Bestia, o której zostały tylko legendy. Diego Costa na dobre wypisał się z poważnego futbolu

Zobacz również:Cena na metce działa na głowę. Złoty chłopiec wraca tam, gdzie zaczynał
Liverpool FC v Atletico Madrid - UEFA Champions League Round of 16: Second Leg
Fot. Julian Finney/Getty Images

Diego Costa na własne życzenie rozwiązał kontrakt z Atletico Madryt zmierzającym po mistrzostwo Hiszpanii. Wiedział, że nie da już tej drużynie tyle, ile dawniej. W formie to jeden z najbardziej niewdzięcznych napastników świata do pilnowania. Po serii urazów, a ostatnio także zakrzepicy, która wysłała na emeryturę Chrisa Bosha, nie wróciłby jednak na wcześniejszy poziom. Bazował przecież na końskim zdrowiu i strachu wywoływanym możliwościami fizycznymi. Jedni doszukują się w tym ambicji grania, inni polowania na ostatni wielki kontrakt, ale zawsze przykro patrzeć, jak monstrum staje się coraz bardziej potulne i niegroźne.

Z pewnością 32-latek zostawił serducho, najpierw na Vicente Calderón, później z nieco gorszym skutkiem na Wanda Metropolitano. Wpisał się jednak w tendencję dziewiątek Atletico Madryt, które wykręcały świetne liczby i zostawały w pamięci. Szedł szlakiem wyznaczonym przez Diego Forlana, Falcao czy Davida Villę. Stał się jednym z atleticos, dlatego zapłacili 60 milionów euro, by odzyskać go z Chelsea. Z dzisiejszej perspektywy nie był to najrozsądniejszy wydatek, ale płacili za jednego ze swoich. Trudnego, krnąbrnego, lecz tylko dzięki temu inwentarzowi zaszedł tak daleko. W Celcie Vigo potrafił usłyszeć, że nie jest piłkarzem z umiejętnościami na LaLiga, zawsze jednak nadrabiał charakterem, dlatego został symbolem cholismo.

Ostatnio coraz mniej było Diego Costy w Diego Coście. Diego Simeone nadał go cenił, widział w nim atuty, ale wiedział, że czasu nie cofnie. Zapłacił za powrót innego napastnika, bo ten nie był w stanie nawiązać do poziomu sprzed transferu na Stamford Bridge. Przy Luisie Suarezie, niezwykle doświadczonym, ale też dotkniętym upływającymi latami, nie można było sobie pozwolić na dwie takie jednostki. Atak powinien być definicją mocy – tam więcej potrzeba energetyki i fantazji Joao Feliksa.

To był trudny sezon dla napastnika urodzonego w brazylijskim Lagarto. Pozostawał dobrą duszą szatni (chociaż pojawiają się też newsy o roli zapalnika wielu konfliktów), człowiekiem odpowiedzialnym za żarty, wariatem rozjaśniającym każdy dzień, ale nie chciał sprowadzać się tylko do roli maskotki. Potrzebował głodu gry. Chciał dalej polować, czuć się myśliwym i wywoływać strach, a wiedział, że to już niemożliwe. Otworzył sezon bramką z Granadą, z Elche wywalczył oraz wykorzystał jedenastkę, lecz to za mało jak na potrzeby najpoważniejszego kandydata do mistrzostwa Hiszpanii.

Ostatnie lata skojarzą mu się raczej ze zmorą gabinetów fizjoterapeutów i stołem operacyjnym. Wymieniać można długo: śruba w śródstopiu, przepuklina, uraz pachwiny, stopy, uda, problemy mięśniowe, dwa zabiegi chirurgiczne, w sumie to 62 mecze opuszczone z powodu kłopotów zdrowotnych, odkąd wrócił do Madrytu. Za dużo, zdecydowanie za dużo, aby prosić o dawnego Diego Costę. Naruszone miał wiele punktów, a jeszcze znamy charakter Costy – nieustannie zaciskał zęby i próbował grać z bólem.

Najgorszych scenariuszy nasłuchał się ostatnio po zakrzepicy żył głębokich w prawej nodze. Dolegliwość może być powiązana z koronawirusem, którego hiszpański napastnik przechodził na początku września. Konsekwencje potrafią pożegnać z zawodowym sportem, bo finalnie przez zaawansowane stadium tej choroby na parkiety nie wrócił już znany koszykarz NBA Chris Bosh.

To sam Diego Costa ruszył do gabinetu szefów z prośbą o rozwiązanie kontraktu i z klasyczną dla siebie bezczelnością, czyli oczekiwaniem wypłacenia całej pensji. Przy tych negocjacjach było niemało gimnastyki. Jedni jako powód podawali problemy osobiste i chęć powrotu do Brazylii, drudzy złość na swoją rolę przy Luisie Suarezie, jeszcze inni chęć podpisania ostatniego atrakcyjnego kontraktu, ale z obawami, że każdy miesiąc w Atletico dewaluuje jego kolejną tygodniówkę. Dostał zgodę na odejście na konkretnych warunkach – przede wszystkim na zasadzie lojalki, czyli dołączenia do ekipy spoza Ligi Mistrzów czy ligi hiszpańskiej. Został wypuszczony za darmo pod warunkiem, że zwiąże się z klubem brazylijskim albo takim spoza Europy.

Nadal Hiszpan urodzony w Brazylii będzie łakomym kąskiem, bo gwarantuje emocje, energię i żywotność. Dostrzegał to nawet Diego Simeone, który czasem na mocy sentymentu chciał zaskoczyć rywala szaleństwem Diego Costy. On bardziej działał już na emocjach niż realnych możliwościach, a to rzadko kiedy przynosiło efekty. Rozstanie było głosem rozsądku. Bo ani Costa nie zbuduje większego pomnika, ani Atletico nie podbije z nim świata. Pozostaną wspomnienia i lepiej dłużej w nich nie grzebać.

My natomiast wiemy, że ten ruch wymusza sprowadzenie nowego napastnika zimą. Na czołowych miejscach listy życzeń był Arkadiusz Milik, największe hiszpańskie dzienniki poświęciły mu nawet okładki w ostatnich dniach, ale guru newsów transferowych Fabrizio Romano pozbawił nadziei. „Milik będzie za drogi jak na zimowe możliwości Atletico. Podoba się w klubie, ale oczekiwanie 15 milionów euro to zbyt wysoka cena jak na kogoś, kto w czerwcu kończy kontrakt” – tłumaczył włoski newsman. To byłaby obiecująca transakcja dla obu stron, lecz Napoli nie widzi w tym swojego interesu.

Może skończyć się na sprowadzeniu Raula de Tomasa, Maxiego Gomeza albo Lorena Morona, bo pozostałe zagraniczne kandydatury też wypadają poza orbitę finansową lidera ligi hiszpańskiej. Od tych decyzji może zależeć nawet cały sezon madrytczyków, bo z samym Luisem Suarezem nie pociągną do końca rozgrywek. Tu potrzeba poważnej, klasowej alternatywy, aby potwierdzić aspiracje do tytułów. Niekoniecznie nazwiska, ale przede wszystkim głodu, energii, dodatkowej inspiracji i jakości. Atletico musi stawiać kroki bardzo rozważnie, bo tak rozgrywa się mistrzostwa.

Podziel się lub zapisz
Dominik Piechota
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.