiej. Po siedemnastu kolejkach ma na koncie piętnaście bramek w Serie A, choć grał tylko w czternastu meczach. To wynik o cztery i pięć goli lepszy od osiąganych w analogicznych okresach poprzednich rozgrywek. Innymi słowy: Ronaldo idzie po kolejny rekord. Portugalczyk świetnie wpasował się do ligi włoskiej i do Juventusu. Można mu zarzucić naprawdę niewiele.

OSTATNI KLEJNOT

W momencie, gdy mistrzowie Włoch wyrywali gwiazdę futbolu Realowi, dominowała narracja, że Ronaldo ma być brakującym elementem układanki. Juventus seryjnie wygrywał w lidze, dominował w kraju pod każdym względem i dwukrotnie w ciągu trzech lat dochodził do finału Ligi Mistrzów. Do pełni szczęścia brakowało właśnie tego jednego czynnika. Ofensywnej gwiazdy światowej klasy, zdolnej przesądzać o wynikach najważniejszych meczów. Z transferem Portugalczyka wiązano również oczywiście wielkie nadzieje biznesowe, finansowe i marketingowe, ale to temat na inną opowieść. Sportowo Turyn miał gotowy produkt. Potrzebował tylko go przyozdobić najdroższym klejnotem.

DALEJ OD SZCZYTU

Dwa i pół sezonu później można odnieść wrażenie, że układanka, która była prawie ukończona, została rozebrana. Przestała istnieć. Jest puzzel, którego wcześniej brakowało, ale w międzyczasie zniknęły inne. Choć Juve kupiło jednego z najlepszych piłkarzy w historii futbolu, a on w jego koszulce udowodnił, że jest jednym z najlepszych piłkarzy w historii futbolu, klub jest dziś dalej od europejskiego szczytu, niż był bez niego. Wszystko dlatego, że równolegle postanowiono w klubie rozpocząć rewolucję kulturalną, która na razie przebiega trudniej, niż się spodziewano.

WYWRÓCONA HIERARCHIA

Juventus wzniósł się w ostatnich latach na szczyt mądrą polityką transferową, w tym sensownym pozyskiwaniem zawodników z kartą na ręku oraz pilnowaniem płacowej hierarchii. Za wiele z tych elementów był odpowiedzialny prezes Beppe Marotta, który krótko po transferze Ronaldo odszedł z klubu i dziś odpowiada za dział sportowy w Interze Mediolan. Pozyskanie Portugalczyka wymagało drastycznego zmienienia układu płac. Pensja największej gwiazdy trzykrotnie przewyższa dziś zarobki drugiego pod tym względem piłkarza w zespole. Inaczej mówiąc, gdyby zsumować pensje zawodników z drugiego, trzeciego i czwartego miejsca listy płac, wciąż wyszłoby mniej, niż dostaje Ronaldo.

MAJSTROWANIE W GENACH

Juventus chciał jednak nie tylko pozyskać Ronaldo, lecz jednocześnie przeorać niemal odwieczne sposoby myślenia. „Zwycięstwo nie jest najważniejsze. To jedyne, co się liczy” – powtarzano przez lata w stolicy Piemontu. Ale to przestało być aktualne. Massimiliano Allegri wygrywał, ale został zwolniony. Maurizio Sarri został mistrzem Włoch, lecz krótko potem stracił pracę. Zwycięstwo nie było już jedynym, co się liczy. Juventus chciał się stać fabryką rozrywki. Klubem, który zachwyca. Robi wrażenie. Wgniata w fotel. Zapiera dech. Jednak do zbudowania takiego zespołu nie wystarczało jedynie pozyskać Ronaldo. Trzeba było znacznie przebudować całą drużynę. To właśnie moment, w którym niemal gotowa układanka, zaczęła być demontowana.

WIETRZENIE SZATNI

Z regularnie grających zawodników, których Ronaldo spotkał w szatni w lecie 2018 roku, dziewięciu już w niej nie ma. Przyszło dziesięciu nowych. Mowa nie tylko o postaciach, które robią w szatni sztuczny tłum, lecz o tych, z którymi Portugalczyk biega po boisku. Z najczęściej grającej jedenastki z jego pierwszego sezonu z klubu odeszło czterech piłkarzy, a trzech kolejnych przez kontuzje (Paulo Dybala, Alex Sandro), czy też kontuzje i wiek (Giorgio Chiellini), odgrywa znacznie mniejszą rolę. O zgrywaniu się od kilku lat Ronaldo może mówić tylko w przypadku Wojciecha Szczęsnego, Leonardo Bonucciego i Rodrigo Bentancura. To trochę za mało, by mówić, że przynajmniej kręgosłup drużyny został zachowany.

NOWE TWARZE

Wysiłek finansowy, jakim było pozyskanie i utrzymanie Ronaldo, sprawił, że Juventus nie do końca mógł sobie pozwolić na dalszy rozmach choć zbliżonego formatu w kolejnych okienkach. O ile wygrana walka o Mathijsa De Ligta z Ajaksu Amsterdam była jeszcze pokazem siły, na wielu innych pozycjach turyńczycy działali już znacznie bardziej niskobudżetowo, pozyskując choćby Danilo, Alvaro Moratę, Westona McKenny'ego czy Adriena Rabiota. Dejan Kulusevski czy Federico Chiesa kosztowali niemało, byli czołowymi talentami na Półwyspie Apenińskim i świetnie wprowadzili się do drużyny, ale to wciąż piłkarze, którzy rozgrywają pierwszy sezon na tym poziomie, a nie zahartowani zwycięzcy, od lat przyzwyczajeni do gry z najlepszymi. Juventus zapoczątkował zmianę stylu gry i wymianę pokoleniową, która ma szansę przynieść efekty, bo wielu z tych zawodników radzi sobie obiecująco, ale niekoniecznie na już. A niemal 36-letni Ronaldo niekoniecznie przyjmie ze zrozumieniem konieczność czekania, aż partnerzy u jego boku okrzepną. Zwłaszcza że czeka już dwa lata.

STABILNOŚĆ MISTRZÓW

Wielką siłą Realu, z którym Ronaldo cztery razy wygrał Ligę Mistrzów, była nie tylko jego obecność, ale też niezwykła stabilność oraz posiadanie ludzi od lat przyzwyczajonych do wygrywania. W tamtym Realu zwracało się uwagę głównie na Ronaldo, bo na niego zwraca się uwagę zawsze. Ale tylko trochę mniej ważna była obecność u jego boku Karima Benzemy, Luki Modricia, Toniego Kroosa, Casemiro, Sergio Ramosa, Marcelo itd. To była szatnia przepełniona ludźmi z najwyższej półki, do tego grających ze sobą od lat. W szatni Juventusu Ronaldo otacza znacznie mniej takich postaci. I znacznie częściej się wymieniają.

WYRAŹNY REGRES

Znajduje to odzwierciedlenie w wynikach niemal na wszystkich frontach. Juventus wprawdzie jeszcze nie stracił mistrzostwa, ale jest na dobrej drodze, by to zrobić. W pierwszym sezonie Ronaldo, a zarazem ostatnim Allegriego, miał po 17 kolejkach 49 punktów. Za Sarriego 42. Dziś 33. W ostatnim sezonie Allegriego stracił dwa razy mniej goli niż dzisiaj. A w ogóle wyniki dotyczące szczelności defensywy ostatni raz tak złe, jak w ostatnich dwóch latach, były za Luidiego Del Neriego w 2011 roku, jeszcze przed rozpoczęciem mistrzowskiej serii, gdy turyńczycy kończyli sezon na siódmym miejscu. W Lidze Mistrzów przestali przegrywając w finałach, lecz znacznie wcześniej. Dwa sezony z Ronaldo w tych rozgrywkach zakończyły się cokolwiek wstydliwymi porażkami z Ajaksem Amsterdam i Olympique Lyon w ¼ i 1/8 finału. Pucharu Włoch Ronaldo jeszcze we Włoszech nie zdobył, choć Juventus sięgał po niego przez cztery lata z rzędu przed jego przyjściem. Superpuchar przed rokiem też zresztą przegrał. Liga Mistrzów to jedno, ale nie tylko ona sprawia, że Ronaldo w Turynie zdobył na razie tylko cztery trofea na dziewięć możliwych do zdobycia w tym czasie.

CHAOS NA ŁAWCE

Nie powinno z tego tekstu powstać wrażenie, że to Ronaldo stał się dla Juventusu problemem i zahamował jego rozwój. Nie, problemem dla Juventusu stało się to, że wraz z pozyskaniem Ronaldo zaczął przebudowę na wszystkich frontach. W trzecim sezonie Portugalczyk ma trzeciego trenera. Z których każdy był kompletnie różny. Allegri to król pragmatyzmu. Sarri bez powodzenia próbował wprowadzić w ekipie Starej Damy krycie strefowe, zamiast tradycyjnego tam indywidualnego i wiele ideałów kojarzonych raczej z Pepem Guardiolą niż z Marcelo Lippim i Fabio Capello. Pirlo z kolei uczy się zawodu w trakcie sezonu i jest zmuszony do eksperymentowania w meczach o stawkę. Miał zresztą teraz być trenerem rezerw, ale po tygodniu awansowano go do pierwszej drużyny. Co także oddaje skalę chaosu.

NIEROZWIĄZANE PROBLEMY

Nie zawsze trenerzy byli też uzbrajani w odpowiednie narzędzia do realizacji pomysłów. Klub tak długo próbował w poprzednim sezonie rozstać się z Gonzalo Higuainem i Mario Mandżukiciem, że w efekcie Sarriemu nie sprowadzono przed rokiem do ataku nikogo nowego, co zmuszało Ronaldo do częstego grania jako wysunięty napastnik, choć od lat wiadomo, że najgroźniejszy jest, gdy ma wsparcie. Teraz wreszcie je dostał od Alvaro Moraty, ale za to wciąż brakuje odpowiednich ludzi do środka pola, co wydatnie pokazał choćby ostatni mecz z Interem. Antonio Conte lubi narzekać na kadrę, którą ma do dyspozycji, ale raczej nie wymieniłby się z Pirlo środkowymi pomocnikami. Marcelo Brozović, Arturo Vidal i Nicolo Barella całkowicie wyłączyli z gry drugą linię Juventusu. I to zdarza się zaskakująco często jak na klub tego formatu.

INDYWIDUALNE STRATY

Ostatecznie na tym wszystkim traci też Ronaldo. To od momentu odejścia z Realu zaczęła się pogarszać jego pozycja w indywidualnych plebiscytach. Złotej Piłki (czy w 2020 roku jej odpowiednika w FIFA) nie zdobył już od trzech lat. Najpierw przegrał z Luką Modriciem, potem z Lionelem Messim, a ostatnio z Robertem Lewandowskim. Pierwszy raz od dekady przestał się też mieścić w czołowej dwójce. To wszystko w okresie, w którym jego indywidualne wyniki wciąż są na poziomie dostępnym tylko bardzo nielicznym zawodnikom na planecie.

ZNÓW WYCISNĄĆ MAKSIMUM

Można oczywiście powiedzieć, że Messi chciałby mieć w Barcelonie takie problemy, jakie Ronaldo ma w Juventusie, bo jeśli chodzi o sposób prowadzenia sportowego projektu, turyńczycy wciąż wypadają w ostatnich latach zdecydowanie lepiej. Do poziomu, który pozwolił im dochodzić do finałów Ligi Mistrzów i łowić wśród najlepszych graczy świata, Juventus doszedł jednak wyciskaniem z własnego potencjału maksimum i stawianiem niemal wyłącznie dobrych kroków. Są powody, by sądzić, że właśnie jakoś od momentu sięgnięcia po Ronaldo, gdy do zrobienia pozostał ostatni krok, gdzieś się to zatraciło. Wymęczone zwycięstwo z Napoli w Superpucharze tego nie zmieni. Juventus potrzebuje znacznej poprawy w rundzie rewanżowej i więcej występów takich jak w grudniu na Camp Nou. Inaczej kiedyś będzie się zastanawiał, jak to możliwe, że z najlepszym strzelcem w historii futbolu nie udało mu się niczego spektakularnego wygrać.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.