Od pracy w szkole do budowy mistrzowskich „Księżniczek”. „W pracy trenerskiej nikt nie jest nieomylny”

Zobacz również:Przerwany live na Instagramie czy prezentacja zawodniczki w Simsach. Chemik Police przełamuje marketingowe schematy
Marek Mierzwiński Chemik Police
Fot. Krzysztof Cichomski/Tauron Liga

Trudno znaleźć w świecie polskiej siatkówki drugiego trenera, który miałby w dorobku mistrzostwo drugiej i pierwszej ligi, a także Ekstraklasy. Dodając do tego wyniki w siatkówce plażowej i rozgrywkach młodzieżowych, Marek Mierzwiński może uważać się za utytułowanego szkoleniowca. Największy sukces – złoto Tauron Ligi – osiągnął w minionym sezonie po tym, jak nieoczekiwanie zastąpił w Grupa Azoty Chemiku Police Jacka Nawrockiego. Szkoleniowiec dziesięciokrotnych mistrzyń Polski przedstawia kulisy kariery trenerskiej, a także przedstawia drogę do tytułu zespołu z województwa zachodniopomorskiego.

Dlaczego nazywa swoje zawodniczki „Księżniczkami”? Co złożyło się na pokonanie Developresu Bella Dolina Rzeszów? Czemu polscy trenerzy nie powinni mieć kompleksów? Jak ważną rolę dla losów klubu sportowego odgrywają wybory samorządowe? Odpowiedzi udziela człowiek, który bez problemu odnajduje się w trenowaniu zarówno seniorskich siatkarek, jak i sześciolatków.

*****

Michał Winiarczyk: Siatkówka jeszcze pana zaskakuje?

Marek Mierzwiński: Coraz rzadziej, lecz pamiętajmy, że tworzą ją ludzie. To oni stanowią różnorodność tego sportu. Każdy człowiek jest inny. Co jakiś czas pojawiają się nowe osoby, które wpływają na zmiany. Nigdy nie można być niczego pewnym, bo pomysły i standardy, które funkcjonowały dziesięć, pięć czy dwa lata temu, mogą dziś być nieaktualne, bo zmienili się ludzie. Trener cały czas musi szukać nowych sposobów na rywali, ale i taktyki gry własnego zespołu.

Za panem już trzydzieści lat pracy trenerskiej. Wszystko zaczęło się od prowadzenia drużyny szkolnej w Szczecinie.

Mam więcej doświadczenia, przez co łatwiej odnajduje się w trudnych sytuacjach. Na podstawie poprzedniego sezonu wiem, jak dobrze równoważyć zdrowie zawodniczek i komfort psychiczny. Pamiętajmy, że układ nerwowy regeneruje się dłużej niż układ mięśniowy. Staram się z ludźmi w sztabie tworzyć dobrą atmosferę w zespole. Chcę, by zawodniczki czuły nasze wsparcie oraz widziały w nas partnerów, lecz nie przyjaciół. Niemniej, gdy drogi się rozchodzą, to mogę powiedzieć, że ze zdecydowaną większością siatkarek na zawsze pozostaję w przyjacielskich relacjach.

Praca z kobietami to coś, z czym planuje być pan związany na zawsze? Ma pan również doświadczenie w męskiej siatkówce.

To, że znalazłem się wśród kobiet, było dziełem przypadku. We wspomnianej przez pana szkole podstawowej zatrudniono mnie do pracy z dziewczynami w klasach 6-8. Z nich stworzyłem pierwszą drużynę, która później wygrała rozgrywki w mieście, a następnie w województwie. To z kolei sprawiło, że po trzech latach pracy w szkole dostałem ofertę z Chemika.

To były pierwsze sukcesy, które dały do myślenia, że praca trenerska to plan na życie?

Od razu wiedziałem, co chcę w życiu robić. Już w liceum miałem w głowie plan na przyszłość. Byłem niespełnionym siatkarzem. Na dzisiejsze warunki, w szczycie formy, mógłbym nadawać się na drugą ligę. Gdy zacząłem pracę trenerską, to szybko zrozumiałem, że zawodniczki mogą osiągnąć więcej niż ja. Postanowiłem poświęcać więcej czasu im niż sobie. W międzyczasie spróbowałem siatkówki plażowej, bo lubiłem w nią grać. Tutaj też byłem średni. Dodatkowo para, którą wykreowałem – Białobrzeska/Kuchczyńska – dobrą grą szybko wybiła z głowy dalsze zawodnicze ambicje. To się opłaciło, bo w sumie na plaży doprowadziłem zawodniczki do jedenastu medali mistrzostw Polski.

Dostrzega pan w pracy trenerskiej zalety przygody z siatkówką z perspektywy zawodnika?

Na pewno, bo często zawodniczkom należy pokazać dany element techniczny. Wychodzę z założenia, że jak trener wymaga wykonania danego zagrania, to wypadałoby, aby sam umiał je wykonać. To pozbawia ewentualnego argumentu pod tytułem: „Czego on ode mnie oczekuje, jeśli sam tego nie umie?”. Przygoda zawodnicza z pewnością mocno pomaga.

W czym dostrzega pan różnice jeśli chodzi o pracę z kobietami a z mężczyznami?

Praca z mężczyznami wydaje się łatwiejsza, bo mamy do czynienia z prostszą komunikacją, zero-jedynkową. U kobiet tak to nie wygląda, ale nie chcę mówić, że jest gorzej. Jest po prostu inaczej. Myślę, że to kwestia doświadczenia i przyzwyczajenia się do trenowania dziewczyn. Z drugiej strony, praca z kobietami jest wdzięczniejsza. Nie wspomnę o urodzie i pięknie tej odmiany. Mogę za to wspomnieć o tak prostych rzeczach jak to, że zawodniczka zawsze będzie pamiętać, kiedy masz urodziny i zwróci uwagę na przekręcony kołnierzyk na koszulce, bo chce, żebyś wyglądał jak najlepiej. Nie oszukujmy się, u panów nikt się czegoś takiego nie spodziewa (śmiech). Praca z kobietami jest niemniej satysfakcjonująca jak ta z mężczyznami. Wręcz mogę powiedzieć, że jest odwrotnie. Nie zamieniłbym dziś siatkówki żeńskiej na męską.

Prywatnie woli pan oglądać zmagania kobiet czy mężczyzn?

Częściej oglądam siatkówkę dziewczyn, choć rzadko robię to czysto prywatnie. W sezonie wszelkie mecze ligowe kobiet stanowią analizę przygotowawczą przed meczami. Co innego, gdy mówimy o reprezentacji. Rzadko się zdarza, bym odpuścił jakiś mecz. Oprócz tego, że jestem trenerem, jestem też kibicem kadry.

Zapytałem nie bez przyczyny, bo Karch Kiraly mówił mi, że jego siatkówka męska nudzi. Wskazywał na fakt, że wszystko tam sprowadza się do szybkich i silnych wymian, w przeciwieństwie do kobiet, gdzie akcje potrafią trwać o wiele dłużej.

Jest w tym trochę racji. Poszukując inspiracji do rozwoju, dla mnie lepiej jest również oglądać siatkówkę żeńską.

Jak wspomina pan pracę w Gdańsku? Został pan trenerem w ekstraklasie tuż po trzydziestce.

Wcześniej zdobyłem wicemistrzostwo Polski z kadetkami Chemika. Prawie cały zespół przeniesiono do Szczecina. W Piaście wygraliśmy złoto w kategorii juniorek, a potem, jak to często bywa po sukcesie w naszym kraju, podziękowano mi za pracę. Dwie najzdolniejsze zawodniczki przygarnęła ekipa z Gdańska. Pojechałem tam razem z nimi. Wcześniej ustalona współpraca nie przebiegała tak, jak powinna. W międzyczasie zostałem trenerem reprezentacji Polski w plażówce. Wkrótce postanowiłem poświęcić się właśnie tej roli, rezygnując z pracy z Gedanią.

Nieoczekiwanie, po sezonie plażowym, Gdańsk się do mnie odezwał i to z propozycją objęcia funkcji pierwszego trenera. Kompletnie nie spodziewałem się takiej oferty. Podjąłem wyzwanie, tym bardziej że nie miałem innej, lepszej opcji. Nie chciałem się zbytnio tam ruszać, ale nikt z Polic czy Szczecina wtedy się nie odzywał.

Jak odnalazł się pan w pracy z seniorkami?

Mieliśmy bardzo młody skład. W drużynie były tylko cztery seniorki. Dostałem zadanie utrzymania zespołu w Ekstraklasie, co łatwym celem nie było. Udało się, bo jeden z zespołów się wycofał. Gedanię czekały baraże, ale już beze mnie, bo tuż przed nimi mi podziękowano. Chwilkę przeżywałem, ale tydzień później czekała już na mnie robota na piasku i przygotowania do sezonu plażowego.

Ciekawi mnie pański okres pracy w Sulechowie. Przychodził pan po mistrzostwie II ligi z Murowaną Gośliną, by spędzić pięć lat z dwoma tytułami na trzecim i drugim szczeblu.

Mogę znowu powiedzieć – żyjemy w Polsce. Mimo że podpisałem umowę na dwa lata, po mistrzostwie II ligi podziękowano mi w Murowanej Goślinie. Nie jest to łatwa sytuacja, bo człowiek wie, że wykonał dobrą pracę, zrobił świetny wynik, a kończy bez pracy. Wicemistrzostwo kadetek i mistrzostwo juniorek oraz rozdział w Gdańsku również zakończyły się rozstaniami. Być może doświadczenia z przeszłości sprawiły, że łatwiej się z tym oswoiłem. Dodatkowo, po dwóch dniach od rozwiązania kontraktu dostałem telefon z Sulechowa. To była pierwsza propozycja, jaka do mnie trafiła. Dopiero co skończył się sezon, a ja już pojechałem na rozmowy. Szybko się dogadaliśmy.

Zawisza Sulechów utrzymał się w drugiej lidze tylko dlatego, że ostatni zespół się wycofał. Otrzymałem zadanie, aby w trzy lata najpierw ustabilizować pozycję klubu na trzecim szczeblu, a później awansować na drugi. Plan zrealizowaliśmy w stu procentach, bo po trzech latach akurat wygraliśmy promocję do I ligi. Zaraz potem doszło kolejne mistrzostwo. Powinniśmy awansować do Ekstraklasy, ale pech chciał, że trafiliśmy na rok, w którym władze postanowiły zamknąć Orlen Ligę. Ze względów niby formalnych nie dopuszczono nas do gry.

Brak awansu w takich okolicznościach był niejako ciosem w policzek?

Trafiliśmy na rok wyborów. Ówczesny burmistrz Sulechowa był przyjazny Zawiszy. Mocno dotował klub, by mógł bić się z najlepszymi. W planach długoterminowych był awans, a później walka o utrzymanie w Ekstraklasie. Tak by się stało, ale po pierwsze – nie wpuszczono nas do elity. To był sygnał do wycofania się naszego głównego sponsora. Po drugie – stary burmistrz przegrał wybory. Następca podjął decyzję o niefinansowaniu Zawiszy. Klub przetrwał jeszcze z półtora miesiąca, ale zakończył działalność przed zakończeniem okienka transferowego, aby nie blokować rozwoju zawodniczkom.

Z tego co wiem, to mocno pan związał się z Sulechowem.

Podejrzewam, że gdyby nie kopniak od losu, to żyłbym tam dalej. Może Zawisza by cały czas grał w Ekstraklasie? Nie brakowało dobrej atmosfery, dodatkowo Sulechów leży blisko Zielonej Góry, co przy awansie miało mieć duże znaczenie. Wychodzę z założenia, że nic się nie dzieje bez przyczyny. Być może tak miało być, abym po paru latach mógł doświadczyć wielkich emocji tutaj w Chemiku. Bardzo zależało mi na powrocie do Szczecina. Najpierw byłem w Gdańsku, wróciłem tam na cztery lata, ale później znów musiałem wyjechać. Po rozdziale w Sulechowie szukałem sposobu, by znów pracować w znajomym miejscu. Nie miało dla mnie znaczenia gdzie i w jakiej roli. Mogłem pracować z seniorkami albo juniorkami, jako asystent lub trener – byleby mnie ktoś chciał.

Nie miał pan problemów z powrotem do funkcji asystenta?

Nie. Oczywiście mówi się, że pierwszy szkoleniowiec nie powinien wracać do roli asystenta. Znam wiele osób, które gdy raz zostało głównymi trenerami, to później potrafią czekać i czekać na ofertę, bo koniecznie muszą pracować tylko na tym stanowisku. Uważam, że na każdym szczeblu trener może się spełniać. W Sulechowie oprócz trenowania Zawiszy, pracowałem w szkole z chłopakami z klasy sportowej. Ponadto stworzyłem akademię dla dzieci z pierwszej klasy. W ciągu dnia potrafiłem trenować seniorki, a później uczyć podstaw siatkówki sześciolatków. Spełniałem się i tu i tu, choć wiem, że z pracy z dziećmi nie da się zarobić podobnych pieniędzy co z dorosłymi.

Zawsze można powiedzieć, że dla trenera siatkówki kobiecej największym sukcesem w Polsce może być mistrzostwo Tauron Ligi. Zgadzam się – to moje największe zawodowe osiągnięcie. Niemniej mam też kilka teoretycznie mniejszych sukcesów, które znaczą dla mnie wiele na przykład mistrzostwo Polski juniorek z zawodniczkami, które wychowywałem od dziecka.

Sporo mówi pan o pracy z dziećmi i młodzieżą. Doświadczenie pedagogiczne przydaje się w pracy z seniorkami?

Trener musi być trochę jak ojciec – czasem surowy, czasem opiekuńczy. Zawodniczka, tak samo jak dziecko, musi czuć wsparcie. Szkoleniowiec ma być osobą, na którą zawsze można liczyć. W żadnym zespole nie ma non stop cukierkowej atmosfery, gdzie wszyscy wszystko robią z szerokim uśmiechem. Czasami trzeba krzyknąć, pokłócić się. Dochodzą nerwy, pojawiają się łzy. Ważne jest to, aby wspomniane sytuacje były wyjątkami, a nie codziennością. Do donioślejszych sposób pracy powinno się sięgać tylko w ekstremalnych sytuacjach.

Przejęcie funkcji pierwszego trenera Chemika można zaliczyć do wspomnianych ekstremalnych sytuacji?

Nie stresowałem się tą sytuacją tak bardzo, jak ludzie myśleli. Często dostawałem pytanie, czy sobie z tym poradzę. Nawet ludzie w klubie patrzyli się na mnie z przymrużeniem oka, czy wiem, na co się piszę. Pierwszym trenerem byłem już wielokrotnie. Pytano się mnie, czym różni się trening w Tauron Lidze a w I lidze. Szczerze? Praktycznie niczym. Często stosuje się te same ćwiczenia. Inna jest jakość wykonania, bo na szczycie grają o wiele lepsze zawodniczki. Możesz dać więcej zadań taktycznych. Same metody pozostają podobne. I tu, i tam mamy do czynienia z człowiekiem.

Miał pan blisko siedem lat przerwy jeśli chodzi o pracę jako główny szkoleniowiec.

Ludzie, którzy ze mną współpracują, mogą powiedzieć co innego, ale w mojej opinii nie wydaje mi się, żebym się zmienił. Pamiętam wszystkie rozmowy z trenerami w Chemiku. Przez sezony pracy kilku się przewinęło. Na początku zawsze wyraźnie przekonywałem, by się mnie nie obawiali. Widząc doświadczonego trenera każdy mógł myśleć, że tylko czyham na miejsce, kopiąc pod nich dołki. Namawiałem, żeby robili wszystko zgodnie ze swoją intuicją, oferując przy okazji dobrą radę, jeśliby potrzebowali.

Czas spędzony w roli drugiego trenera pozwolił mi poznać nowe metody pracy. W tym sporcie każdy uczy się od każdego – siatkarz od siatkarza, trener od trenera, siatkarz od trenera i tak dalej. Siatkówka nie zawiera w sobie stagnacji. Pamiętam, że niejednokrotnie patrząc na decyzję głównego trenera myślałem sobie, że postąpiłbym inaczej. Później wychodziło na to, że on miał rację. Dostawałem lekcje, które mi się teraz przydają. W pracy trenerskiej nikt nie jest nieomylny.

Który trener najmocniej na pana wpłynął?

Myślę, że wszyscy. Od każdego mogłem się wiele nauczyć. Mogę tylko wspomnieć, z kim mi się pracowało najlepiej – z Ferhatem Akbasem. Mieliśmy bardzo zbliżone poglądy na temat taktyki, szybkości gry czy odpowiedzialności na pozycjach. Nadawaliśmy na tak podobnych falach, że nasza komunikacja od razu zatrybiła.

Praca z kobietami jest wdzięczniejsza. Nie wspomnę o urodzie i pięknie tej odmiany. Mogę za to wspomnieć o tak prostych rzeczach jak to, że zawodniczka zawsze będzie pamiętać, kiedy masz urodziny i zwróci uwagę na przekręcony kołnierzyk na koszulce, bo chce, żebyś wyglądał jak najlepiej.

Co pan zrobił, czego nie zrobił Jacek Nawrocki, że po pańskim przyjściu na stanowisko pierwszego trenera Chemika, gra zespołu się odmieniła?

Myślę, że nie powinno porównywać się naszej pracy, tym bardziej zero-jedynkowo. Jacek Nawrocki to bardzo dobry i doświadczony trener. Trudno było mu wejść do siatkówki klubowej po wielu latach prowadzenia wyłącznie reprezentacji. Bez okresu przygotowawczego musiał wejść w rytm meczowy. W zasadzie względem jego pracy dokonałem jednej zmiany w składzie – postawiłem na Martynę Czyrniańską w pierwszej szóstce. Przez cały sezon miałem na ten temat określone zdanie, więc gdy zostałem głównym szkoleniowcem, to wcieliłem je w życie. Mi się udało, a Jackowi noga się powinęła. Pamiętajmy jednak o tym, że miał mało szczęścia. Mało się mówi o tym, że oprócz trudnej sytuacji kadrowej, tuż przed Pucharem Polski straciliśmy Dani Drews, która uciekła z kraju po wybuchu wojny na Ukrainie. Trzeba było szybko przestawić zespół. Wyszło tak, że odpadliśmy z walki o trofeum. Zarząd podjął decyzję o zwolnieniu i powierzeniu mi roli trenera. Dziękowaliśmy sobie wzajemnie z Jackiem za współpracę. Pozostajemy w bardzo dobrych relacjach. Mistrzostwo Polski to sukces nas wszystkich.

Objąłem zespół w trudnym momencie. Moim największym sukcesem w ubiegłym sezonie było to, że zawodniczki szybko mi zaufały. Sytuacja, w której drugi trener zostaje pierwszym, różnie wpływa na zespół.

Skoro mowa o zaufaniu, to czym kupił pan „Księżniczki”?

Nazywam je tak, bo staram się traktować zawodniczki wyjątkowo. Mowa tu o kobietach. One wymagają dobrego traktowania i szacunku. Odpowiadając na pytanie, kluczem było to, że szybko zrozumiały, że mogą mi zaufać. Zauważyły, że biorę dużą odpowiedzialność na siebie. Spodobała im się moja taktyka gry oraz metody treningowe. To wszystko siłą rzeczy musiało być inne. Dziękuję dziewczynom za te zaufanie, bo kim jest trener bez zespołu?

Wiem od „Księżniczek”, że kiedy sytuacja tego wymaga na przykład podczas treningów, to tak „bajecznego” nastroju nie ma.

Oczywiście, że tak. Nie funkcjonujemy z różowymi okularami non stop. Nie ma zespołu, w którym przez cały rok byłoby wesoło. Po zdobyciu medalu wszyscy się uśmiechaliśmy i przytulaliśmy. W tym momencie trudne chwile odeszły w niepamięć, bo osiągnęliśmy sukces. Czasem trener musi reagować wbrew sobie i znaleźć odpowiedni bodziec, by dotrzeć do siatkarki. Nie może myśleć, że ktoś się na niego obrazi, bo krzyknął. Po sukcesie zawodniczki rozumieją, że czasem podniesienie głosu było po prostu próbą motywowania.

Co złożyło się na pokonanie Developresu Rzeszów i mistrzostwo Chemika?

Znów muszę nawiązać do zaufania. Na nowo staliśmy się silnym zespołem, bo relacje w zespole gdzieś w pewnym momencie zaczęły się rozchodzić. Bardzo dobrze realizowaliśmy taktykę, którą stworzyłem sobie dużo wcześniej. Jeszcze przed debiutem w roli pierwszego trenera tłumaczyłem zmiany w grze tym siatkarkom, których miały najmocniej dotknąć. Choć graliśmy z Rzeszowem dopiero po dwóch kolejkach (chodzi o ostatni mecz fazy zasadniczej Tauron Ligi 2021/22 – przyp. M.W), to od razu przystąpiłem do wdrażania nowej filozofii. Mówiłem co i jak będziemy grali oraz tłumaczyłem ustawienie. Wcześniejsze mecze wykorzystaliśmy jako przygotowanie. Ostatecznie wygraliśmy dosyć pewnie 3:1, przy czym strata seta była niejako na nasze życzenie.

Wygrana z Developresem na koniec rundy zasadniczej była o tyle istotna, że ustawiła kolejność w tabeli przed play-offami. Pierwsze miejsce dało przywilej, że wszystkie nieparzyste mecze graliśmy u siebie. Własne ściany bardzo pomagają. W przypadku finałowej serii stosowaliśmy tę samą taktykę i założenia, tylko lepiej je realizowaliśmy. Nie mogło być inaczej, musieliśmy to wygrać. Widzieliśmy, że Rzeszów gra coraz mniej pewnie. Skoro na ostatnie cztery mecze w lidze wygraliśmy wszystkie z nich, to chyba mogę nieśmiało powiedzieć, że taktyka się bardzo dobrze sprawdziła.

Developres ma kompleks Chemika?

Myślę, że to pytanie bardziej do osób z Rzeszowa. Wychodzę z założenia, że jeśli mój zespół gra dobrze, to prawdopodobnie wygramy jeśli nie 100, to 98 procent spotkań w lidze. Kluczem jest prawidłowe wykonanie zakładanego planu gry. Jeśli to ma miejsce, to nie ma siły, byśmy mieli duże problemy. Co innego jeśli zaczniemy skupiać się na innych zespołach albo sprawach pozasportowych. To nie jest droga do wygrywania. Musimy patrzeć na to jak my gramy, bo to od nas zależy własny sukces.

Pamięta pan, co czuł po ostatniej piłce w finale, która dała mistrzostwo?

Nie miałem retrospekcji lat kariery. Przyznam się szczerze, że długo wyobrażałem sobie ten moment. Miałem w głowie wizualizację kapitan Chemika podnoszącej puchar. Wraz z kolejnymi postępami, wizja zawierała w sobie coraz więcej szczegółów. Gdy faktycznie stała się rzeczywistością, to… mnie nie zaskoczyła. Przecież już to wcześniej widziałem (śmiech). Od dawna ten widok tkwił w snach i marzeniach.

Pracując od kilku miesięcy w roli pierwszego trenera miał pan wpływ na budowę obecnego składu Chemika. Jakie to uczucie mieć komfort w doborze zawodniczek? W przeciwieństwie do pracy w Murowanej Goślinie czy Sulechowie, tutaj może mieć pan większość zawodniczek z listy życzeń.

To tak nie działa.

Uważam, że polscy szkoleniowcy nie mają czego się wstydzić względem zagranicznych. Spójrzmy na rywalizację Rzeszowa z Policami. Po jednej stronie stał świetny francuski trener z mistrzostwem świata w dorobku, Stephane Antiga. Naprzeciwko stał Polak. Mieliśmy dwa równe zespoły, każdy mógł wygrać, a ostatecznie tytuł zdobył ten drugi.

Marka Chemika Police nie przekonuje?

Nie wszystkich, ale na pewno wiele zawodniczek marzy, by tutaj grać. Oprócz tego, że stoimy na bardzo wysokim poziomie, jeśli chodzi o poziom sportowy, to również organizacyjnie nie brakuje u nas profesjonalizmu. Jesteśmy wypłacalni, co w tym środowisku jest bardzo istotne oraz mamy świetną opiekę medyczną – mogę chyba powiedzieć, że wyjątkową w skali kraju. Dodając do tego świetne zarządzenie w mediach społecznościowych, powstaje obraz klubu komfortowego dla siatkarek.

To, co odstrasza czasem zawodniczki od Chemika, to fakt, że przyjdą i często będą musiały stać w kwadracie. Wiele z nich decyduje się na grę w słabszych lub mniej profesjonalnych zespołach, bo mogą tam liczyć na częstsze występy.

Co otrzymał pan od ukochanej dyscypliny?

Przede wszystkim spełnienie. Od zawsze miałem w głowie marzenie o sukcesie. Praktycznie na każdym szczeblu, w jakim pracowałem, mam osiągnięcia. Medale w rozgrywkach młodzieżowych, seniorskich, siatkówce plażowej – jestem bardzo zadowolony z tego, jak toczy się moja kariera. Z kolei praca w Zachodniopomorskim Związku Piłki Siatkowej (Mierzwiński pełni tam od 2021 roku funkcję prezesa – przyp. M.W) to szansa na pomaganie innym i dzielenie się doświadczeniami. Związek to nie tylko ja, ale grupa ludzi. Cieszę się, że mogę tam często pełnić funkcję doradczą.

Przed panem rywalizacja jako pierwszy trener w Lidze Mistrzyń, w której występować będą również kluby prowadzone przez takie postaci jak Giovanni Guidetti, Stefano Lavarini czy Daniele Santarelli. Gdyby lata temu usłyszał pan, że w takim gronie znajdzie się Marek Mierzwiński, to…?

Nie byłbym zaskoczony. Nie czułem i nadal nie czuję się gorszy od innych trenerów. Uważam też, że polscy szkoleniowcy nie mają czego się wstydzić względem zagranicznych. Spójrzmy na rywalizację Rzeszowa z Policami. Po jednej stronie stał świetny francuski trener z mistrzostwem świata w dorobku, Stephane Antiga. Naprzeciwko stał Polak. Mieliśmy dwa równe zespoły, każdy mógł wygrać, a ostatecznie tytuł zdobył ten drugi.

Mówię kolegom po fachu, by nie mieli kompleksów, bo naprawdę jesteśmy solidnymi fachowcami. Chciałbym zaapelować do prezesów klubów, aby odważniej stawiali na polskich szkoleniowców. Wiem, że do sukcesu potrzeba szczęścia, ale też i zaufania. Każdy z nas jest inny i ma swoje metody. W jednym klubie się one nie sprawdzą, a w drugim osiągnie dobry wynik. Mam własne poglądy na wiele spraw. Uczę się cały czas od innych, ale kroczę ścieżką wytyczoną przez siebie samego.

Co myślisz o tym artykule?

Podziel się lub zapisz
Podróżuje między F1, koszykarską Euroligą, a siatkówką w wielu wydaniach. Na newonce.sport często serwuje wywiady, gdzie bardziej niż sukcesy i trofea liczy się sam człowiek. Miłośnik ciekawych sportowych historii.
Komentarze 0