newonce logo
POKAŻ WIĘCEJ
FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Nigdy nie zabiegał o kult, a ten i tak go dopadł. Jest jak bohater powieści łotrzykowskich: trochę włóczęga, trochę uwodziciel, często pokłócony ze światem i zawsze spadający na cztery łapy. Artur Boruc pokochał Warszawę, a Warszawa pokochała jego.

Spróbuj nadepnąć mu na odcisk, a jesteś skasowany na amen. On się nie zmienia. Ciągle niedostępny, choć nie zawsze tak było. Kiedyś może o tym opowie. Ale najpierw powiedzą inni: o trudnych początkach w Legii, hot-dogach w Ząbkach, tańcach w klatce we Francji, albo strzelonym karnym z Widzewem Łódź, gdy miał już taki status, że cały stadion skandował jego imię. Bo piłkarzem się bywa, a Borucem się jest.

– Ten facet to ewenement – opowiada Wiktor Bołba, kustosz muzeum Legii. Rozmawiamy o Borucu, bo zna go praktycznie od początku. – Pamiętam czasy jak mówił do mnie „dzień dobry”. Nawet nie wiedziałem, kto to. Spytałem w końcu Roberta Piątka z „Naszej Legii”: „Robert, kim jest ten młody blondynek?”. Usłyszałem: „Artur Boruc, taki tam trzeci bramkarz z rezerw”. Dzisiaj wszyscy przypisują sobie, że go wynaleźli. A prawda jest taka, że odkrył go Jan Pieszko, były napastnik Legii, a wtedy trener reprezentacji juniorów. Przyszedł do klubu i mówi: „Weźcie się zainteresujcie, bo fajny chłopak jest w Siedlcach!”.

 

FOT. WŁODZIMIERZ SIERAKOWSKI / 400mm.pl

 

DUPA NA 55 CALI

– Od początku miał wywalone – uśmiecha się Maciek Łykowski, wtedy jeden z czterech bramkarzy w Legii. – Jego rozgrzewka to były dwa wymachy w przód, dwa w tył i jestem gotowy. Widać było, że ma umiejętności, ale do treningu podchodził na luzie. No i strasznie tył. To chyba taki organizm. Po latach spotkałem go w Sheratonie i mówię mu: „Artur, albo schudniesz, albo kupisz mi nowy telewizor, bo twoja dupa już się nie mieści w ekranie”. A miałem 55 cali – dodaje Łykowski. Nigdy nie zagrał w pierwszym zespole Legii. Szczęścia szukał w Danii i Nadarzynie, a Boruc dalej drapał: grał w rezerwach i czekał na szansę.

– Charakterny był, można powiedzieć, że lekko bezczelny. Pamiętam jak raz pobił się z kolegą z drużyny – mówi Rafał Dębiński z Canal+, który latem 1999 roku grał z Borucem w drugim zespole Legii. – Popełniał też sporo błędów. Na Drukarzu w derbach z Polonią potrafił wrzucić sobie gola z rożnego. Widać było, że miewa słabsze okresy i w pewnym momencie chyba nawet Maciek Łykowski był wyżej od niego. Ale trzeba mu oddać, że jak na tamte czasy kapitalnie grał nogami. Grywał w dziadka i nie było widać, czy to bramkarz, czy gracz z pola – dodaje Dębiński.

– Mnie to nawet kiedyś okiwał – wtrąca Maciek Murawski, były piłkarz Legii. – Pierwszy raz zostałem nawinięty przez bramkarza. Ale to pokazuje właśnie jego pewność siebie. Był wyluzowanym, uśmiechniętym gościem, którego szatnia lubiła. Miał jeden słaby moment, gdy w rezerwach często się mylił. Ale podniósł się. Myślę, że dużo dało mu wypożyczenie do Ząbek – dodaje.

REKLAMA BUDYNIU

Jerzy Szczęsny doskonale pamięta tamten dzień. Był dyrektorem sportowym w Dolcanie. Spotkał się z Lucjanem Brychczym, a gdy rozmowa zeszła na bramkarzy, usłyszał: „Weź tego naszego czwartego, on kiedyś w kadrze zagra”. No więc wziął. Przyjechał chłopak kolejką z Dworca Wileńskiego i zadebiutował w sierpniu 2000 roku w drugiej lidze. Był tak anonimowy, że w pierwszej relacji „Gazety Stołecznej” został nazwany Marcinem.

– Do dziś składamy sobie życzenia, mamy dobry kontakt – mówi Szczęsny. – Artka nie da się nie lubić, facet do pracy i do zabawy. Kobieciarz, wiadomo, no i zjeść lubił. Zawsze mówiłem mu: „Artek, wyglądasz jak reklama budyniu”. On wtedy brał to do siebie i zapieprzał. Ale potem znowu wycieczka do budy z hot-dogami i tak w koło Macieju – dodaje Szczęsny.

– O tej budzie to legendy krążą – śmieje się Marcin Warakomski, były piłkarz Dolcanu. – Ale to prawda, robiliśmy tam konkursy, kto więcej zje. Nie pamiętam, czy Artur wygrywał, ale pięć potrafił wsunąć. Z drugiej strony pamiętam, jak trener Wiśnik narobił kisielu w pięciolitrowym baniaku po wodzie. Że niby to jakaś mikstura, jakieś węglowodany. Kazał nam to jeść. Jedyny Artur powiedział, że nie będzie jadł, bo wali odchodami – dodaje Warakomski.

Z Borucem do Ząbek jeździł tylko pół roku, bo potem Artur wrócił do Legii. Ale to, co przeżyli – to ich. Łącznie z udawaniem kanarów w kolejce z „Wileniaka”.

– Artur miał prawie dwa metry, więc jak założył czarną kurtkę to faktycznie wyglądał jak kanar. No i zawsze krzyczał: „Bileciki do kontroli!”. Niestety jednego dnia role się odwróciły. To do nas podeszło dwóch gości. A my nawet pięciu złotych w kieszeni nie mieliśmy – uśmiecha się Warakomski.

HALO, LONDYN

Ewolucję Boruca w Legii z bliska obserwował też Marcin Rosłoń z Canal+. Nawet w pokoju na zgrupowaniu razem mieszkali. To tam pierwszy raz zobaczył nieco inną twarz „Borubara”.

– Czytałem książkę, a on mówi do mnie: „Możesz sobie tu siedzieć, ale tylko się nie śmiej” – opowiada Rosłoń. – To było dziwne: Artek rozłożył matę i zaczął odprawiać jakiś rytuał. Przypominało to jogę: oddechy, burczenia, chyba nawet okrzyki. Patrzyłem na to z zaciekawieniem. Potem powiedział mi, że to zestaw ćwiczeń od psychologa sportu Marka Graczyka. Że nie radził sobie ze stresem i że to mu pomaga. Miał też kasetę z wizualizacjami. Mówił mi: „Nie muszę tego robić, ale chcę. Dzięki temu czuję się pewniejszy”. On na początku nie był wybitnym bramkarzem. Ale pamiętam, że nagle w okolicach 2001 roku, gdy wróciłem z wypożyczenia z Okęcia Warszawa przeżyłem szok. To był inny Boruc. Bronił wszystko. Zastanawiałem się, jak to możliwe? Wcześniej nawet ja mogłem mu strzelić – dodaje Rosłoń.

Debiutował w Ekstraklasie w marcu 2002 roku. Miał 22 lata, świat stał przed nim otworem. – Co powiedziałeś? Że ja grałem z Borucem? To on ze mną grał! – śmieje się Sylwek Czereszewski, gdy pytam go o mecz Pogoni z Legią. Znowu padają słowa: charyzma, zgrywus, przede wszystkim gość, który nie robi niczego na pokaz. – Prawie trzy lata czekał na debiut – mówi Czereszewski. – W meczu z Pogonią Dymkowski skasował Stanewa i wszedł młody Artur. Puścił gola z wolnego. Może, gdyby był trochę bardziej doświadczony, to by to wyjął. Ale potem już w drugim meczu z Wisłą Kraków zagrał bardzo dobrze. Wygraliśmy 1:0. Ładnie przywitał się z Łazienkowską.

FOT. WŁODZIMIERZ SIERAKOWSKI / 400mm.pl

– Był taki czas, że opiekowałem się ś.p. Kazimierzem Górskim – opowiada Wiktor Bołba. – Po meczu z Wisłą odwoziłem go do domu i wtedy usłyszałem: „Panie Wiciu, a kim był ten bramkarz, ten blondynek? Z niego będzie kawał bramkarza”. Wydaje mi się, że od tego momentu Artur mocno rósł psychicznie. Był świadomy swoich umiejętności.

– Ja myślę, że odpalił w momencie, gdy zajął się nami Krzysztof Dowhań – przyznaje Łykowski. – Artur miał luźny stosunek do trenerów, ale Dowhania bardzo cenił. To już nie był Boruc, który chował się gdzieś za barakami, żeby zapalić fajka.

– Z tym paleniem to cały czas coś miał – opowiada Adam Dawidziuk, który przez lata opisywał Legię m.in. w Legia.net i „Przeglądzie Sportowym”. – Po którymś z emocjonujących meczów podchodzi do mnie magazynier, pan Henio, i pyta:
– Masz fajka?
– Ale jak to? Pan pali?
– Nie dla mnie, wiesz dla kogo!

– To ja opowiem inną historię – dodaje Łykowski. – Tak nam się kiedyś chciało palić z Arturem, że schowaliśmy się w toalecie metr na metr, stykając się brzuchami. Franz Smuda otwiera drzwi, a tam Londyn. Nie było wiadomo, kto jest kto.


FAJNIE TU, TRZEBA ZOSTAĆ!

W szatni Legii to nie była wielka tajemnica. Trenerzy też o tym wiedzieli. Gdy dzwonię do Dariusza Kubickiego, który trenował Boruca najpierw w rezerwach, a potem w pierwszym zespole, opowiada o zawadiackości Artura i tym całym anturażu, który roztaczał wokół siebie. Dzięki temu zjednywał sobie ludzi. On nawet nie musiał tego kreować, po prostu taki był. Wachlarz fryzur, postawa outsidera, miłość do Legii jeszcze przed tym jak zaczął w niej grać – to wszystko budowało jego magnetyzm.

– Dużo wygrywał tym, że po prostu był sobą. Był zawsze otwarty na ludzi – opowiada Dawidziuk. – Pamiętam, jak udzielałem się w akcjach charytatywnych i ktoś poprosił mnie o rękawice Artura. Mega pilna sprawa, więc nie chciałem mu zawracać głowy. Ale w końcu zadzwoniłem, a on: „Dobra, za godzinę podjedź do Pumy na Woli”. Za chwilę widzimy się na miejscu: „Masz, trzymaj”. Taki był. Zawsze pomocny.

– Jego ludzie lubili, bo z nim można było się zgubić – przyznaje Rosłoń. – Na zgrupowaniu we Francji cały czas grał w Football Managera, ale potem robiła się noc i zamieniał się w tancerza. Kapitalnie tańczył. Mieliśmy jeden taki wypad ostatniego dnia obozu, kiedy o 2-3 rano wszyscy zbieramy się do hotelu, a Artek na środku parkietu tańczy w jakiejś klatce z dwoma tancerkami. Lekko wybałuszyłem oczy. Podszedłem do niego i mówię:
– Artur, wszyscy jadą. Spadamy.
– Nie no, trzeba zostać. Fajnie tu – uśmiechnął się i tańczył dalej. Zostałem z nim i dopiero nad ranem wróciliśmy do hotelu – opowiada Rosłoń.

– On był zawsze kolorowy – wtrąca Piotrek Włodarczyk, były napastnik Legii. Przez lata trzymał się blisko z Borucem, ale historie zatrzymuje dla siebie. – Nie nadają się do publikacji – uśmiecha się. – Jego legendę przede wszystkim budowało boisko. Jak ten karny z Widzewem. Wtedy jedenastki strzelałem ja albo Sagan. Akurat była moja kolej, ale mecz wcześniej skręciłem nogę. Gdybym był na boisku, na pewno bym mu nie dał! No ale podszedł, strzelił i to jeszcze na 6:0 z Widzewem, który spadł z ligi. Właśnie za takie rzeczy kochali go kibice – dodaje Włodarczyk.

STYL WARSZAWSKICH ULIC

– To był pierwszy w historii klubu bramkarz, który strzelił gola – opowiada Wiktor Bołba. – Trafił w serce trybun. Był tak blisko kibiców, że nawet zapisał się do SKLW. Pamiętam, jak dostał od stowarzyszenia specjalną koszulkę, którą w jego imieniu odebrałem i wywiesiłem w muzeum w jego gablocie. To był czas konfliktu na linii kibice-klub, za Miklasa. Kazano mi to usunąć, ale nie zgodziłem się. Jakiś czas potem poszedłem zobaczyć, co oni z tym zrobili. Śmiałem się, bo zasłonili całą gablotę płachtą. Tylko dlatego, że Boruc, którego już nie było w klubie, wypowiedział się po stronie kibiców. Artur był też w Płocku, gdy z Piotrkiem Staruchowiczem prowadził doping. A potem jeszcze na stadionie w Glasgow, kiedy Legia grała z Rangersami. Jest niepodrabialny. Jest Legionistą.

– Był czas, że jak nie miał klubu to też wracał na Łazienkowską i nawet trenował kilka dni. Kiedyś idę sobie ulicą i patrzę: siedzi Boruc z Żewłakowem w Sport Barze. Mówię: „Oho, dwóch takich panów w jednym klubie. Warszawa się zatrzęsie”. Na co Artur z uśmiechem: „Dawno kopa w dupę nie dostałeś?” – opowiada Adam Dawidziuk.

– Jak sobie teraz o nim pomyślę, to on ma wszystko, żeby rozkochać w sobie trybuny – uważa Marcin Rosłoń. – Przychodził jako kibic Legii, z dumą zawsze traktował „eLkę”, tu gdzieś ryknął, tam coś powiedział. Miał w sobie kibicowski sznyt. Poza tym tak po ludzku, to jest porządny chłop. Gość mega kolorowy, dobry druh, człowiek z dobrym sercem, choć czasami jest to ukryte pod skandalami – dodaje.

– Zawsze był blisko środowiska kibicowskiego. Może nawet za blisko – przyznaje Dawidziuk. – O tym się mówiło, a on to potwierdzał. Bo co paparazzi go złapali, to zawsze z tymi samymi ludźmi. Kiedyś w Promenadzie nawet jednego gościa z aparatem pogonił. Ogólnie mogę powiedzieć, że poznałem dwóch Arturów: tego z Legii, otwartego i potem tego drugiego, zmienionego przez życie. Stał się zamknięty, gdy media urządziły sobie na niego polowanie. Zaczął ufać tylko najbliższym. Nie dziwię mu się, bo wszyscy chcieli skandali i czasem sami je kreowali. Była sytuacja, już w Szkocji, że zrobili mu zdjęcie z sąsiedniego okna i napisali: „nowa kochanka Boruca”. A to była jego siostra. To tak tylko się mówi, że on ma ma grubą skórę. Nie ma człowieka, którego by to nie ruszyło.

FOT WLODZIMIERZ SIERAKOWSKI / 400mm.pl

– Uważam, że on sobie pewne rzeczy przemyślał i tak mu jest lepiej – kończy Łykomski. – Gość był w pewnej chwili tak popularny, że wszyscy najchętniej spaliby w jego łóżku i jedli z jego lodówki. Hien nie brakuje, więc bardzo dobrze, że zweryfikował pewne znajomości. Dalej ma Legię w sercu i to się nie zmieni. Bo Legię można kochać, albo nienawidzić. Nawet teraz, jak to mówię, to mam ciarki. Bo tak działa na ludzi ten klub. Artur na pewno czuje to samo.

#artur boruc
#celtic glasgow
#Legia Warszawa
#reprezentacja polski

Najnowsze

Prawie wszystko już jasne. Ostateczny argument przeciwko ESA 37 (KOMENTARZ)

Przez lata w dyskusjach o systemie rozgrywek ekstraklasy zwolennicy obecnie obowiązującego przekonywali, że podział na grupy gwarant ...

#ekstraklasa
#ESA 37
#liga polska

Oczarować świat to za mało. Dlaczego Real Madryt rezygnuje z talentu Hakimiego?

Nie ma zdolniejszego prawego obrońcy młodego pokolenia poza Trentem Alexandrem-Arnoldem, a jednak Real Madryt lekką ręką pozwolił Ac ...

#Achraf Hakimi
#Inter Mediolan
#LaLiga

American dream na Anfield. Jak analityka utorowała drogę na szczyt. John W. Henry i FSG – filary sukcesów Liverpoolu

30 lat zajął Liverpoolowi powrót na tron mistrzowski. Udało się nie tyle dzięki gwiazdom ...

#FSG
#John W. Henry
#Liverpool

MVP ma już dom – Cam Newton w Patriots. Ryzyko żadne, a potencjalny zysk bardzo duży

Długo to trwało, ale Cam Newton ostatecznie znalazł klub. Na rok związał się z New England Patriots. Dla obu stron to ruch, który mo ...

#Cam Newton
#New England Patriots
#NFL

Nowa piłka w Premier League. Bramkarze odetchną z ulgą

Flight – tak nazywa się futbolówka od Nike, którą od następnego sezonu będą grać zawodnicy Premier League. Po kilku ostatnich modelach nadeszła zdecydowana zmiana designu. Ale ...

#flight
#Nike
#premier league

Bramka Stępińskiego, asysta Recy, świetna passa Napoli (SERIE A W PIGUŁCE)

W ten weekend na boiskach ligi włoskiej przypomnieli o sobie ci Polacy, o których zwykle mówi się rzadziej. Po długim czasie do pods ...

#Juventus Turyn
#liga włoska
#serie a

Magia pucharu? Raczej koncert mocarstw. W FA Cup po staremu, czyli wygra ktoś z Big Six (KOMENTARZ)

Całą stawkę półfinalistów Pucharu Anglii utworzą kluby z Wielkiej Szóstki. Magia FA Cup ...

#fa cup
#premier league
#Puchar Anglii

Pożegnanie legend, wyczekany triumf Liverpoolu, lektury o calcio – najlepsze teksty tygodnia w newonce.sport

Top tygodnia, czyli najciekawsze teksty ostatnich dni w newonce.sport. Jak co niedzielę ...

#top tygodnia
#najciekawsze teksty

Formuła 1 zamyka się w bańce. Dlaczego warto będzie oglądać ten sezon?

Pandemia zatrzymała sezonu Formuły 1, ale kierowcy szykują się do powrotu. Na tory wyjadą 5 lipca w nietypowych warunkach. Szykuje s ...

#Formuła 1
POKAŻ WIĘCEJ