newonce logo
POKAŻ WIĘCEJ
TF-Images/Getty Images

Poszedł inną drogą niż większość graczy z ekstraklasy w ostatnich latach i zamiast podbijać Włochy, wychowanek Lecha Poznań od czterech lat gra w Niemczech. Zawodnik VfB Stuttgart opowiada o uldze po awansie, taktycznej nauce w Fortunie Duesseldorf i o tym, jak ciężka kontuzja może wpłynąć na więź z córką.

Regularna gra, awans do Bundesligi, narodziny syna. Gdy zrywał pan więzadła w pierwszej kolejce sezonu, chyba nie spodziewał się pan, że rozgrywki zakończą się w sposób aż tak dla pana udany?

Marcin KAMIŃSKI: – Zdecydowanie nie. Wszystko potoczyło się znacznie lepiej, niż mogłem się spodziewać. Przymusowa przerwa w rozgrywkach sprawiła, że w ostatnich meczach sezonu byłem brany pod uwagę już nie jako zawodnik wracający po długiej kontuzji, tylko taki, który startował z tego samego pułapu, co reszta drużyny. Nie wiadomo, jak by się to potoczyło, gdyby nie pandemia. Wprawdzie jeszcze zanim przerwano ligę, trener zapowiedział, że planuje mnie wpuścić w meczu z Wehen Wiesbaden. Już wtedy planował mi dawać minuty, ale wydaje mi się, że jeszcze dłuższa przerwa wyszła mi na dobre.

Można odnieść wrażenie, że Pellegrino Mattarazzo mocno na pana czekał. Zaczął pana wpuszczać na boisko niemal od razu, gdy mógł. To nie taka częsta sytuacja w przypadku zawodnika, który w momencie, gdy do klubu trafia nowy trener, leczy kontuzję.

Już gdy wracałem do treningów na boisku, jeszcze nie z całym zespołem, podchodził do mnie, by spytać, jak się czuję. Nie powiem, że wyczekiwał aż będę zdrowy, ale widziałem, że widzi mnie w swoich planach i chciałby, żebym jeszcze zagrał w tym sezonie. To mnie napędziło, by jeszcze chętniej pracować i szybciej wrócić na boisko.

Przerwa w rozgrywkach nie opóźniła jednak w jakiś sposób pana rehabilitacji? Już mógł pan trenować na boisku, gdy nagle trzeba było znów na dwa miesiące zamknąć się w domu.

– Na pewno było mi tak po ludzku szkoda, że muszę czekać jeszcze dłużej. Byłem poza grą od siedmiu miesięcy, a gdy już zbliżałem się do drużyny, pojawiłem się w kadrze meczowej i odczuwałem coraz więcej emocji związanych z tym, że wkrótce mogę zacząć grać, trzeba było znów przerwać zajęcia. Czuję jednak, że ta przerwa też dużo mi dała. Gdy wróciliśmy do zajęć w grupach czteroosobowych, poczułem, że ten czas mi się przydał. Noga odpoczęła. Kolano zrobiło się dużo luźniejsze niż w okresie rehabilitacji. Od razu po powrocie czułem się mocny.

Starał się pan nie załamywać, że przez kilka miesięcy nie mógł grać w piłkę i szukał pan tego pozytywnych stron. Jaka była największa?

– Mogłem spędzać wyjątkowo dużo czasu z rodziną. Na tym się skupiałem, żeby nie myśleć, o tym, że nie mogę grać. Patrzyłem na życie z innej perspektywy. Doceniałem to, że miałem wolne wszystkie weekendy. Zostawałem na miejscu, podczas gdy zwykle co drugi weekend spędzam na wyjeździe. Widziałem, że ten czas fajnie wpłynął na naszą córkę, z którą złapałem jeszcze fajniejszy kontakt. Później mogłem też pomóc żonie, która była już wtedy w zaawansowanej ciąży i choćby zwyczajne robienie zakupów było utrudnione.

Syn przyszedł jednak na świat w momencie, gdy liga toczyła się już w bardzo szybkim tempie.

– To był szalony czas. Gdy jechaliśmy na wyjazd, głowa nie była momentami skupiona wyłącznie na piłce. Myślałem, czy nie dostanę nagle telefonu, że się zaczęło. Starałem się skupić na boisku, bo przecież czekałem na ten moment tyle miesięcy. Chciałem jak najlepiej wykorzystać szansę, którą dostałem. Na szczęście nasz syn wyczuł sytuację. Urodził się dzień po naszym powrocie z meczu w Dreźnie.

To była pierwsza pana tak poważna kontuzja w karierze. Zaufanie trenera to jedno, ale nie czuł pan żadnej blokady psychicznej?

– Wszyscy znajomi z Polski i z Niemiec, którzy mieli za sobą podobny uraz, powtarzali, że poczuję się w pełni wolny, dopiero gdy ktoś mi się mocniej „zamelduje” i nic mi się nie stanie. Czekałem na pierwszy taki pojedynek na treningu. Rzeczywiście tak było. Wyłuskałem piłkę, miałem wyprostowaną nogę, a kolega przede mną… nagle wystawił tyłek. Niespodziewanie doszło do przeprostu nogi. Odczuwałem lekki ból przez następne kilka dni, ale to było normalne. Wtedy zapaliła mi się lampka, że jest ok. Dostałem od mózgu zielone światło i poczułem się swobodnie. To był ostateczny znak, że z kolanem wszystko gra i jestem gotowy.

Awans zapewniliście sobie przy pustych trybunach, dla takiego klubu jak Stuttgart gra w Bundeslidze to obowiązek, a nie coś wyjątkowego. Poza tym zajęliście drugie miejsce w mało spektakularnym stylu. Potrafiliście traktować ten wynik jako sukces i autentycznie się z niego cieszyć?

– Świętowałem awans do Bundesligi trzy lata temu i teraz. Widać znaczącą różnicę. Największą było to, że nie mogliśmy się cieszyć z kibicami. W Stuttgarcie jest mnóstwo fanów. Ostatnio mogliśmy świętować przed pełnymi trybunami, a później na mieście z pięćdziesięcioma tysiącami ludzi. Wyglądało to zupełnie inaczej. Wtedy rzeczywiście było czuć, że to sukces. Teraz tego elementu nie było. Poza tym wiadomo, jakie były nasze wyniki w końcówce. Ciągle wymienialiśmy się pozycjami z Hamburgiem. My traciliśmy punkty, potem oni tracili. To był bardzo nerwowy i niespokojny finisz. Ten awans przyniósł nam bardziej ulgę niż euforię, bo wiemy, że to my mogliśmy być w tej sytuacji, w której dzisiaj jest HSV. Czystą radość czuliśmy tylko po meczu w Norymberdze w przedostatniej kolejce, gdy wygraliśmy wysoko i usłyszeliśmy od kolegów z trybun, że Hamburg przegrał. Wtedy ze wszystkich zeszły emocje, bo pomimo trudnej sytuacji, w którą się wpędziliśmy, wykonaliśmy zadanie. Szkoda, że przegraliśmy ostatni mecz, ale nic to już nie zmieniło.

To spotkanie było ostatnim w karierze Mario Gomeza. Jak pan go zapamiętał jako kolegę z drużyny?

– Był zawsze uśmiechniętym człowiekiem, chętnym do pomocy. Nie był najgłośniejszy w szatni, ale zawsze dawał dużo porad młodszym, z czym różnie bywa, jeśli chodzi o starszych zawodników. Jego najlepszą cechą było to, że zawsze dawał z siebie wszystko. W trakcie tego sezonu przyszedł moment, w którym widział, że nie gra i chyba sam czuł, że trochę się wypalił. Po przymusowej przerwie złapał jednak nowy oddech. Widać było, że chce znów poczuć, jak to jest strzelić gola. Chcieliśmy, żeby udało mu się to w pożegnalnym meczu. Przegraliśmy, ale przynajmniej jemu udało się trafić do bramki. Myślę, że będzie to chwila, którą zapamięta, choć szkoda, że nie mógł się pożegnać z kibicami. Zasłużył na to, bo był, jest i pewnie będzie ikoną Stuttgartu. Wszystkim kojarzy się tutaj ze złotymi czasami tego klubu – mistrzostwem i grą w Lidze Mistrzów.

Dziś VfB jest od tego bardzo dalekie. Mam wrażenie, że działacze wypowiadają się po tym awansie znacznie bardziej ostrożnie, niż było w przeszłości. Stuttgart nabrał pokory?

– Miejmy nadzieję. W VfB zawsze jest tak, że każdy chce jak najszybciej jak najwięcej. Ostatnie lata pokazały, że nie tędy droga. Ten klub musi wrócić tam, gdzie powinien być, czyli na stałe grać w Bundeslidze. Przy tych kibicach i możliwościach finansowych Stuttgart stać, by długofalowo włączyć się do walki o miejsca pucharowe. Ale przez najbliższe kilka lat trzeba po prostu ustabilizować pozycję w Bundeslidze. Tak, jak to robi SC Freiburg. Dla nich przed każdym sezonem celem jest utrzymanie. Wszystko, co uda się ugrać ponadto, jest tylko dodatkiem. Ważne, by każdy zdawał sobie sprawę, że to grunt, na którym można coś zbudować. Z roku na rok nic wielkiego nie powstanie. Poprzednim razem było dla nas trochę zgubne, że w pierwszym sezonie po awansie zajęliśmy siódme miejsce. Wszyscy zaczęli myśleć, że już jesteśmy tam, gdzie powinniśmy być i w następnym roku musimy grać o puchary. To nie pomogło i zakończyło się kolejnym spadkiem.

Liga niemiecka kojarzy się w Polsce ze stabilnością i długofalowym myśleniem. Tymczasem w ciągu czterech lat w Niemczech miał pan sześciu trenerów, a zespół też zmienił się nie do poznania.

– Tylko ja i nasz trzeci bramkarz wywalczyliśmy ze Stuttgartem oba ostatnie awanse. To pokazuje, jak bardzo ta drużyna przez ostatnie trzy lata się zmieniła. Gdy wróciłem zeszłego lata z wypożyczenia do Duesseldorfu, było nas jeszcze trzech, ale w zimie odszedł Emiliano Insua. W trzy lata wymieniono dwudziestu czterech zawodników. To pokazuje, jak szalony był czas, który tu przeżyłem. Każdy wie, że stabilność jest jednak bardzo potrzebna.

Ten długi staż w klubie wpłynął jakoś na pana pozycję w szatni?

– Zdecydowanie. Jestem już jednym ze starszych zawodników w zespole i staram się brać większą odpowiedzialność. Na pewno jest mi teraz o to łatwiej, bo nauczyłem się języka. Nie startowałem od zupełnego zera, bo w szkole uczyłem się niemieckiego, jednak to był drugi język. Największy nacisk zawsze był jednak kładziony na angielski. Teraz mogę się już normalnie komunikować z trenerem i zawodnikami w szatni. Jest mi łatwiej porozmawiać o wielu rzeczach związanych z boiskiem. Sam czuję, że lepiej mi się funkcjonuje w zespole.

Jedną z rzeczy, których musiał się pan nauczyć w Niemczech, jest granie w różnych systemach. Stuttgart czasem grał trójką w obronie, czasem czwórką. Pan bywał ustawiany na środku albo jako pół-prawy obrońca. W Polsce raczej drużyna gra zwykle jednym systemem. Zwłaszcza w obronie.

– Pod tym względem najwięcej dał mi sezon w Fortunie. U trenera Friedhelma Funkela bardzo rozwinąłem się taktycznie, bo ustawialiśmy się pod konkretnego przeciwnika. Nie miało znaczenia, czy wygraliśmy poprzedni mecz, ani czy ktoś zagrał dobrze. Inny rywal, inne zadania. Ten rok pokazał mi, że jeśli drużyna potrafi zrozumieć wszystkie zmiany taktyczne i potrafi być elastyczna, wtedy może być naprawdę silna. Jasne, że dla zawodnika najfajniej jest cały czas grać w jednym systemie i najlepiej z tymi samymi partnerami, ale już się nauczyłem, że trzeba często szukać różnych rozwiązań.

Co jeszcze dały panu lata w Niemczech?

– Myślę, że musiałem się przyzwyczaić do tutejszej szybkości działania i podejmowania decyzji. Tempo gry też jest zupełnie inne niż w Polsce. Są elementy, nad którymi nie trzeba samemu pracować, tylko uznać je za wymagania, którym trzeba sprostać, jeśli ma się tu przetrwać. Ten rozwój polegał na poprawianiu drobnych rzeczy w różnych elementach gry. Dlatego trudniej mi wskazać jedną rzecz, którą poprawiłem. Czuję się po prostu całościowo lepszym zawodnikiem, niż wyjeżdżając z ekstraklasy. Choć wiem, że ciągle idę do przodu i stać mnie na więcej. Mój rozwój jeszcze się nie zakończył.

Niektórzy rozwijają się jednak w zawrotnym tempie. Równolegle z panem trafił do Stuttgartu w 2016 roku Benjamin Pavard. Dziś to mistrz świata i podstawowy zawodnik Bayernu Monachium. Zaskakuje pana jego droga?

– Szczególnie w pierwszym roku w Bundeslidze sprawy nabrały dla niego zawrotnego tempa. Wszystko ułożyło się wtedy idealnie dla niego. Trafił do reprezentacji Francji, wywalczył w niej miejsce i nie oddał go. Z jednej strony jest to dla mnie zaskoczenie, bo nie spodziewałem się, że tak szybko wszystko to nastąpi, z drugiej widziałem doskonale, że ma bardzo duży potencjał. Nastawiał się, że w Bayernie będzie grał jako stoper. Spędził cały sezon na prawej obronie, ale myślę, że nie narzeka. Ciężko mieć do niego jakiekolwiek zastrzeżenia. Ta historia to super sprawa. Pokazuje, jak szybko w piłce wszystko się zmienia. Rok temu spadł z Bundesligi. Teraz jest mistrzem, zwycięzcą Pucharu Niemiec, a może jeszcze wygra Ligę Mistrzów.

Pan tymczasem ma okazję wypełnić kontrakt ze Stuttgartem. Umowa wygasa za rok. Są już jakieś sygnały w sprawie jej przedłużenia?

– Jakieś są, ale nie jest to jeszcze konkretna oferta. Zobaczymy, jak się potoczy w najbliższym czasie. Chciałbym wiedzieć, na co się szykować. Jestem zadowolony z tego, że tutaj jestem. Awansowaliśmy do Bundesligi. Chciałbym teraz jak najwięcej grać w zespole. W podobnej sytuacji, co ja, jest więcej zawodników. Na razie klub wstrzymuje się z rozmowami, bo jest sporo znaków zapytania. Choćby związanych z tym, kiedy kibice będą mogli wrócić na trybuny. Dla mnie najważniejsze, by dobrze się przygotować do nowego sezonu i wywalczyć sobie miejsce w składzie. Staram się mieć wolną głowę i zajmować się rzeczami, które są do wykonania na boisku. Resztę zostawiam agentowi.

Nie spogląda pan trochę tęsknym okiem w kierunku Włoch, które stały się ulubionym kierunkiem polskich piłkarzy? Pan jest w ostatnich latach jednym z nielicznych, którzy prosto z ekstraklasy wyjechali do Niemiec.

– Liga włoska jest atrakcyjna dla naszych chłopaków, bo widać, że tam się na Polaków stawia. Klub przekonały się, że za graczy z ekstraklasy nie trzeba płacić wielkich pieniędzy, a można dostać dużo jakości. To sprawia, że Włosi są skłonni co okienko płacić za Polaków. Niemcy też wiedzą, że Polacy w każdym klubie, w którym są, pokazują, że są otwarci, chętni do pracy i nauki języka, co nie w przypadku każdej nacji jest normą. Być może Niemcy patrzą jednak bardziej skrupulatnie i nie chcą wydawać takich pieniędzy na zawodników z ekstraklasy.

Gdyby jednak zadzwonił do pana zawodnik z ekstraklasy, który ma ofertę z Niemiec, co by od pana usłyszał?

– Że zdecydowanie polecam. Nie ma się w ogóle nad czym zastanawiać. Najpiękniejsza sprawa to możliwość grania tydzień w tydzień przy pełnych trybunach. Nie jest łatwo wywalczyć sobie miejsce, ale móc rywalizować w tej lidze to coś pięknego.

Zaczęliśmy od tego, że sezon skończył się dla pana lepiej, niż się zapowiadało. Jednak być może największym sportowym plusem tego lata jest dla pana to, że Euro jest za rok. Może być okazja pojechać na nie po roku regularnej gry w Bundeslidze, a nie po wielomiesięcznej kontuzji w 2. Bundeslidze.

– Rozmawiałem z selekcjonerem przy okazji meczu z Arminią Bielefeld, gdy pierwszy raz po pandemii znalazłem się na ławce rezerwowych. Zadzwonił do mnie i przekazał, że wie, iż jestem już zdrowy. Zapewnił, że jestem w kręgu graczy obserwowanych przez jego ludzi. To był dla mnie fajny sygnał. Potem nie mieliśmy już kontaktu, ale zakładam, że sztab kadry śledził, jak sobie radzę. Przełożenie Euro bez dwóch zdań może działać na moją korzyść. Muszę to jednak wykorzystać, regularnie i dobrze grając w Bundeslidze.

#bundesliga
#Marcin Kamiński
#VfB Stuttgart

Najnowsze

HIT THE BAR #20: Ostatnie ostrzeżenie dla Brzęczka. Kadra wróciła i nas zmęczyła (WIDEO)

Reprezentacja Polski przegrała z Holandią i pokonała Bośnię i Hercegowinę, ale pozytywnych wniosków zbyt wiele nie ma. Michał Gutka ...

#Hit The Bar
#reprezentacja polski

Pani niewidzialna, pierwsza dama Chelsea, która obudziła imperium Abramowicza. Kim jest Marina Granowskaja?

W Chelsea jest jak dawniej. Pieniądz wiruje, a skład pięknieje. Wszystkim steruje Marina ...

#Chelsea
#marina granowskaja

Jeśli reagować, to właśnie teraz. Zawalić możemy nie jeden turniej, a z automatu dwa (KOMENTARZ)

Zbigniew Boniek wprost przyznaje, że nie ma gwarancji, aby z reprezentacją na Euro 2020 było lepiej. Do mistrzostw Europy jeszcze 10 ...

#euro 2020
#jerzy brzęczek
#Liga Narodów

Cała Polska przeprasza Jerzego Brzęczka. A czy ty wysyłałeś już kwiaty do selekcjonera? (KOMENTARZ)

Kamil Grosicki wszystko zepsuł. Polska od grilla i memów nigdy mu tego nie wybaczy. Nagl ...

#Liga Narodów
#Polska - Bośnia i Hercegowina

To twój czas, chłopaku. Piłkarze, dla których to może być przełomowy sezon Premier League

Rozpoczynający się w sobotę sezon ligi angielskiej to dla wielu zawodników młodego pokolenia szansa na to, by na poważnie wejść do w ...

#arsenal
#Billy Gilmour
#Chelsea

Polskie skrzydła, Rybus i powietrzny Glik. Bośniacka pocztówka z eliminacji (ANALIZA)

Pierwsze w historii polskie zwycięstwo w Lidze Narodów bardzo przypominało większość meczów eliminacyjnych z czasów Jerzego Brzęczka ...

#analiza
#jerzy brzęczek

Głupi i głupszy – w godnym Monty Pythona wyścigu bezmyślnych istot brawurowa ucieczka Greenwooda i Fodena

Te dwie rzeczy od dawna są mocno rozłączne: inteligencja boiskowa i inteligencja życiowa ...

#Mason Greenwood
#phil foden

Od komunistycznego raju do etatowego bicia rekordów. Ansu, będziesz legendą

Nie mógłby jeszcze pójść na wybory ani legalnie kupić alkoholu, ale już napędza dorosłą reprezentację Hiszpanii. Ansu Fati stał się ...

#Ansu Fati
#FC Barcelona
#LaLiga

Najlepszy piłkarz ekstraklasy wraca. Poważne zbrojenia mistrza Polski

W 2019 roku tuż po mistrzostwie Polski z Piastem Gliwice Joel Valencia został wybrany najlepszym zawodnikiem ekstraklasy. Po roku na ...

#ekstraklasa
#Joel Valencia

Faworyt wylatuje z dyskwalifikacją, topowy debel z walkowerem. W US Open dzieją się szalone rzeczy

Gdyby ktokolwiek przeprowadzał konkurs na najszybszy sportowy zjazd marketingowy ostatnich miesięcy, to Novak Djoković byłby na abso ...

#Novak Djoković
#tenis
#US Open
POKAŻ WIĘCEJ