Antonio Conte odmówił Tottenhamowi, ale kibice Spurs nie powinni po nim rozpaczać (KOMENTARZ)

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
AntonioConte-1227818341.jpg
Fot. Mattia Ozbot/Soccrates/Getty Images

Angielskie i włoskie media przez około tydzień grzały temat powrotu Antonio Conte do Premier League. Właściwie wszystkie poważniejsze źródła były zgodne: Włoch obejmie Tottenham, a wraz z nim przyjdzie Fabio Paratici, który zna się z nim z Juventusu i obejmie stanowisko dyrektora sportowego. Po kilku dniach pompki temat jednak upadł. Według raportów rozbiło się o budżet na transfery. Część kibiców Tottenhamu zawiodła się takim obrotem spraw, ale warto spojrzeć na tę sprawę z drugiej strony. Brak Conte wcale nie powinien ich martwić.

Owszem, 51-latek udowodnił już w wielu klubach, że jest urodzonym zwycięzcą i jeśli fanom Spurs zależy przede wszystkim na poprawie wyników sportowych, to można zrozumieć, że zawiedli się takim przebiegiem zdarzeń. Conte to ekspert od zdobywania mistrzostw – ma regularność niczym Pep Guardiola i do tytułu doprowadził już trzy różne kluby. Łatwo więc uznać, że Włoch to piłkarski Midas.

Gdyby traktować go tylko w ten sposób, Tottenhamowi przeszła obok nosa okazja. Poprzedni sezon londyńczycy zakończyli na siódmym miejscu, choć jesień dawała nadzieję na dużo więcej. Mimo tego, że mieli niesamowitego Harry'ego Kane'a – króla strzelców i jednocześnie najlepszego asystenta Premier League – i Heung-min Sona, który rozegrał życiowy sezon w Anglii, to fani znów przeżyli zawód. W dodatku w trakcie rozgrywek pracę stracił Jose Mourinho i trzeba było wrócić do punktu wyjścia.

Conte jako zwycięzca to jednak tylko jedna strona medalu. Nie ma bowiem przypadku w tym, że w żadnym miejscu nie pracuje długo. Przecież jeszcze kilka miesięcy temu to byłoby nie do pomyślenia, że będzie on w dyskusji o jakimkolwiek trenerskim wakacie, tymczasem chwilę po wielkim sukcesie z Interem już go tam nie ma. Nie jest to w pełni jego wina – rozeszło się o różne czynniki, głównie o to, że Conte nie był zadowolony z tego, co usłyszał na temat letnich planów klubu i uznał, że nie będzie w stanie odpowiednio wzmocnić drużyny. Już rok temu pojawiały się plotki, że może odejść, mówiło się, że znów daje o sobie znać jego trudny charakter, ale został jeszcze na rok i udowodnił to, co chciał. Zostawił Inter ze scudetto, ale i w niepewnej sytuacji.

Przekonali się o tym również w Anglii. Conte najpierw szturmem podbił z Chelsea ligę i zdobył mistrzostwo, by już rok później żegnać się w atmosferze konfliktu z zarządem i piłkarzami. Na pożegnanie dołożył jeszcze w drugim sezonie triumf w FA Cup, ale nawet wtedy pojawiały się różne gesty ze strony zawodników, które sugerowały, że relacje się zespołu, jak choćby ten Williana, który na zdjęciu z pomeczowej fety... zasłonił włoskiego trenera ikonkami pucharów. Niby małostkowe, niby znak czasów, że w ogóle w takich zachowaniach z Instagrama szukamy drugiego dna, ale ostatecznie wymowne.

Zatrudnienie Conte przez Tottenham miałoby wiele cech wspólnych z pozyskania Mourinho. To trenerzy, którzy wolą wygrywać niż budować. Spurs tymczasem muszą postawić na stworzenie czegoś trwałego i myśleć długofalowo. Conte tego nie gwarantuje. Jeśli chcesz w ciągu dwóch lat zdobyć mistrzostwo, dzwoń do niego śmiało. Jeśli chcesz przebudować drużynę i ustawić ją na odpowiednich torach na przyszłość, to źle wybrałeś.

Coś mogą powiedzieć o tym fani Chelsea. Po zdobyciu mistrzostwa Anglii Conte zażądał wzmocnień, ale ruchy, jakich wówczas dokonał, do dziś odbijają się na Stamford Bridge czkawką. Latem 2017 roku, szykując The Blues do obrony tytułu, sprowadził Alvaro Moratę, Tiemoue Bakayoko, Danny'ego Drinkwatera, Antonio Rüdigera i Davide Zappacostę. Zimą dołożył jeszcze Oliviera Girouda, Emersona oraz Rossa Barkleya. Wszyscy kosztowali razem ponad 220 milionów funtów.

Z tego grona tylko Rüdiger i Giroud się sprawdzili. Moratę udało się sprzedać do Atletico, Bakayoko wypożyczany był już do Milanu, Monaco i Napoli, Drinkwatera do Burnley, Aston Villi i ostatnio do tureckiej Kasimpasy, Zappacostę do Romy i Genoi, Emerson nie potrafił wygryźć ze składu Marcosa Alonso i jest dziś zmiennikiem Bena Chilwella, a Barkley wrócił z wypożyczenia do Aston Villi i zaraz zapewne zostanie sprzedany. Conte tłumaczył później wprawdzie, że miał na celowniku innych zawodników i większość wymienionych to były opcje B, ale i tak to niepokojący wykaz.

Owszem, Tottenhamowi przydałyby się zwycięstwa i trofea, ale w taki sam sposób argumentowano zatrudnienie Mourinho. Portugalczyk miał ulepszyć to, co udało się stworzyć Mauricio Pochettino i postawić kropkę nad i, ale tego nie zrobił, za to klub został z kilkoma trudnymi pytaniami. Conte byłby ze strony Spurs pokazem siły i wysłaniem sygnału, że trzeba się będzie z nimi liczyć, ale dowiedział się, że nie dostanie odpowiednich środków na transfery – chyba że Spurs sprzedadzą Kane'a.

Conte zwyczajnie nie pasuje do profilu kandydata, za jakim powinien rozglądać się dziś Daniel Levy. On sam niedawno stwierdził, że Spurs zaniedbali „priorytety swojej tożsamości”, którą określił jako „opartą na ofensywnej, porywającej grze” i stwierdził, że klub „zobowiązuje się do tego, by rozwijać młodych utalentowanych graczy z akademii”. Nie pasowało to ani do opisu Mourinho, ani nie pasuje do Conte, dlatego sam fakt, że prezes Tottenhamu w ogóle zabiegał o Włocha mocno kłóci się z jego słowami. Gdyby Conte nasprowadzał doświadczonych zawodników „na już”, spychając na dalszy plan konieczność przebudowania zespołu w oparciu o młodszych i bardziej perspektywicznych graczy, a potem w swoim stylu odszedł po dwóch sezonach, zostawiłby Tottenham dokładnie w tym samym punkcie, w jakim go obejmował.

Levy nie ma wiele czasu, bo zaraz ruszą mistrzostwa Europy, a później praktycznie z marszu kluby wejdą w etap przygotowań do nowego sezonu, dlatego przeciągające się poszukiwania nowego menedżera z oczywistych względów frustrują kibiców Spurs. Szczególnie, że prezes Tottenhamu wyraźnie się miota. Była mowa o Julianie Nagelsmannie, potem o Hansim Flicku, następnie pojawiła się koncepcja powrotu Pochettino, aż nagle wyskoczył temat Conte. Jakby brakowało tu koncepcji.

Włoch to jednak nie jest trener, za którym fani powinni rozpaczać. On dużo bardziej pasuje do klubu, który ma już gotowe fundamenty i potrzebuje człowieka, który zrobi z nim następny krok. Nie do takiego, którego największa gwiazda deklaruje chęć odejścia i wiele pozycji wymaga wzmocnień, by wrócić do walki o najwyższe cele.

Tottenham nie jest w sytuacji, w której kilka ruchów pozwoli im bić się o mistrzostwo Anglii. Tu potrzebny jest menedżer, który jest głodny, potrafi rozwijać piłkarzy i dostanie na to czas. Ktoś taki, jak Pochettino, gdy przychodził w 2014 roku. Argentyńczyk wyciągnął Spurs w górę i choć trofeum nie zdobył, to nadał drużynie wyraźny charakter. Formuła się w końcu wypaliła i pewien cykl się zakończył, ale Pochettino też to rozumiał. Gdy odchodził, ostrzegał, że przebudowa Tottenhamu może być długa i bolesna. Zatrudnienie Conte tylko by ten proces spowolniło.

Podziel się lub zapisz
Futbol angielski i... amerykański. Przez cały rok na okrągło żyje wydarzeniami w Premier League, której mecze komentuje w Canal+, oraz NFL. Usłyszycie go w również audycjach Kick Off i NFL Po Godzinach.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.