newonce logo
POKAŻ WIĘCEJ
Fot. Shaun Botterill/Getty Images

Początek sezonu Premier League obfituje przede wszystkim w gole. Praktycznie w każdym meczu możemy nastawiać się na dużą liczbę bramek. Za nimi idą niespodzianki. Liga, która latami reklamowała się jako ta, w której każdy może wygrać z każdym, ostatnio niekoniecznie to potwierdzała. Teraz zaskoczeń jest więcej, przy czym nie są to wymęczone zwycięstwa 1:0 beniaminka z mistrzem, a częściej szaleństwa typ 4:3 albo 6:1. Analizujemy, z czego to wynika.

 

Żeby znaleźć podobną sytuację, musielibyśmy się cofnąć o 90 lat. Jak do tej pory w tym sezonie Premier League w 38 meczach padło 144 bramek. To daje średnią 3.79 na każdy mecz. To 11. wynik w historii ligi angielskiej, a bierzemy pod uwagę wszystkie lata istnienia rozgrywek, czyli od roku 1888. Wszystkie dziesięć przypadków, kiedy średnia goli na mecz była wyższa, pochodzi z lat 1888-1930. Siedem z nich jeszcze z XIX wieku, czyli jeszcze przed zasadzie o spalonym brzmiącej tak, jak obecnie. Mówimy więc o sytuacji niespotykanej w nowoczesnym futbolu w Anglii.

Przez te 90 lat średnia zbliżona do obecnej zdarzyła się tylko na jednym etapie. W latach 1957-61 trzykrotnie przekraczała 3.6 trafienia na mecz. W samej erze Premier League takich rzeczy już nie widywaliśmy. Najwyższy wynik w tym czasie zaobserwowaliśmy w rozgrywkach 2018/19. To było jednak „tylko” 2.82 gola na mecz , średnio prawie o jedno trafienie mniej niż teraz. Najniższe wyniki padały za to w latach 2004-07. Po przyjściu takich menedżerów jak Jose Mourinho czy Rafael Benitez, którzy ponad wszystko cenili sobie organizację gry i solidną defensywę, średnia liczba goli spadła poniżej 2.5 na mecz. Jeśli więc zachodziły wahania, to o 0.3 gola na mecz, nigdy do tak ekstremalnego poziomu, jak teraz.

Obecna średnia jest więc absolutnie bezprecedensowa. Poczucie, że zapanował chaos, potęgują niecodzienne wyniki. Niedziela cudów, kiedy Manchester United najpierw przegrał 1:6 z Tottenhamem, a chwilę później Aston Villa pokonała Liverpool aż 7:2 to najbardziej dobitny przykład sensacji, w których jednocześnie padało mnóstwo bramek. Logika nakazuje wierzyć, że liczba goli raczej nie utrzyma się na aż tak wysokim poziomie przez cały sezon i za chwilę zacznie stopniowo maleć. Na razie operujemy też na bardzo małej próbce – za nami tylko cztery kolejki, w dodatku niepełne, dlatego nie ma co wyciągać pochopnych wniosków. Taki skok jednak intryguje i każe zastanowić się nad tym, skąd się wziął.

fot. Marc Atkins/Getty Images

BRAK KIBICÓW, CZYLI BRAK PRESJI?

Dyskusja o przyczynach zaczęła się w tym sezonie wcześnie. Już po drugiej kolejce, w której padły rekordowe dla Premier League 44 gole, zaczęto się nad tym zastanawiać. Wśród potencjalnych przyczyn pojawiła się chociażby gra przy pustych trybunach. Tłumaczono: piłkarze nie czują na sobie presji kibiców, przekłada się to również na częstsze zwycięstwa gości, a w ofensywie pozwala na grę z większą swobodą. Zdaniem Michała Zachodnego, analityka reprezentacji Polski U-19 i twórcy podcastu „Zachodny do tablicy”, w którym omawia ciekawe zagadnienia taktyczne, to jednak najmniej istotny czynnik. A przynajmniej nie taki, który można uznać za uniwersalny dla wszystkich zespołów i graczy.

– Tego nie da się policzyć, bo przecież jeden zawodnik będzie mógł się bardziej skupić, gdy na trybunach jest cicho, a innemu zabraknie tego skoku adrenaliny, który przychodzi z każdym okrzykiem, aplauzem publiczności – tłumaczy w rozmowie z newonce.sport Zachodny, prywatnie wielki miłośnik i znawca Premier League.

– To więc temat poboczny przy wymienianiu tych czynników, które mają większy, faktyczny wpływ na zwiększoną liczbę goli w Premier League. Innymi słowy, dla jednych to będzie ważny czynnik, dla drugich – wyłącznie wymówka – tłumaczy.

Które są w takim razie ważniejsze? Na większą liczbę bramek przekłada się chociażby zawyżona liczba rzutów karnych, ale to wciąż nie tłumaczy tak radykalnej zmiany. Przyczyna może leżeć w podejściu taktycznym.

 

RYZYKO NIE ZAWSZE POPŁACA

Niedawno widzowie Sky Sports byli świadkami bardzo ciekawej wymiany w studiu Monday Night Football. Po meczu Liverpoolu z Arsenalem (3:1) Roy Keane, występujący w roli telewizyjnego eksperta, nazwał defensywę mistrzów Anglii określeniem „sloppy”, czyli niedbały, niechlujny. Irlandczykowi chodziło o kilka momentów, w których obrona Liverpoolu przysnęła albo sprezentowała Kanonierom okazję – przecież gol zdobyty przez Alexandre’a Lacazette’a wziął się z kiksu Andy’ego Robertsona we własnym polu karnym. Klopp bronił jednak postawy swojej drużyny i gry z ustawioną wysoko linią obrony.

U The Reds to mocno zauważalna zmiana od początku poprzedniego sezonu. Nikt w Premier League nie ustawia się w średniej pozycji tak bardzo oddalonej od własnej bramki. Pep Lijnders, asystent Kloppa, tłumaczył w zeszłym sezonie, że w ten sposób ich drużyna zamyka przeciwnika na własnej połowie i zabiera mu przestrzeń. Odpada też część ryzyka narażenia się na groźną kontrę, bo pozwala złapać rywala na spalonym. Z pomocą idzie technologia. Nawet jeśli uda się to zrobić, a sędzia tego nie zauważy, to po analizie VAR akcja zostanie cofnięta.

W tym sezonie jednak wysoka obrona Liverpoolu prowadzi do kłopotów. Żeby grać tak z powodzeniem, cała formacja musi działać jak jeden organizm. Z Arsenalem funkcjonowało to najlepiej, ale wcześniej sygnałem ostrzegawczym był mecz z Leeds United (4:3). Mistrzowie Anglii wygrali, jednak beniaminek potrafił wykorzystać ich ryzykowne ustawienie i dochodził do sytuacji. Patrząc na liczbę strzałów, trzy gole dla ekipy Marcelo Bielsy trochę zakłamywały wynik. Według modelu expected goals jego piłkarze stworzyli okazje „warte” 0.45 bramki, więc mocno przebili wskaźnik. Trzy gole zawdzięczają dobremu wykończeniu akcji, ale i błędom Liverpoolu. Przecież drugi dla Leeds padł po nieostrożnym przyjęciu piłki przez Virgila van Dijka blisko własnej bramki i odbiorze Patricka Bamforda. Przy pierwszym za to błąd w komunikacji Trenta Alexandra-Arnolda z Joe Gomezem zostawił Jackowi Harrisonowi za dużo miejsca.

Do katastrofy doszło jednak dopiero z Aston Villą. Zespół Deana Smitha, widząc niepewną grę obrońców The Reds i wiedząc, że w bramce Alissona zastępuje Adrian, podchodził bardzo wysokim pressingiem i zmuszał faworyta do błędów. Klopp tym razem nie bronił swoich piłkarzy, a był po meczu kompletnie zdezorientowany. Zwracał uwagę na błędy techniczne, brak reakcji ze strony swojego zespoły i niedociągnięcia, takie jak źle wyblokowane strzały. Aż trzy z siedmiu goli Liverpool stracił tamtego wieczora po rykoszetach, a Villa według expected goals „zapracowała” na trzy bramki. Ale goście jej mocno pomogli.

To jednak ogólnie zauważalny trend. W tym sezonie Premier League suma xG dla wszystkich meczów to około 109. Mimo tego padło w nich aż 144 goli. Nadwyżka aż 35 trafień sugeruje, że obie te liczby zaraz się zrównają, ale też każe szukać przyczyn w błędach zawodników. Trudno bowiem stwierdzić na podstawie czterech kolejek, że wszyscy w lidze stali się znacznie skuteczniejsi.

 

KOSZTOWNE BŁĘDY

Jednym z czynników, wpływających na zwiększoną liczbę bramek, jest gra i rola współczesnych obrońców oraz bramkarzy. Dziś każdy próbuje rozgrywać akcje podaniami po ziemi począwszy od zawodników z tych pozycji. To kolejne ryzyko, jakie podejmują dziś zespoły i które może obrócić się przeciwko nim.

– Początkowo wydawało się, że drużyny będą grały bardziej odważnie, ale bliżej bramki przeciwnika. Tymczasem jest zupełnie na odwrót. Podejmowane jest większe ryzyko w rozegraniu od własnego pola karnego. W ostatnich tygodniach z otwarcia gry gole straciły takie zespoły jak Chelsea, Liverpool, Manchester United, a nawet Burnley. Przynajmniej trzy z czterech drużyn jeszcze przed sezonem uznalibyśmy za więcej niż solidne w defensywie – zwraca uwagę Zachodny.

– Pytanie jednak, czy decyzje trenerów o tym, by w ogóle rozgrywać od własnej bramki jeszcze odważniej, jeszcze częściej, to tylko efekt zmian w rozgrywaniu spotkań? – zastanawia się analityk kadry U-19. – Bardziej wskazałbym ogólny trend. Przepis o wejściu zawodników w pole karne przy aucie bramkowym jest „aktywny” już od 18 miesięcy, więc było sporo czasu, by udoskonalić rozwiązania, wytrenować schematy i wykorzystać je w swoim warsztacie. A przecież obecnie trenerzy w Premier League w większości myślą proaktywnie, a nie wyłącznie o tym, jak wybronić i skontrować. Więc siłą rzeczy zaczynają od tego stałego fragmentu. Ale znów: to tylko jeden z wielu czynników, bo przecież za zmuszaniem przeciwnika do podejścia z pressingiem idą kolejne kwestie, niekoniecznie psychologiczne, czy ryzyka, a po prostu techniczne, nawet fizyczne – dodaje.

Oglądając mecze Premier League w tym sezonie można odnieść wrażenie, że błędów jest więcej. Przytrafiają się one również tym, którzy najmocniej stawiają na rozgrywanie od tyłu, czyli najsilniejszym ekipom. W statystyce indywidualnych błędów prowadzi obecnie Liverpool (5), a za nim są Chelsea i Arsenal (po 3). Dla The Reds to połowa liczby z całego poprzedniego sezonu.

fot. Paul Ellis – Pool/Getty Images

– W ogóle powinniśmy rozmawiać w kwestii bronienia nie przez pryzmat efektu pandemii na świecie, ale tego, że po prostu gra w defensywie stała się bardzo trudna – mówi Zachodny.

– Po pierwsze, jeśli trener twojej drużyny podąża za światowymi trendami, to musisz bronić bliżej linii środkowej, niż własnej bramki, a więc ryzykujesz. Po drugie, każdy ułamek sekundy spóźnienia lub zawahania sprawia, że przeciwnik leci z piłką na twoją bramkę, a ty musisz go gonić. Po trzecie, w samym polu karnym nie możesz praktycznie używać rąk, bo w coraz większej liczbie przypadków oznacza to rzut karny przeciwko twojej drużynie. Gra staje się coraz szybsza i coraz mniej sprzyjająca typowo defensywnej grze – wylicza nasz rozmówca.

 

ODWRÓCENIE TRENDÓW

Taki stan rzeczy to znak czasów i dziś bycie stoperem jest znacznie trudniejsze niż kilkanaście lat temu. Wobec zwiększonej liczby błędów odzywa się grono ekspertów i kibiców, wspominających, że „kiedyś to było”, ale Zachodny do nich nie należy.

– Mam wrażenie, że idealizujemy pozycję obrońcy mówiąc, że teraz nie ma takich piłkarzy jak Ferdinand, Terry, Campbell itd… Ale czy oni tak naprawdę poradziliby sobie w obecnych czasach. Mówimy o szybkiej grze, jeszcze wyższym pressingu, jeszcze większej przestrzeni zostawianej za ich plecami. Futbol zmienia się i przyspiesza niemal sezon w sezon, idzie w stronę gry ofensywnej, więc nic dziwnego, że na aspekcie defensywnym także w szkoleniu skupia się w mniejszym stopniu – mówi nam analityk młodzieżowej reprezentacji Polski.

Ciekawą statystyką, która pokazuje, że na starcie tego sezonu Premier League zatarła się różnica między czołówką a resztą, jest ta dotycząca tzw. „deep completions”. Zlicza ona dokładne podania wykonane w okolice dwudziestego metra od bramki przeciwnika. W poprzednim sezonie pięć najlepszych ekip pod względem różnicy między liczbą takich zagrań, jakie same wykonały, a tymi, do jakich dopuściły, niemal dokładnie pokrywała się z pierwszą piątką tabeli Premier League. Obecnie mocno się to wymieszało. Spadła przewaga Manchesteru City w tym aspekcie, za to poprawiły się takie drużyny jak Aston Villa czy Newcastle. Dotyczy to zarówno tego, ile taki podań wykonują, jak i do ilu dopuszczają.

– Oczywiście próbka jak do tej pory jest mała, ale też nie porównujemy całych sezonów, nie wyciągamy wniosków mówiąc, że tak będzie w kolejnych miesiącach. Oceniamy „chaos” tu i teraz, a on jest, cóż, spory – zauważa Zachodny.

– Jeśli najlepsi gorzej bronią, to słabsi odważniej atakują, czego świetnym przykładem był mecz Villi z Liverpoolem. Nagle okazuje się więc, że zanika coś, co w poprzednim sezonie w przypadku dwóch najlepszych drużyn określano w Anglii mianem „fear factor”, czyli swojego rodzaju obawy przed przyjęciem kilku bramek od faworyta – kontynuuje.

Aston Villa rozbiła Liverpool 7:2
Fot. Peter Powell – Pool/Getty Images

– To pociąga za sobą kolejne rzeczy, jak np. fakt, że w ogromnym natężeniu spotkań i przy braku możliwości spokojnego treningu defensywy, ta gra bez piłki jest mocno zakłócona. Skoro zakłócony jest wysoki pressing, to łatwiej wyprowadzić piłkę i atakować przestrzeń na połowie przeciwnika. Wrócę do wcześniejszej kwestii rozegrania od bramki: także dlatego trenerzy na to się decydują, bo widzą, ile jest problemów w wysokim pressingu, że ma je każdy – ocenia Zachodny.

 

NAJBARDZIEJ BRAKUJE TRENINGU

Analizując, dlaczego w Premier League pada niespotykanie dużo goli, nie można jednak nie odnieść się do kwestii bardzo dziwnych, różnych dla wszystkich drużyn przygotowań do sezonu. Przez ostatnie siedem miesięcy mieliśmy bowiem najpierw lockdown i kilkanaście tygodni bez piłki, później szybkie przygotowania do restartu, następnie półtora miesiąca skondensowanej gry, by dokończyć rozgrywki 2019/20, a jeszcze niektórzy w sierpniu rozgrywali mecze w europejskich pucharach.

Poprzedni sezon ligowy kończył się 26 lipca, a nowy zaczynał się 12 września. Choć też nie dla wszystkich. Manchester City i Manchester United musiały odczekać co najmniej 30 dni od ostatniego występu w Lidze Mistrzów i Ligi Europy. Nawet jednak ci, którzy od końcówki lipca czekali tylko na start nowego sezonu Premier League, nie byli w komfortowej sytuacji.

– O tym aspekcie mówi się za mało. Za nami najbardziej nietypowy preseason w historii – mówią trenerzy. Patrząc nie na miesiąc w kalendarzu, a czas od zakończenia poprzedniego sezonu, większość byłaby teraz pod koniec przygotowań i po kilku sparingach. Zamiast tego za nami już kilka tygodni ligowej piłki. Do kwestii meczów towarzyskich w czasie przerwy zresztą też każdy podchodził indywidualnie. Jedni grali często, by pozostać w rytmie. Inni postanowili dać swoim graczom więcej odpoczynku. Do tego doszła wrześniowa przerwa na mecze międzynarodowe, która wypadła… na tydzień przed startem Premier League. Każdy jest na innym etapie przygotowań, a już musi rywalizować w lidze. To w największej mierze może prowadzić do większej liczby błędów, gorszego krycia i bardziej otwartych spotkań.

– Brak treningu jest chyba najbardziej odczuwalny. Myślę, że jeszcze tak na dobrą sprawę o tym od trenerów nie usłyszeliśmy, bo… rozgrywki jeszcze przyspieszą – twierdzi Zachodny. – Oczywiście, że w trakcie sezonu będzie można poprawić detale. Niewykluczone, że wajcha zostanie przestawiona z totalnej ofensywy i wysokiego pressingu na bronienie pod własną bramką, ustawienie linii obrony i pomocy blisko siebie na trzydziestym metrze i przesuwanie. To teoretycznie nie kosztuje takiego wysiłku w treningu. Można to zrobić spacerując po boisku oraz pokazać na odprawach przy tablicy lub w analizie wideo. Stąd te pierwsze tygodnie mogą być po prostu efektem fali, której wszyscy dali się ponieść, a może już po prostu taki będzie futbol: bezkompromisowy. Chyba każdy z nas wolałby właśnie takie rozwiązanie – mówi analityk.

Czy taka sytuacja w Premier League się utrzyma? To wątpliwe. Możliwe jednak, że powrót do normalności i liczby bramek na dawnym poziomie zajmie trochę czasu. Ten sezon będzie niezwykle intensywny. Już mieliśmy dwie reprezentacyjne przerwy, następna będzie w listopadzie, a po drodze każdy środek tygodnia zajmą europejskie puchary. Ponadto angielskie drużyny już zdążyły rozegrać kilka rund Pucharu Ligi, a od końcówki listopada zacznie się granie w Premier League co trzy-cztery dni.

Złapanie odpowiedniego rytmu może potrwać. Czasu na trening nie ma wcale, bo mecze nadchodzą jeden za drugim. To sprawia, że praca menedżera przypomina dziś próbę naprawienia samochodu w trakcie jazdy. Jednocześnie kibicom gwarantuje to emocje i mecze, do jakich kompletnie nie przywykli.

 

#analiza
#Michał Zachodny
#premier league

Najnowsze

Ubytek najgorszy z możliwych. Jak Liverpool poradzi sobie z kontuzją Virgila van Dijka?

Kontuzja Virgila van Dijka to ten rodzaj wydarzenia, który może zmienić rywalizację o mistrzostwo Anglii. Holender był jak do tej po ...

#Liverpool
#premier league

Zemsta za brak wspólnych obiadów. Ciro Immobile wpędza Dortmund w melancholię

Narzekał, że padało. I Niemcy byli zimni. A koledzy z zespołu nie zapraszali go na wspólne posiłki. Najlepszy włoski napastnik pokaz ...

#Borussia Dortmund
#bundesliga

Witamy w Lidze Mistrzów. Kędziora spełnił marzenia i poznał czar Juventusu

Można kolportować żarty o Alvaro Moracie, ale finalnie to jego dwa kontakty z piłką w szesnastce sprawiły, że Dynamo Kijów przegrało ...

#Dynamo Kijów
#Juventus
#Liga Mistrzów

Młodzi szturmują Ligę Mistrzów. Największe talenty, którym już teraz trzeba się przyglądać

Ten tekst mógłby mieć melodię z cyklu „Mamy po 20 lat”. Problem w tym, że niektórzy gracze jak Eduardo Camavinga nie skończyli nawet ...

#Edouardo Camavinga
#Dejan Kulusevski

RANKING SIŁ PREMIER LEAGUE: Wolves i MU przesuwają się w górę, środek zbliża się do czołówki

Piąta kolejka Premier League nie była aż tak szalona, jak poprzednie, choć kilka meczów porywało do samego końca. W Rankingu Sił obj ...

#premier league
#Ranking Sił

Inspiracja dla biznesu i kultury masowej. Dick Fosbury, czyli Uber skoku wzwyż

Avicii widział w nim dowód znaczenia przypadku. Pepsi nieszablonowego myślenia. Mazda inspiracji technologicznych. A Burger King zac ...

#Dick Fosbury
#lekkoatletyka
#skok wzwyż

Podium z kapelusza, czyli pozytywny sygnał. Co mówi o Kubicy trzecie miejsce w Zolder?

To nie miało prawa się wydarzyć. Nie w tym aucie, nie w tym zespole, nie w debiutanckim roku całej ekipy. Ciągłe problemy techniczne ...

#DTM
#Robert Kubica

Sześć sekund do setki. Pamiętacie jeszcze najszybszego piłkarza w Polsce?

Czas pędzi i Michał Zieliński dobrze o tym wie. Przed oczami ma dwie sceny: pierwszego gola w Ekstraklasie i palącą się ścianę w kop ...

#ekstraklasa
#Michał Zieliński

Takich emocji pragną fani basketu. Dziki wygrywają rzutem na taśmę

97:95, czyli wygrana dwoma punktami w meczu przepełnionym emocjami. To mówi samo za siebie. Dziki Warszawa wracają na zwycięską ście ...

#Dziki Warszawa
#Koszykówka

Cuda ogłaszają. Zlatan patrzy na wszystkich z góry, a Milan prowadzi w Serie A

Mediolan nigdy nie miał króla, za to miał boga – oto komentarz Zlatana Ibrahimovicia po wygranych derbach miasta z Interem (2:1). Cz ...

#Milan
#serie a
#zlatan ibrahimović
POKAŻ WIĘCEJ