newonce logo
POKAŻ WIĘCEJ
Fot. Michael Regan / Getty Images

30 lat zajął Liverpoolowi powrót na tron mistrzowski. Udało się nie tyle dzięki gwiazdom na boisku, co ludziom, którzy na co dzień pozostają nieco w cieniu. Oni to sobie wszystko bardzo skrupulatnie policzyli.

Historie wielkich sportowych sukcesów rzadko opowiadane są z perspektywy gabinetów właścicielskich. Najważniejsi są przecież zawodnicy oraz trener. To oni ostatecznie wygrywają lub przegrywają mecze, o nich rozmawia się i pisze na co dzień i na nich skupia się największa uwaga. Ich praca jest po prostu najbardziej widoczna i najłatwiejsza do oceny. Jednak kluczem do tego, by drużyna na boisku mogła w ogóle myśleć o trofeach, jest to, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami.

Mistrzostwo Liverpoolu ma twarz Jürgena Kloppa, Virgila van Dijka, Trenta Alexandra-Arnolda, Sadio Mane czy Mohameda Salaha. Sercem drużyny jest Jordan Henderson, a pewnymi rękami Alisson. Ale mózgiem całej operacji jest właściciel klubu John W. Henry i zarządzana przez niego Fenway Sports Group. Gdyby nie Amerykanin i jego ludzie, na Anfield nie byłoby ani żadnego z wymienionych wcześniej zawodników, ani pierwszego od 1990 roku mistrzostwa Anglii.

 

CAŁKOWITE PRZECIWIEŃSTWO POPRZEDNIKÓW

Dwadzieścia lat między ostatnim tytułem mistrzowskim a wykupieniem przez FSG było czasem stopniowego zjazdu – zarówno w kwestii sportowej, jak i marketingowej. Kolejne dziesięć pod rządami konsorcjum Henry’ego to już stabilny rozwój i w końcu powrót na szczyt. Liverpool to dziś wyznacznik nowoczesności, klub bodaj najlepiej na świecie korzystający z analityki i starający się zawsze dopasować do siebie wszystkie elementy. Stawia na innowacje. Szuka zysków nawet w najdrobniejszych szczegółach, jak rzutach z autu czy w kwestiach psychologicznych, korzystając z porad m.in. surfera. I choć niektórzy robią sobie z tego żarty, takie minimalne zyski na różnych polach dają przewagę.

Kiedy w 2010 roku FSG dopinali kupno The Reds, klub był fatalnie zarządzany. Inni Amerykanie, Tom Hicks i George Gillett, przez kilka lat doprowadzili go na skraj bankructwa. Liverpool miał 350 milionów funtów długów i tracił po 55 mln rocznie. Przejęcie przez spółkę Henry’ego, wtedy jeszcze znaną jako New England Sports Network, dokonało się w październiku, choć poprzedni właściciele długo nie dawali za wygraną w sądzie. Proces w końcu przegrali. Kibice mieli ich jednak dość i liczyli na nowe otwarcie. Rozczarowani byli niespełnionymi obietnicami i napięciami, które doprowadziły m.in. do odejścia Rafaela Beniteza.

Henry razem ze swoim najbliższym współpracownikiem Tomem Wernerem wiedzieli, że nie będzie łatwo. Nieufność fanów Liverpoolu do kolejnych amerykańskich właścicieli była spora, dlatego trzeba było zastosować inne podejście. Werner dokładnie przyjrzał się działaniom Hicks i Gilletta i postanowił, że będzie robił wszystko zupełnie odwrotnie. Obiecał sobie, że nie będzie rzucał żadnych górnolotnych haseł. „Underpromise and overperform”. „Niedoobiecać” i osiągnąć więcej. Tak brzmiało jego motto. W przeciwieństwie do poprzedników Henry i Werner nie emanowali też swoją amerykańskością, by nie tworzyć dysonansu i poczucia obcości. Lata wcześniej Hicks przyleciał na Anfield w zrobionych na zamówienie kowbojskich butach i snuł wielkie wizje. FSG uznali, że lepiej, jeśli będą nudnym panami pod krawatem i po prostu zajmą się pracą.

 

POTRAFIĄ LICZYĆ

Choć kibice w czerwonej części Liverpoolu byli ostrożni, spokojna ocena sugerowała, że trafiło na lepszych właścicieli niż Hicks i Gillett. Za FSG stało duże doświadczenie i osiągnięcia.

Henry wychował się jako kibic St. Louis Cardinals z legendarnym Stanem Musialem. Był typowym amerykańskim chłopakiem z amerykańskiego Midwest – wychowywał się w rolniczej rodzinie i kochał baseball. Obok miłości do sportu, była też ta do liczb. Już w latach 70. zaczął tworzyć modele analizujące rynkowe trendy i pomagał na tej podstawie ojcu sprzedawać kukurydzę i soję. Dzięki temu uczył się ekonomii w praktyce.

Fot. Michael Regan / Getty Images

Model przewidujący tendencje rynku okazał się bardzo udany. Henry w 1981 roku założył John W. Henry & Company z siedzibą w Irvine w stanie Kalifornia i przez całe lata 80. jego biznes się rozwijał. Swoje analizy oferował kolejnym maklerom. Dzięki temu już po niecałej dekadzie miał na tyle pieniędzy, by móc zainwestować w sport. Rozpoczął od baseballowych drużyn z niższych lig, ale szybko polował na większe cele.

Jak miało się później okazać, modele oparte na analizie liczb świetnie sprawdzają się również na tym polu. Metoda Henry’ego odrzucała takie czynniki subiektywne jak ludzkie emocje i sprawdzała tylko tendencje rynku i zmiany cen usług oraz akcji. A nie ma sportu bardziej dającego się określić liczbami i statystykami od baseballa. Henry uznał, że skoro kocha tę dyscyplinę i analityka to jego mocna strona, poradzi sobie jako właściciel klubu. Po paru inwestycjach na poziomie półzawodowym, w 1991 roku wykupił niewielkie udziały w New York Yankees i jednocześnie rozwijał swoją firmę, która zaczęła współpracować z największymi graczami na giełdzie. Dzięki temu Henry w 1999 roku już za 158 milionów dolarów został właścicielem Florida Marlins.

 

WIEDZĄ, JAK PRZERYWAĆ KLĄTWĘ

Tę drużynę sprzedał jednak po trzech latach i podjął się wielkiego wyzwania. Stanął wówczas na czele New England Sports Network, na prezesa konsorcjum wyznaczył Wernera i w 2002 roku kupił Boston Red Sox – legendarną drużynę, która od 1918 roku nie potrafiła wygrać Major League Baseball. Fani zrzucali winę na Klątwę Bambino, jak nazywano oddanie Babe’a Rutha do największych rywali, Yankees. Od tamtego czasu nowojorczycy zdobywali mistrzostwa taśmowo i szczególnie na początku XXI wieku byli świeżo po doskonałej serii. Jankesi wygrywali ligę w 1996, 1998, 1999 i 2000 roku, a w 2001 finał przegrali w serii 3-4 w dramatycznych okolicznościach. Na ich tle Red Sox byli ubogim krewnym, ale Henry miał to zmienić.

Z pomocą przyszła analityka. Nowi właściciele oparli budowę zespołu wokół metod znanych z „Moneyball” i zrobili czystki w gabinetach. Zresztą celem Henry’ego był Billy Beane, generalny menedżer Oakland Athletics, którego w filmie zagrał Brad Pitt. Właściciel Red Sox był zafascynowany jego podejściem, ale ostatecznie nie udało mu się go zatrudnić. Potrafił jednak wyciągnąć właściwe wnioski i czerpać z jego metod, dobierając na ich podstawie odpowiednich zawodników.

Nie minęło dużo czasu, a klątwa została zdjęta. Już w 2003 roku Red Sox doszli do finału konferencji, gdzie przegrali 3-4 z Yankees. Rok później zrewanżowali im się na tym samym etapie, choć w serii przegrywali już 0-3. Odrobili jednak straty w niezwykły sposób i awansowali do pierwszych finałów World Series od osiemnastu lat. Tam gładko 4-0 ograli ukochaną drużynę Henry’ego z dzieciństwa, Cardinals. Klątwę przełamano w imponującym stylu, a tytuł z 2004 roku okazał się nowym początkiem. Od tego czasu Red Sox należą do czołowych drużyn MLB, a mistrzostwa zdobywali jeszcze w 2007, 2013 i 2018 roku.

Ale nie tylko sukces sportowy sprawił, że kibice w Bostonie zaufali Henry’emu. Podobnie jak Anfield dla angielskiej piłki, tak Fenway Park jest dla amerykańskiego sportu obiektem legendarnym. Stadion powstały w 1911 roku niemal od początku jest domem Red Sox i nazywa się go „katedrą baseballa”. Owszem, nie jest tak duży jak inne, ale ma unikalną atmosferę i jest najstarszym obiektem, na jakim do dziś gra się w MLB. Poprzednim właścicielom jednak nie wystarczał i dużo mówiło się o zburzeniu Fenway Park i wybudowaniu nowego, bardziej nowoczesnego stadionu w pobliżu. Henry uznał jednak, że żaden buldożer nie wjedzie na jego teren. Zamiast rozbiórki, podjął decyzję o renowacji, choć z zachowaniem klasycznych elementów. FSG podpisało też umowę, na mocy której Red Sox pozostaną na Fenway do co najmniej 2061 roku.

 

JAK WYBRAĆ WŁAŚCIWYCH LUDZI

Ludzie, którzy potrafią przełamać długą serię bez tytułu i zadbać jednocześnie o zachowanie duszy klubu? Takie połączenie było dla Liverpoolu idealne, ale trzeba było zacząć od drobnych kroków. – Kiedy myślę o początkach, przypominam sobie wielkie wyzwanie. Naszym celem było wtedy tak naprawdę wrócić do Top Four i regularnie grać w Lidze Mistrzów. Wygranie jej czy mistrzostwo Anglii nie były wtedy realne – wspominał Werner w rozmowie z „The Athletic”.

Nowi właściciele mieli na Anfield sporo pracy. Do uporządkowania była sama drużyna, ale i relacje na linii menedżer – zarząd. Trzeba było odzyskać zaufanie kibiców i sprawić, by Liverpool był również marką poza boiskiem. – Musieliśmy zacząć od tego, by zwiększyć przychody. To w piłce bardzo prosty mechanizm. Jednocześnie nie wzięliśmy z kasy ani funta. Wszystko, co generujemy, to wzrost w sensie komercyjnym. A ten umożliwia nam inwestowanie zarówno w drużynę na boisku, jak i we wszystko poza nim – tłumaczy Werner.

Fot. John Powell / Liverpool FC via Getty Images

Liczby i słupki to jedno, ale na końcu najważniejsi są ludzie. Henry i Werner otoczyli się na Anfield zaufanymi współpracownikami. Prezydentem FSG jest Mike Gordon, który od początku lubi pozostawać w cieniu. Pomagał już w Red Sox od samego początku, a teraz skupia się w pełni na Liverpoolu. To on zresztą jako pierwszy przeprowadził rozmowy z niemieckim menedżerem, kiedy blisko pięć lat temu klub chciał go zatrudnić. Klopp zrobił na nim znakomite pierwsze wrażenie. Na pierwsze spotkanie przyszedł wyluzowany, w swoim stylu żartując i skracając dystans, ale gdy przyszło do konkretów, mówił szczerze. Zwrócił m.in. uwagę na to, że w Liverpoolu jest za dużo kontuzji i jeśli ma objąć to stanowisko, to musi się to poprawić w pierwszej kolejności. Jednocześnie chwalił dotychczasowe działania FSG, ale przedstawił też swoje pomysły na to, jak można wynieść klub na wyższy poziom.

Gordon był zadowolony. Po spotkaniu od razu zadzwonił do Henry’ego i powiedział, że Klopp to kandydat idealny. Uznał, że nadawałby się do pracy jako szef wielkiej międzynarodowej firmy. Potrafił przemawiać, wiedział, czego chce i jednocześnie nie wychodził na aroganckiego. Wcześniej Gordon rozmawiał z Carlo Ancelottim, jednak czuł, że Niemiec bardziej pasuje na stanowisko menedżera Liverpoolu. Miał charyzmę, osobowość i „czuł” ten klub. Obaj szybko znaleźli wspólny język i tematy do rozmowy poza pracą. Z perspektywy czasu widać, że zatrudnienie Kloppa było strzałem w dziesiątkę.

Dziś – jak mawiają na Anfield – Gordon naprawia problemy, zanim te w ogóle się staną problemami. To on jest przekaźnikiem pomiędzy Kloppem a amerykańskimi właścicielami. Pracuje na stałe w Liverpoolu, podczas gdy Henry i Werner na co dzień urzędują w Bostonie. Starają się jednak przylatywać do Anglii na najważniejsze mecze, a między sezonami zapraszają pracowników klubu do siebie. Kloppa również. Niemiec po raz pierwszy przyleciał do USA w lecie 2018 roku, spędził z Henry i jego żoną Lindą Pizzuti oraz Wernerem kilka dni. Szefowie zadbali też o to, by kupić mu czapeczkę Red Sox po tym, jak na wakacjach zrobiono mu zdjęcie w baseballówce Yankees.

Klopp też był pod wrażeniem świata liczb, jaki mu przedstawiono. FSG policzyło wszystko, co się dało na temat Borussii Dortmund i ostatniego sezonu Niemca w tej drużynie, kiedy przez pierwsze pół roku była na dole tabeli. To, co wszyscy nazywali pechem, miało swoje uzasadnienie w modelach matematycznych. Wskazywały one, że zespół grał znacznie lepiej niż świadczyły o tym wyniki i potwierdzały przekonania Kloppa. Ian Graham, odpowiedzialny w Liverpoolu za tego typu research, przeanalizował każde podanie, strzał i odbiór graczy BVB, wprowadził dane do systemu i wyszło mu, że jakość tych występów była dużo wyższa niż pokazywała tabela.

Prezentował Kloppowi liczby i statystyki mecz po meczu, a ten wiercił się, mówiąc, jak bardzo jego piłkarze wtedy dominowali i jakiego mieli pecha. Graham ich jednak… nawet nie oglądał za pierwszym razem, tylko suchą analizą chciał przedstawić trenerowi, że jego metody były odpowiednie. Nie miał zwyczajnie szczęścia. Krótko mówiąc: chciał udowodnić, że bardziej dogłębne analizy pokazywały, że taki stan rzeczy jest nie do podtrzymania przy takiej grze. Policzył, że taka postawa powinna dać Borussii drugie miejsce. Skończyło się siódmym po dużo lepszej wiośnie, ale Niemiec wyszedł ze spotkania z przekonaniem, że nawet pecha uda się na Anfield policzyć. I że jeśli spotka go tu podobna seria, to tak długo, jak dane będą sugerowały, że na horyzoncie jest poprawa, nie straci pracy.

 

EDWARDS, CZYLI KLUCZ

Kto wie, czy najważniejszym człowiekiem związanym z FSG nie jest jednak dyrektor sportowy Liverpoolu Michael Edwards. To kolejny miłośnik danych i analityki, który stanowisko objął już po zatrudnieniu Kloppa, w 2016 roku. – Działa po cichu, ale jego roli w naszym sukcesie nie da się nie docenić. Jest niezbędny – chwali go Werner.

Razem z Gordonem mają bardzo dobre wyczucie. Opierając się na liczbach analizują dokładnie, jakiego piłkarza należy sprowadzić. To ich modele wykazały, że Virgil van Dijk będzie idealnym stoperem do układanki Kloppa. Kiedy Henry twierdził, że klub zamierza przepłacić, wydając 40 mln na Mohameda Salaha, a menedżer wolał Juliana Brandta, Edwards przekonywał, że to będzie lepszy wybór. Nikt się nie na nikogo nie obrażał. Konstruktywna rozmowa i sucha analiza pokazała, że Egipcjanin się opłaci i to na niego padł wybór. Żadna ze stron chyba dziś nie żałuje. Podobnie dopasowano do zespołu Roberto Firmino, choć ówczesny menedżer Brendan Rodgers nie był jego zwolennikiem.

Ale kunszt transferowy FSG pokazują nie tylko te największe wydatki, a umiejętność znalezienia takich perełek jak Andy Robertson i Georginio Wijnaldum z dwóch spadkowiczów, Joela Matipa za darmo z Schalke czy Joe Gomeza z trzecioligowego Charltonu. – Nie chodzi tylko o znajdowanie najwięcej kosztujących celów. Transfery trzeba traktować jak inwestycje i zależy nam również na rozwoju naszych wychowanków – opowiada Werner.

Dyrektor sportowy Liverpoolu ma w laptopie dane dotyczące dowolnego piłkarza na świecie i pod ich kątem dobiera potencjalne cele. Analityka umożliwia mu dostrzeżenie takich cech, które na pierwszy rzut oka się nie rzucają. Szukając zawodników ofensywnych bada m.in. to, ile kreują sytuacji, jak walczą w odbiorze i jak poruszają się na małej przestrzeni. W końcu u Kloppa napastnik musi być pierwszym obrońcą i aktywnie pracować w pressingu. Dzięki temu z łatwością odnajduje graczy pasujących do stylu drużyny. Ostatnim nabytkiem, który ma być tego typu promocją i odkryciem jest Takumi Minamino.

Jednocześnie lekcją z poprzednich rządów i współpracy z innymi menedżerami była ta, by nie kupować opcji B, kiedy nie uda się plan A. Dawniej gdyby doszło do takiej sytuacji jak w przypadku Van Dijka, gdy Southampton poskarżył się na nielegalne podchody ze strony The Reds, w klubie ktoś wpadłby na pomysł, że skoro Holender jest nieosiągalny, to trzeba sprowadzić dwóch tańszych obrońców. W efekcie zamiast kroków w przód Liverpool robił je co najwyżej w bok. Klopp i FSG wiedzą, że czasami warto zaczekać dodatkowe pół roku i nie bawić się w półśrodki.

Edwards potrafi bardzo dobrze rekrutować piłkarzy, ale chyba jeszcze lepiej sprzedaje. Za niechcianych zawodników Liverpool dostał naprawdę niezłe pieniądze. Christian Benteke odchodził do Crystal Palace za 32 mln funtów, a Mamadou Sakho do tego samego zespołu za 26 mln. Bournemouth odkupiło Dominica Solanke za 19 mln i Jordona Ibe’a za 15. Joe Allen do Stoke odszedł za 14 mln, rezerwowy bramkarz Danny Ward przeszedł do Leicester City za blisko 13, Danny Ings do Southampton za 20, a Philippe Coutinho początkowo nie dostał pozwolenia na transfer, ale pół roku później sprzedany został do Barcelony za 130 mln. To dlatego, choć za kadencji Kloppa wydano na nowych graczy 400 mln funtów, to wydatki netto po odliczeniu graczy sprzedanych wynoszą 90 mln.

 

KLUB NA ZDROWYCH FUNDAMENTACH

Klopp widzi, że pracuje z dobrymi fachowcami i często publicznie chwali działania Edwardsa oraz Dave’a Fallowsa, szefa działu rekrutacji, i szefa skautingu Barry’ego Huntera. Czasy napięć między menedżerem i zarządem są już na Anfield dawno zakończone. Wielu pracowników klubu podkreśla, że w gabinetach panuje twórczy ferment, a do podejmowania dyskusji i podważania cudzego zdania wręcz się tam zachęca. Niemiec ufa dzięki temu współpracownikom i woli takich ludzi od potakiwaczy. Sam nie musi wiedzieć wszystkiego, tylko chce mieć ludzi, którzy będą wiedzieć za niego – ekspertów w danych dziedzinach. Ich umiejętności połączone z analitycznym umysłem Edwardsa dają piorunujące efekty.

Połączenie FSG i Kloppa okazało się związkiem idealnym. Niemiec obejmował klub po falstarcie pod wodzą Rodgersa i ze składem pełnym przeciętnych zawodników. Dzięki wsparciu zarządu i własnym zdolnościom zbudował drużynę, w której gwiazdą jest jednocześnie i każdy, i nikt. Zarząd łowił mu perełki i dokładał filary, jak Van Dijka czy Alissona, a on w swoim stylu rozwijał tych piłkarzy do poziomów, których wcześniej nie osiągali.

Każdy sezon jego pracy stanowił kolejny krok. Najpierw były przegrane finały Pucharu Ligi i Ligi Europy w 2016 roku, a później czwarte miejsce w 2017. Po kolejnych dwunastu miesiącach znów nadszedł przegrany finał europejskich rozgrywek, ale już tym razem w Lidze Mistrzów. Sezon 2018/19 przyniósł 97 punktów w Premier League, które jakimś cudem nie dały mistrzostwa Anglii, ale jednocześnie zakończył się triumfem w Champions League. Teraz w końcu udało się przerwać serię 30 lat i zdobyć tytuł. Wszyscy zapowiadają jednak, że to wcale nie koniec.

– Wypracowaliśmy unikalną umiejętność przełamywania klątw. Ale chcemy osiągnąć więcej – uśmiecha się Henry.

Dzisiaj Liverpool to klub bardzo zdrowo zarządzany. Poprzedni okres finansowy, rozliczany do końca maja 2019 rok, zakończył z zyskiem 42 milionów funtów i obrotami zwiększonymi o 17% w porównaniu do wcześniejszego. Teraz na Anfield nastawiają się na drobny spadek związany z pandemią, dlatego rzekomo uznano, że nie będą sprowadzać Timo Wernera, ale nie przerywają ważnych inwestycji. Niebawem otwarty zostanie nowoczesny ośrodek treningowy w Kirkby, który kosztował 50 mln funtów, a także wznowione zostaną plany renowacji Anfield.

Fani nie muszą się też obawiać o przyszłość Kloppa. Niemiec pierwszy raz przedłużył z Liverpoolem umowę już po ośmiu miesiącach współpracy z FSG, a potem zrobił to ponownie. Jego kontrakt wygasa w 2024 roku. – Ten klub zbudowany jest na wielu wartościach, ale najważniejsi są ludzie. Oni są sercem Liverpoolu. Dzięki nim zostanę tu jeszcze przez chwilę – zapowiada Klopp.

#FSG
#John W. Henry
#Liverpool
#premier league

Najnowsze

Prawie wszystko już jasne. Ostateczny argument przeciwko ESA 37 (KOMENTARZ)

Przez lata w dyskusjach o systemie rozgrywek ekstraklasy zwolennicy obecnie obowiązującego przekonywali, że podział na grupy gwarant ...

#ekstraklasa
#ESA 37
#liga polska

Oczarować świat to za mało. Dlaczego Real Madryt rezygnuje z talentu Hakimiego?

Nie ma zdolniejszego prawego obrońcy młodego pokolenia poza Trentem Alexandrem-Arnoldem, a jednak Real Madryt lekką ręką pozwolił Ac ...

#Achraf Hakimi
#Inter Mediolan
#LaLiga

FUTBOLOWA GORĄCZKA #24. West Ham United kończy 125 lat. Okręt, który nigdy nie pływał po wielkich wodach

Dziś powinna być huczna impreza. West Ham United kończy 125 lat. Ale powodów do świętowa ...

#west ham united
#premier league

MVP ma już dom – Cam Newton w Patriots. Ryzyko żadne, a potencjalny zysk bardzo duży

Długo to trwało, ale Cam Newton ostatecznie znalazł klub. Na rok związał się z New England Patriots. Dla obu stron to ruch, który mo ...

#Cam Newton
#New England Patriots
#NFL

Nowa piłka w Premier League. Bramkarze odetchną z ulgą

Flight – tak nazywa się futbolówka od Nike, którą od następnego sezonu będą grać zawodnicy Premier League. Po kilku ostatnich modelach nadeszła zdecydowana zmiana designu. Ale ...

#flight
#Nike
#premier league

Bramka Stępińskiego, asysta Recy, świetna passa Napoli (SERIE A W PIGUŁCE)

W ten weekend na boiskach ligi włoskiej przypomnieli o sobie ci Polacy, o których zwykle mówi się rzadziej. Po długim czasie do pods ...

#Juventus Turyn
#liga włoska
#serie a

Magia pucharu? Raczej koncert mocarstw. W FA Cup po staremu, czyli wygra ktoś z Big Six (KOMENTARZ)

Całą stawkę półfinalistów Pucharu Anglii utworzą kluby z Wielkiej Szóstki. Magia FA Cup ...

#fa cup
#premier league
#Puchar Anglii

Pożegnanie legend, wyczekany triumf Liverpoolu, lektury o calcio – najlepsze teksty tygodnia w newonce.sport

Top tygodnia, czyli najciekawsze teksty ostatnich dni w newonce.sport. Jak co niedzielę ...

#top tygodnia
#najciekawsze teksty

„Panie Wiciu, a kim był ten blondynek? Z niego będzie kawał bramkarza”. Artur Boruc i jego sen o Warszawie. Tak się buduje legendę

Nigdy nie zabiegał o kult, a ten i tak go dopadł. Jest jak bohater powieści łotrzykowski ...

#artur boruc
#celtic glasgow
POKAŻ WIĘCEJ