AC Milan: Karate Kids walczą o scudetto

Zobacz również:Osobowość, pewność siebie, technika. Sebastian Walukiewicz i rok na wielki skok
AC Milan v Juventus - Coppa Italia: Semi Final
Fot. Emilio Andreoli/Getty Images

„Jakość bez wyników jest bezcelowa. Wyniki bez jakości to nuda" - mawiał po konfucjańsku Johan Cruyff. Obserwując niedawne wyczyny AC Milanu - drużyny, która powraca z futbolowych zaświatów niczym zjawa poszukująca nowego ciała - trudno z nim polemizować. Rossoneri zdobywają punkty, ponieważ na boisku trzeba je zdobywać, a w piłkę grają z niemal podwórkową frajdą. Zaś ich podróż na szczyt tabeli Serie A przypomina familijną opowieść o hartowaniu stali w rodzaju „Karate Kida” albo „Potężnych kaczorów”.

Łatwo wyobrazić sobie ilustrowaną szlagierami lat 80. sekwencję montażową, w której Çalhanoğlu próbuje uderzyć piłkę z przepaską na oczach, Kessié przeciąga na linie ciężarówkę, a Donnarumma próbuje złapać muchę pałeczkami. Jeszcze łatwiej dostrzec w Zlatanie Ibrahimovicu urobionego po łokcie Emilio Esteveza, a trenera Stefano Pioliego pomylić z pielęgnującym drzewko bonsai panem Miyagim. Nawet jeśli prawda jest nieco bardziej prozaiczna. Niemal każdy w tej drużynie - od trenera, który uciekł spod topora, przez spłacające transferowy kredyt przyszłe gwiazdy, po króla piłkarskich najemników na „ostatniej misji” - ma coś do udowodnienia.

Miłe złego początki?

Liczby nie kłamią. Milan jest jednym z najlepszych europejskich zespołów 2020 roku. W serie A pozostaje niepokonany od 8 marca. W obrębie wszystkich rozgrywek zaliczył tylko jedną porażkę (0:3 z Lille w Lidze Europy) w ostatnich 32 meczach. To również jedyny team bez ligowej przegranej wśród wszystkich drużyn pięciu najważniejszych dywizji Starego Kontynentu. Milan wygrywa szczęśliwie, remisuje nieszczęśliwie, ale nieodmiennie trzyma głowę nad powierzchnią. Ponieważ jednak ich kapitał na półmetku Serie A to zaledwie punkt przewagi nad Interem, 7 punktów nad Romą oraz „tylko i aż” dziesięć nad monopolizującym dotąd rozgrywki Juventusem (który ma do rozegrania zaległe spotkanie), po plecach kibiców spływa zimny pot. Zbyt świeże są wspomnienia dumy kroczącej przed upadkiem. Zbyt często, po fantastycznym starcie rozgrywek, drużyna oglądała Ligę Mistrzów w telewizji. Kibicowanie rossonerim to ciągła gotowość na fabularny twist, bo przecież „Karate Kid” może w każdej chwili zamienić się we włoski neorealizm. Oto bohater, piłkarz najgorszej drużyny Serie Z, nie strzela karnego w ostatniej minucie meczu, a następnie wraca do ciasnej klitki na przedmieściach Mediolanu i na oczach umorusanych dzieci wypłakuje się do zlewu.

Powiedzieć, że ostatnie lata były dla siedmiokrotnych zdobywców Pucharu Mistrzów chude, to nie powiedzieć nic. Choć górale w średnim wieku wskazaliby jako cezurę sezon 2010/11, gdy Milan po raz ostatni sięgnął po scudetto, będę się upierał, że symboliczny demontaż drużyny rozpoczął się znacznie wcześniej, tuż po udanym odwecie na Liverpoolu w finale Ligi Mistrzów z 2007 roku (dwa do zera i typowy Inzaghi, if you ask me: jeden gol strzelony barkiem, drugi na granicy spalonego). To wówczas, głównie za sprawą nadchodzącej zmiany pokoleniowej, Milan zaczął bujać się w rejonach, które chłopaki z Kartoflisk nazwaliby „niższymi lokatami wyższymi" - zarówno w Serie A, jak i w europejskich pucharach. Później przyszła chwilowa rewitalizacja i wspomniane mistrzostwo Włoch (nawiasem mówiąc, z fantastycznym wynikiem 82 punktów w 38 kolejkach), jednak w happy end żaden kibic chyba nie wierzył. Był okres tragikomedii (oddanie Andrei Pirlo do Juventusu to wciąż najlepszy jednoaktowy dramat XXI wieku), horroru (10. miejsce w sezonie 14/15), a nawet anime (od kosmicznych uderzeń z wolnego Keisuke Hondy po fryzurę Stephana El Shaarawy'ego). Niestety, jakości drużyny tej klasy nie odmierza się potencjałem rozrywkowym, tylko liczbą trofeów w klubowej gablotce. Milan ostatni raz zagrał w Lidze Mistrzów przed siedmioma laty. Zaś od triumfu w Serie A minęła niemal dekada.

Przyczyny tego upadku to oczywiście temat na zupełnie inny artykuł, albo i książkę. W każdym razie układają się w opasły katalog grzechów sportowych, menadżerskich, marketingowych, instytucjonalnych, do wyboru, do koloru. Fatalna polityka transferowa, wyprzedaż zdolnych wychowanków, korowód trenerów jednorazowego użytku, brak dyrektora sportowego z prawdziwego zdarzenia, trzykrotna zmiana właściciela... A przecież to dopiero prolog do opowieści o końcu pewnej ery i zmierzchu pewnego pokolenia, które podarowało nam aż dziewięć trofeów różnej wagi w pierwszej dekadzie XX wieku.

Możecie wrócić do baseballu

Odpowiedź na pytanie, dlaczego tryby w rozklekotanej maszynie wreszcie zaczęły pracować, jest jeszcze bardziej problematyczna. Jednak spoglądając zarówno na trzon drużyny, jak i na jej peryferia, można dojść do wniosku, że każdy ma coś w Milanie do ugrania. Począwszy od trenera Pioliego, który w finale zeszłorocznych rozgrywek rzutem na taśmę uratował posadę (i naprawdę trudno orzec, czy zawdzięcza to dwóm golom Ibry w kluczowym meczu z Sassuolo, czy może ripoście Szweda na wieść o planowanym angażu trenera Ralfa Ragnicka: "Nie wiem, kim jest ten człowiek. Ale on na pewno wie, kim ja jestem").

O najwyższą stawkę gra oczywiście młodzież, która stoi przed szansą własnoręcznej odbudowy mediolańskiej potęgi; drużyny o wielkich tradycjach, którą przez wiele lat określano pogardliwie mianem "domu spokojnej starości". W ostatnim ligowym meczu z Lazio, średnia wieku gospodarzy wynosiła zaledwie 22,9 lat, z kolei postawa młodych zawodników uświadomiła, jak często trwonimy frazy o "głodzie gry" oraz "ciągu na bramkę". Sercem drużyny są dziś zawodnicy formatu Gigi Donnarummy (rocznik '99) oraz Alessio Romagnoliego ('95). Jej płuca to Franck Kessie ('96) i Ismail Bennacer ('97). Z kolei następców Pirlo i Seedorfa - czas pokaże, czy na wyrost - upatruje się dziś w Sandro Tonalim ('00) oraz seniorze Hakanie Çalhanoğlu (rocznik '96). Najstarsi z kluczowych zawodników Milanu dopiero zbliżają się do szczytu formy. Najmłodsi mogą jeszcze stać się gwiazdami światowego formatu. W ogródku i towarzystwie gąski jest już Francuz Theo Hernandez ('97), prawdopodobnie najlepszy stranieri w defensywie Milanu od czasu Thiago Silvy.

Chłopaki uprawiają futbol, który przypomina inną konfucjańską prawdę Cruyffa: „najtrudniej jest grac prosto”. W swoich najlepszych momentach przypominają nieco Napoli z czasów Maurizio Sarriego, tyle że z lepszą wymiennością pozycji i większą elastycznością w ofensywie. Minęły czasu futbolu do kawki, na San Siro znów dzieje się dużo, szybko i przez całe dziewięćdziesiąt minut. Dziury w obronie bywają efektem radosnych wypadów skrzydłami, konieczność rozgrywania piłki w środku pola nie jest dla piłkarzy kłopotliwym balastem, z kolei niepewni (casus Rafaela Leão), albo nierówni (vide Ante Rebić) napastnicy mogą liczyć na pomoc w szesnastce. Chyba nic nie mówi dziś więcej o filozofii gry Milanu niż fakt, że piłkę pakuje do siatki kilkunastu zawodników z każdej formacji. I że pod nieobecność Bennacera, Ibrahimovica i Kessiego, rossoneri potrafią rozstrzygnąć na swoją korzyść niejeden piłkarski thriller.

Last but not least, Zlatan Ibrahimovic, rocznik 1981. W dzisiejszym Milanie ktoś pomiędzy starotestamentowym Bogiem, emocjonalnie reedukowanym najemnikiem oraz troskliwym pasterzem, biorącym na siebie zarówno światła reflektorów, jak i odpowiedzialność za wyniki drużyny. Po emeryturze, która okazała się urlopem, Szwed powiedział dziennikarzowi z Los Angeles: „Możecie już wrócić do baseballu”. A potem sam wrócił do Italii nauczać futbolu, bo przecież jako obieżyświat bez triumfu w Lidze Mistrzów wciąż ma o co wojować. Pytanie tylko,  czy staczy mu pary na ostatni sezon?

Na półmetku

W mediach społecznościowych wielki karnawał. Milaniści śpiewają Donnę Summer w klubowym autokarze, stroją sobie żarty na treningach, celebrują 200. występ Romagnoliego w barwach klubu. Można się z takich skrawków piłkarskiego życia śmiać, można zamienić je w element marketingowej kampanii, ale nie sposób ich sfałszować. Atmosfera w klubie jest fantastyczna, co widać przede wszystkim na boisku. Wieńczący półrocze mecz z Lazio powinien stanowić jednak lampkę ostrzegawczą. Wyszarpane w ostatnich minucie zwycięstwo i ewidentna jazda na oparach mogą być zwiastunem lekkiego kryzysu - zwłaszcza, że po rozgrzewce z przyzwoitym w tym sezonie Benevento już 6 stycznia na San Siro przyjeżdża Juventus. To będzie jeszcze ciekawy film: o mistrzu z nożem na gardle oraz pretendencie, który może już tylko zwyciężać. Zabierzcie popcorn.

Podziel się lub zapisz
Redaktor naczelny portalu Filmweb, krytyk filmowy i recenzent gier wideo. Nie musisz kochać filmów, żeby o nich słuchać. Ale po WALKIE TALKIE wszystko się może zmienić. Rozmowy z filmowcami, dyskusje o kinematografii i ciekawostki ze świata seriali - wszystko na antenie newonce.radio.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.