newonce logo
POKAŻ WIĘCEJ
PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Polacy nie pojechali do Holandii, by coś przetestować, czegoś się nauczyć, czy coś zbudować. Nie pojechali nawet z nastawieniem na kontry, skoro nie wykonali przez 90 minut ani jednej. Pojechali, by jak najniżej przegrać. A w ten sposób zmarnowali potencjalnie ciekawy sprawdzian.

Przekonań o tym, kto w futbolu jest silny, a kto do niczego się nie nadaje, nabieramy, śledząc pierwsze turnieje w życiu. Kto w ich trakcie objawia się jako mocny, tego pewnie jeszcze długo będziemy traktować z szacunkiem. Kto w naszym dzieciństwie kompletnie się nie liczył, tego nagła siła jeszcze długo później będzie nas zaskakiwać. Wyobraźmy sobie, że urodziliśmy się w okolicach 2008 roku. Mamy dwanaście lat, chodzimy do szóstej klasy podstawówki. Interesuje nas piłka, ale nie historia futbolu. Johana Cruyffa znamy z tego, że tak się nazywa w FIFIE stadion Ajaksu. Nazwisko Dennisa Bergkampa tylko obiło nam się o uszy. A Edwin Van der Sar to dla nas ten gość, który ostatnio napisał list po transferze Van de Beeka do Manchesteru.

Pierwszy turniej, jaki świadomie chłonęliśmy, to Euro 2016. Polska otarła się w nim o półfinał i wydawała się naprawdę silna. Dlatego klęska na mundialu w 2018 roku mocno nas dotknęła. Holandii grającej na jakimkolwiek turnieju jeszcze w życiu nie widzieliśmy. Pierwszą okazję mieliśmy mieć na Euro 2020, bo dobrze jej poszło w eliminacjach, ale pandemia nam to uniemożliwiła. Wiemy, że mają kilku dobrych zawodników w silnych klubach, jednak nie robi to na nas wrażenia, bo my też mamy. Znamy Roberta Lewandowskiego, nie znamy żadnego holenderskiego napastnika, który byłby na porównywalnym poziomie. Nie pamiętamy przecież czasów, w których na polskiego gola w Lidze Mistrzów czekało się latami, a cały kraj żył transferem Andrzeja Niedzielana do NEC Nijmegen.

 

JEDNA PÓŁKA

Próbuję się postawić w skórze oglądających mecz Holandii z Polską dwunastolatków i staram się poczuć ich szok. Ja jestem już przez lata przyzwyczajony do takich meczów. Dla kogoś, kto wtłoczył sobie w głowę całą historię świata, polskie kompleksy piłkarskie wobec Holandii są ze wszech miar zrozumiałe i oczywiste. Jednocześnie jednak ostatnie lata nie przyniosły podstaw, by mieć jakiekolwiek kompleksy. Przywieźliśmy do Amsterdamu drużynę, która w ostatnich latach, z wyłączeniem mało znaczącej pierwszej edycji Ligi Narodów, wypadała w europejskich rozgrywkach lepiej niż Holandia. Przyjechaliśmy tam w ramach pierwszej dywizji Ligi Narodów. Co teoretycznie oznacza, że jesteśmy w tej samej lidze, co oni. Jasne, że w ramach jednej ligi mogą występować różnice umiejętności. Ktoś z tej ligi spadnie, ktoś będzie się bił o zwycięstwo. Ale jednak poziom powinien być względnie wyrównany. Zwłaszcza jeśli będzie się wiedzieć, że choć obie drużyny nie widziały się od dziesięciu miesięcy, gospodarze mają trochę trudniej. Stracili przecież w tym czasie selekcjonera, z którym świetnie sobie radzili i mieli biegać pod okiem trenera tymczasowego, oczekując, aż federacja wybierze im nowego szefa. To gorsza pozycja wyjściowa, niż granie u trenera, z którym pracuje się od dwóch lat.

 

PIERWSZY TEST

Dla Polski mógł to być całkiem ciekawy test, bo po raz pierwszy od blisko dwóch lat, była okazja zmierzyć się z naprawdę silnym rywalem. Liga Narodów jest słusznie wyśmiewana, ale dla Jerzego Brzęczka to na razie jedyne rozgrywki, w których mógł zagrać z rywalami z najwyższej półki. To, że jego drużynie nie poszło w poprzedniej edycji, przeciwko Włochom i Portugalczykom, nie szło jeszcze do końca na jego konto, bo dopiero poznawał drużynę i próbował ją podnieść po fatalnym mundialu. Eliminacje Euro dały przyjemne uczucie regularnego wygrywania, ale nie powiedziały nic o poziomie zespołu, nawet jeśli przyniosły kilka niepokojących sygnałów, na czele z totalną dominacją Austriaków na Stadionie Narodowym. W ocenie turniejowych kwalifikacji zawsze padał jednak kończący argument, że zwycięzców się nie sądzi. Wreszcie więc można było zobaczyć kogoś, kto rzeczywiście przetestuje siłę polskiej drużyny, nie padając przed większymi indywidualnymi umiejętnościami naszych reprezentantów.

 

KULTUROWA PORAŻKA

Na pierwszy rzut oka trudno za to, jak wyglądał ten mecz, winić Brzęczka. Nawet jeśli ma się o nim mało przychylne zdanie, ktoś, kto nie widział drużyny od dziesięciu miesięcy, a przed meczem odbył z nią dwa treningi, ma bardzo ograniczony wpływ na to, jak wygląda zespół. Prędzej można odnosić poziom gry Polaków do całych dwóch lat i tego, co udało się w tym czasie zbudować. Wydaje się jednak, że trzeba pójść szerzej.

O ile kadra Brzęczka przegrała z drużyną Lodewegesa nieznacznie, by nie powiedzieć minimalnie, o tyle polska kultura piłkarska przegrała z holenderską z kretesem. Doraźne wyniki poszczególnych turniejów mogą wyglądać korzystniej dla Polaków, podział na dywizje może nas z Holendrami lokować w innej lidze, a papierowe porównanie składów i klubów, w których grają zawodnicy, może wypadać nie najgorzej. Później trzeba jednak stanąć na boisku i przekonać się: Polska nie gra w jednej lidze z Holandią. I to nie kwestia wyborów personalnych selekcjonera, czy błędów pojedynczych zawodników. Przy odrobinie szczęścia Polska mogła wywieźć bezbramkowy remis. Przy masie szczęścia mogła nawet wygrać. A jednak nawet dla 12-latka było w piątek jasne, kto lepiej gra w piłkę. Znacznie lepiej.

Brzęczek nie ma 12 lat, tylko 49. Wie, kto to Cruyff i ma dobrze zakorzeniony poczucie niższości polskiego piłkarza względem holenderskiego. Na mecz do Amsterdamu nie pojechał, by wygrać, by rozwijać zawodników, czy coś przetestować. Pojechał, by jakoś przetrwać. Zestawienie wyjściowej jedenastki mogło w kilku punktach dziwić, ale tylko dopóki nie zobaczyło się, po co Polacy przyjechali do Holandii.

 

DEFENSYWNE WYBORY

Przed gwizdkiem można było się zastanawiać, co jest nie tak z Maciejem Rybusem, który w hierarchii selekcjonera na lewej obronie jest nie tylko pod Arkadiuszem Recą, ale i prawym obrońcą Bartoszem Bereszyńskim. Po meczu wiadomo, że chodziło przede wszystkim o bronienie. Prawonożnemu Bereszyńskiemu granie po lewej stronie mogłoby przeszkadzać przy dośrodkowaniach, ale skoro i tak nie dośrodkowywał, tylko pilnował własnej połowy, gra po tej stronie nie była żadnym problemem. A nawet dawała mu atuty w pilnowaniu schodzących do środka skrzydłowych rywali. Tylko siedem procent holenderskich strzałów w piątkowy wieczór nadleciało z jego skrzydła. Rybus pewnie więcej dałby w grze do przodu, niż grający na zaciągniętym hamulcu ręcznym Bereszyński, ale za to obrońca Sampdorii już wiele razy dał dowody, że jest całkiem zdyscyplinowanym obrońcą.

Można się było zastanawiać, czy Brzęczek chce dać pierwszą poważną szansę Kamilowi Jóźwiakowi, który dotąd rozegrał w kadrze cztery minuty, ale teraz można podejrzewać, że raczej chodziło o to, jak konkretni skrzydłowi grają w defensywie. O Kamilu Grosickim od zawsze wiadomo, że robi to źle, ale ma inne atuty. Te atuty w Amsterdamie nie były potrzebne. Potrzebny był ktoś, kto będzie harował w defensywie, asekurując Bereszyńskiego. Jóźwiak robił to dobrze. Można wreszcie było się zastanawiać, czy nie lepszy byłby z przodu Arkadiusz Milik, który potrafi czasem sam coś wykreować albo strzelić z dystansu, ale mecz pokazał, że Polacy nie przyjechali do Holandii kreować, czy strzelać z dystansu. Przyjechali przetrwać. A waleczny, harujący, mimo braku wsparcia, i upierdliwy dla obrońców Piątek, nadawał się do tego lepiej.

 

NASTAWIENIE NA PRZETRWANIE

Przyjęło się mówić, że Polacy są nastawieni na kontrataki. Jednak samo cofnięcie się do obrony nie oznacza jeszcze nastawienia na kontry. Cofnięcie się do obrony bez pomysłu, co robić z piłką po przechwycie, to po prostu nastawienie na przetrwanie. Polacy przez cały mecz nie oddali po kontratakach ani jednego strzału. Ustawili się dwiema bardzo blisko siebie grającymi czteroosobowymi liniami i starali się jakoś bronić. Przy takim nastawieniu, zawodników ofensywnych nie można rozliczać z tego, z czego zwykle się ich rozlicza, a trzeba patrzeć, jak wykonywali poboczne aspekty pracy. Skrzydłowych z tego, jak bronili (Jóźwiak całkiem nieźle, Szymański gorzej, większość holenderskich akcji szła jego i Tomasza Kędziory stroną). Napastnika z tego, jak utrzymywał się przy piłce tyłem do bramki w okolicach środkowej linii boiska (raczej kiepsko, a już zwłaszcza w porównaniu do Roberta Lewandowskiego. Ale Milik też radził sobie z tym trochę lepiej niż Piątek). Kreatywnych pomocników nie z asyst, czy wejść w pole karne, lecz z drobnych dotknięć, wygrywających odrobinę przestrzeni, przyspieszających akcje, kupujących trochę oddechu strudzonej obronie.

Jeśli cokolwiek dobrego działo się w polskiej grze ofensywnej, to w akcjach, w których Piotr Zieliński miał okazję wymienić piłkę z Mateuszem Klichem. W tych rzadkich chwilach polskie akcje nabierały choć odrobinę płynności. Gdyby patron amsterdamskiego stadionu oglądał ten mecz, jest pewne, że Zieliński (zwłaszcza) i Klich byliby jedynymi polskimi zawodnikami, na których zwróciłby uwagę.

 

MENTALNOŚĆ SAN MARINO

Z Polakami stało się to, co zwykle dzieje się z drużynami, które tak się nastawiają. Ich jedyna szansa bramkowa nie została wykorzystana. Ich ambitna i ofiarna gra nie została nagrodzona, bo po godzinie biegania za piłką zdarzyła się im wreszcie akcja, w której każdy był o krok spóźniony. A Kamil Glik nawet o kilka kroków.

O polskiej totalnej bezradności nawet mniej świadczy to, jak wyglądała gra przez dwie trzecie meczu, a bardziej to, jak zareagowali na stratę gola. Nie zareagowali. Przez całą drugą połowę nie oddali ani jednego strzału. Nie przeprowadzili ani jednego udanego dryblingu. Spotkanie kończyli, wymieniwszy dwa razy mniej podań niż Holendrzy i trzy razy mniej podań w ofensywnej tercji boiska. Średnia akcja polskiej drużyny składała się z czterech podań. Najczęstszą sekwencją było zagranie Szczęsnego do któregoś ze stoperów – bo gdy bramkarz próbował grać dłuższą piłkę, niemal zawsze od razu kończyło się to stratą – wymiana piłki z drugim stoperem, zagranie na bok, skąd następowało podanie na wysokość linii środkowej, a potem strata. Trzecie podanie tej sekwencji było już często wykonywane na wślizgu.

 

Polacy przyjechali z mentalnością San Marino, a że mają lepszych piłkarzy, zamiast dwucyfrówki wyjeżdżają z nieznaczną porażką. Ale nastawienie na jak najniższą przegraną mieli takie samo. Ofensywę tradycyjnie zostawili Lewandowskiemu, tylko zapomnieli, że akurat nie grał.

 

STRACONY CZAS

Takie nastawienie można by nawet nazywać pragmatycznym, gdyby miało miejsce na turnieju. Nie mam wątpliwości, że tak właśnie będą wyglądać mecze Polski na mistrzostwach Europy. Na pewno z Hiszpanią. Raczej też ze Szwecją, chyba że rywal uzna inaczej. Wtedy trudno się będzie o to czepiać. Na turniej przyjeżdża się, by wszelkimi sposobami spróbować osiągnąć jak najlepszy rezultat. A jeśli nie umie się inaczej, gra się o przetrwanie. To nie był jednak mecz turniejowy, tylko jakaś forma przygotowań. Nie chodzi o traktowanie Ligi Narodów jako sparingów bez znaczenia i wystawianie eksperymentalnego składu. Kiedy jednak selekcjoner ma budować zespół jak nie właśnie w takich meczach, w takich rozgrywkach?

To mogła być bardzo rozwijająca lekcja dla całej drużyny. Coś, z czego wyniesie się jakąś wartość. Spróbuje się czegoś choć trochę odważniejszego – niech by to nawet była gra z kontry, ale z angażowaniem do ataków większej liczby zawodników niż trzech – niż potem na turnieju, gdzie każdy błąd kosztuje bardzo wiele. Brzęczek potraktował to jednak jak mecz na turnieju. Nie ma ani punktów, ani nie rozwinął zespołu nawet o jeden procent. Czyli zmarnował 90 minut.

Holenderski styl gry nie bierze się tylko z tego, że szkolenie tam jest tak dobre, a zawodnicy w pomarańczowych koszulkach potrafią z piłką robić rzeczy, których inne nacje nie potrafią. Bierze się też z tego, że istnieje tam silne przekonanie, jak powinno się grać w piłkę. Jak trzeba się poruszać. Jak zachowywać się w konkretnych sytuacjach. To właśnie sprawia, że nawet drużyna, która nie grała ze sobą od dziesięciu miesięcy i pozbawiona trenera, wciąż doskonale wie, jak ma grać.

 

POCZUCIE NIŻSZOŚCI

To silne przekonanie wiąże się też ze wpajaną od najmłodszych lat pewnością siebie. Nie wchodzi się na boisko, by przetrwać, lecz, by wygrać i to na swoich zasadach. Nie wchodzi się, by biegać za piłką i wybijać ją w trybuny, lecz, by w nią grać. Holendrów czasem takie przekonanie gubiło, gdy akurat brakowało im trochę talentu, czy trafiali na rywali, na których takie nastawienie nie robiło wrażenia. To nastawienie bierze się jednak z tego, że grali tak setki, tysiące razy. Że próbowali tak grać nawet przeciwko teoretycznie silniejszym od siebie.

Polscy piłkarze też tak grają. Tyle że w klubach. Z gośćmi, za którymi w piątek ganiali jak paparazzi, wielu z nich regularnie wygrywało albo przynajmniej mierzyło się często jak równy z równym. Nie mają poczucia, że Holendrzy to piłkarze z innego świata. Bednarek gra w tej samej lidze, co Bergwijn. Klich w tej samej, co Ake, Zieliński w tej samej, co De Roon, a Glik do niedawna grał w tej samej, co Depay. Patrząc na same umiejętności piłkarzy, to naprawdę miałoby szansę być starcie dwóch drużyn ze zbliżonej półki. Tyle że jedna drużyna zawsze wychodzi na boisko, by zgnieść rywala, a druga, by nie dać się zgnieść rywalowi. W ten sposób w holenderskich piłkarzach kształtuje się (często nieuzasadnione) poczucie wyższości, a w polskich (coraz mniej uzasadnione) poczucie niższości.

Są powody, by sądzić, że selekcjoner, pamiętający, jak w jego czasach wyglądały mecze Polski z Holandią, takie poczucie potęguje. A w niektóre wieczory więcej pożytku przyniosłoby nieskażone kompleksem nastawienie 12-latka.

#analiza
#jerzy brzęczek
#komentarz
#Polska
#reprezentacja polski

Najnowsze

Ubytek najgorszy z możliwych. Jak Liverpool poradzi sobie z kontuzją Virgila van Dijka?

Kontuzja Virgila van Dijka to ten rodzaj wydarzenia, który może zmienić rywalizację o mistrzostwo Anglii. Holender był jak do tej po ...

#Liverpool
#premier league

Zemsta za brak wspólnych obiadów. Ciro Immobile wpędza Dortmund w melancholię

Narzekał, że padało. I, że Niemcy byli zimni. A koledzy z zespołu nie zapraszali go na wspólne posiłki. Najlepszy włoski napastnik p ...

#Borussia Dortmund
#bundesliga

Witamy w Lidze Mistrzów. Kędziora spełnił marzenia i poznał czar Juventusu

Można kolportować żarty o Alvaro Moracie, ale finalnie to jego dwa kontakty z piłką w szesnastce sprawiły, że Dynamo Kijów przegrało ...

#Dynamo Kijów
#Juventus
#Liga Mistrzów

Młodzi szturmują Ligę Mistrzów. Największe talenty, którym już teraz trzeba się przyglądać

Ten tekst mógłby mieć melodię z cyklu „Mamy po 20 lat”. Problem w tym, że niektórzy gracze jak Eduardo Camavinga nie skończyli nawet ...

#Edouardo Camavinga
#Dejan Kulusevski

RANKING SIŁ PREMIER LEAGUE: Wolves i MU przesuwają się w górę, środek zbliża się do czołówki

Piąta kolejka Premier League nie była aż tak szalona, jak poprzednie, choć kilka meczów porywało do samego końca. W Rankingu Sił obj ...

#premier league
#Ranking Sił

Inspiracja dla biznesu i kultury masowej. Dick Fosbury, czyli Uber skoku wzwyż

Avicii widział w nim dowód znaczenia przypadku. Pepsi nieszablonowego myślenia. Mazda inspiracji technologicznych. A Burger King zac ...

#Dick Fosbury
#lekkoatletyka
#skok wzwyż

Podium z kapelusza, czyli pozytywny sygnał. Co mówi o Kubicy trzecie miejsce w Zolder?

To nie miało prawa się wydarzyć. Nie w tym aucie, nie w tym zespole, nie w debiutanckim roku całej ekipy. Ciągłe problemy techniczne ...

#DTM
#Robert Kubica

Sześć sekund do setki. Pamiętacie jeszcze najszybszego piłkarza w Polsce?

Czas pędzi i Michał Zieliński dobrze o tym wie. Przed oczami ma dwie sceny: pierwszego gola w Ekstraklasie i palącą się ścianę w kop ...

#ekstraklasa
#Michał Zieliński

Takich emocji pragną fani basketu. Dziki wygrywają rzutem na taśmę

97:95, czyli wygrana dwoma punktami w meczu przepełnionym emocjami. To mówi samo za siebie. Dziki Warszawa wracają na zwycięską ście ...

#Dziki Warszawa
#Koszykówka

Cuda ogłaszają. Zlatan patrzy na wszystkich z góry, a Milan prowadzi w Serie A

Mediolan nigdy nie miał króla, za to miał boga – oto komentarz Zlatana Ibrahimovicia po wygranych derbach miasta z Interem (2:1). Cz ...

#Milan
#serie a
#zlatan ibrahimović
POKAŻ WIĘCEJ