newonce logo
POKAŻ WIĘCEJ
Michael Regan/Getty Images

Zmęczeni ciągłym dyskutowaniem o kontraktach, prawach telewizyjnych, szemranych sponsorach i milionach z transferów niech nie liczą, że koronawirus przywróci świat piłki nożnej do źródeł. Łatwiej dotrzeć tam samemu, odkrywając piękny świat futbolu amatorskiego.

Spotkałem się kiedyś z opinią, wydaje mi się, że wygłoszoną przez Jacka Magierę, ale być może był to inny polski trener, że jeśli ktoś grał kiedyś choćby w okręgówce, to już wystarczy mu, by zrozumieć mechanizmy rządzące każdą szatnią. Tam też jest ktoś, kto jeszcze liczy, że wybije się wyżej. Ktoś, komu przeszkadza trener i ktoś, kto jest w niego wpatrzony jak w obrazek. Są gwiazdeczki, z którymi nikt nie może się dogadać i zawodnicy pracujący dla dobra drużyny. To spojrzenie mnie nie zaskoczyło. Sam zawsze miałem wrażenie, że wiele spraw z poziomu Ligi Mistrzów i ekstraklasy da się odnieść do B klasy i IV ligi.

 

ZAGRANICZNA MODA

Przymusowa przerwa w rozgrywkach i widmo krachu na piłkarskim rynku wzmaga u niektórych nastroje nawołujące, by futbol wrócił do źródeł i choć trochę zwolnił w pogoni za pieniądzem. Za granicą podobne głosy słychać już od lat. A dla wielu osób zmęczonych postępującą komercjalizacją, ucieczkę stanowią wszelkiego rodzaju ligi regionalne. W Anglii, gdy trwa przerwa na kadrę, masowo chodzi się na lokalne boiska. Uruchamiane są akcje w stylu „Support your local team”. A gdy mówi się, że jest się „groundhopperem”, nikt nie otwiera oczu ze zdziwienia. W Niemczech od jakiegoś czasu stworzono „Tag der Amateure”, by zainteresować ludzi drużynami z sąsiedztwa. W Polsce ślady takich ruchów są widoczne, do czego bardzo przyczynia się działalność dawniej portalu, a dziś kanału na YouTube Kartofliska, czy Skarby Miasta, opisujące wszystkie drużyny z poszczególnych dużych miast. To wciąż jednak tylko zalążki. A sam wiem, że gdyby zawodowy futbol nie mógł wrócić, ale amatorskie rozgrywki wciąż by się toczyły, jako fan piłki nożnej (nie jako dziennikarz), nawet nie odczułbym specjalnego braku.

Moje przygody z okręgówkami zaczęły się późno. Miałem szesnaście lat, gdy udało mi się nawiązać współpracę z lokalnym tygodnikiem „Kronika Beskidzka”. Marzyłem oczywiście, by pisać o Podbeskidziu Bielsko-Biała, albo chociaż o siatkarkach BKS-u, czy futsalowcach Rekordu. To wszystko było jednak zajęte przez doświadczonych redaktorów. By więc mieć jakąkolwiek możliwość pisania o piłce, musiałem się zająć ligami od czwartej w dół. Nigdy nie byłem nawet na meczu w swojej wsi. Futbol wart uwagi kończył się dla mnie na dawnej II lidze. Zadebiutowałem na boisku Spójni Landek w starciu z Kuźnią Ustroń. Byłem tam akurat pomiędzy turystycznymi wizytami na stadionach Chelsea i Bayernu Monachium. Zastanawiałem się, co ja tam robię i czy na pewno opisywanie fikołków w Landeku przybliży mnie do realizacji marzenia o byciu dziennikarzem.

 

SZKOŁA PRACY W TERENIE

Nawet nie spodziewałem się jak bardzo. Wszystko, co wiem o powinnościach dziennikarza sportowego, zawdzięczam ligom regionalnym. Działały tam dokładnie te same mechanizmy, które poznałem też później. Byli ludzie bardzo chętni do znalezienia się na łamach i tacy, którzy unikali tego jak ognia. Byli prezesi, którzy nie przebierali w słowach, ale tylko przy wyłączonym dyktafonie i tacy, którzy jechali po bandzie, nie licząc się z konsekwencjami. Nagle okazało się, że byłem pierwszym od lat dziennikarzem, który się do nich pofatygował. Chętnie więc opowiadali o tym, jak oszukała ich gmina, jak boisko zryły im dziki i jak tamci z innej wsi psują rynek i jak ucierpieli na tym, że ich najlepszy napastnik wyjechał pracować w tartaku w Kanadzie. To były kopalnie nieopisanych nigdy wcześniej tematów i najlepsza szkoła dziennikarstwa. Wszystko trzeba było zrobić samemu. A do wszystkiego potrzebna była pomoc ludzi. Gdy potem przychodziłem na stadion Podbeskidzia i dostawałem wydrukowaną kartkę ze składami i numerami zawodników, czułem się obsługiwany jak na finale Ligi Mistrzów.

Przygotowanie do meczu ograniczało się jedynie do sprawdzenia sytuacji w tabeli na 90minut.pl. Wszystkiego innego trzeba się było dowiedzieć. Jak dotrzeć na boisko, w jakich koszulkach grają gospodarze, a w jakich goście, jaki jest kolor kurtki faceta, który zna składy, kto sędziuje. Później trzeba było samemu zrobić zdjęcia i przeprowadzić rozmowy. Czasem ktoś szepnął, że ten łysy z brzuszkiem na środku pomocy kiedyś był nadzieją BKS-u. Ktoś rzucił, że stoper zagrał pięć minut w II lidze w barwach Stomilu trzydzieści dwa lata temu. Ktoś inny za młodu był lepszy od Bońka. Doświadczenie nauczyło mnie, że nigdy nie można lekceważyć podsłuchanej na trybunach nierealnie brzmiącej rozmowy dwóch dziadków, przekonujących się, że wynik pozornie arcyważnego meczu i tak nie ma znaczenia, bo jedni i tak wycofują się z rozgrywek. Po sprawdzeniu zaskakująco często plotki powtarzane przy polewaniu potwierdzały się. Czasem trzeba było rozwiązywać kwestię, skąd w drużynie z najbardziej zabitej dechami wsi regionu znalazł się Marokańczyk albo Panamczyk. Albo, dlaczego na bramkarza z Bestwiny wołają „Przeje…y”. Tego akurat nigdy nie rozstrzygnąłem.

 

WZLOTY I UPADKI IMPERIÓW

Przez weekendowe wyjazdy w różne zakamarki Podbeskidzia zacząłem oglądać mniej niż kiedykolwiek wcześniej ekstraklasy i lig zagranicznych. Licealne lektury czytałem w zatłoczonych prywatnych busach, które dowoziły mnie na miejsce albo przynajmniej gdzieś w jego pobliże. Ani się spostrzegłem, a praca stała się pasją. Nawet jeśli zdarzały się mniej przyjemne momenty. Ktoś nie był zadowolony z tego, jak o nim napisałem podczas poprzedniej wizyty. Prezes Jedności Wieprz, który po każdym golu jego drużyny wołał na całą okolicę: „Jewrybady!”, przestraszył się zbyt ostrego wywiadu, jakiego mi udzielił i gdy ukazał się w druku, wszystkiego się wyparł. Z jednej strony, byłem zdruzgotany, z drugiej nauczyłem się, że jeśli święty Piotr trzy razy wyparł się Jezusa, tym bardziej każdy prezes wyprze się każdego dziennikarza.

Bramki, które padały w niższych ligach, nie były ani trochę mniej piękne, niż te oglądane w telewizji. Zwroty akcji były jeszcze bardziej niespodziewane. A dramaty nie mniejsze niż najsłynniejsze w historii futbolu. Patrząc, jak Wilamowiczanka Wilamowice przegrywa awans do okręgówki po rzucie wolnym Halnego Kalna w ostatniej minucie sezonu i widząc, jak kibice na smutno wypijają przygotowane wcześniej szampany, widziałem, jak czuli się piłkarze Schalke w 2001 roku czy Bayernu Monachium po finale Ligi Mistrzów 1999. Oglądałem, jak rosły potęgi, obserwując szalony marsz Skałki Żabnica do III ligi, ale byłem też świadkiem upadania imperiów, gdy Sokół Zabrzeg staczał się z IV ligi do B klasy. Widziałem dominację, jak Liverpoolu w tym sezonie, gdy LKS Pewel Mała demolował całą Żywiecczyznę i widziałem bogów futbolu, gdy Dominik Natanek strzelał, kiedy tylko chciał (gdy wtedy sprawdzałem, miał już na koncie kilkaset goli w seniorskiej karierze, zakładam, że dziś dobija do dwóch tysięcy).

 

REGIONALNE HIERARCHIE

Z czasem nauczyłem się wyłapywać niuanse. Bielska A klasa piłkarsko wyglądała zwykle lepiej niż żywiecka, bo w tamtejszych klubach grało więcej piłkarzy szkolonych w Podbeskidziu, BKS-ie czy Rekordzie. W żywieckiej było za to więcej czerwonych kartek i powabu staroangielskiego futbolu. Dowiedziałem się, że normalny poziom ligowy dla przeciętnego zespołu z polskiej wsi to A klasa. Posiadanie zespołu w B lub nie daj Boże w C klasie, jeśli istnieje, to powód do wstydu przed sąsiadami. Okręgówka z kolei, często przez laikó traktowana pogardliwie, gdy mówi się, że ktoś ma „umiejętności z okręgówki”, jest wiejską ekstraklasą. Kto zdoła tam awansować, ten już jest w regionalnej elicie. Jeśli jakiś wiejski klub wtoczy się do IV ligi, to tak, jakby wszedł do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Wyżej się już nie da. Wyżej jest zawodowy futbol i wymogi licencyjne na stadionach. Tam nikt normalny się nie pcha.

W niższe ligi wsiąknąłem na tyle mocno, że już nigdy tak na dobre nie straciłem z nimi kontaktu. Przebywając przez kilka miesięcy w Niemczech, jeśli nie było akurat gdzieś w okolicy meczu Bundesligi, chodziłem na lokalną piłkę. I przekonałem się, że poziom jest tam dokładnie taki sam, jak w polskich niższych ligach, a mechanizmy bardzo podobne. Lepiej wygląda tylko infrastruktura klubowa, która pozwala kupić sobie na stadionie kiełbaskę oraz piwo i usiąść na plastikowym krzesełku, a nie na połamanej drewnianej ławce czy wbitej do połowy oponie, zagryzając słonecznik, o ile się go ze sobą przyniesie. Po przeprowadzce do Krakowa zacząłem w miarę możliwości odwiedzać tamtejsze lokalne klubiki, odkrywając, że w Krakowie piłkarze z niższych lig, chcąc się wzajemnie pobudzić, wołają do siebie: „Pany!”, podczas gdy w moich stronach wołali „Chłopy!”. Zaraz widać, gdzie prowincja, a gdzie dawna stolica.

Jeśli ktoś więc czuje zmęczenie profesjonalnym futbolem, szejkami, sponsorami, dyskusją o milionach na transfery i o prawach telewizyjnych, temu radziłbym znaleźć sobie w okolicy klub i zacząć chodzić na jego mecze. Gwarantuję, że z czasem wciągnie was to nie mniej niż Reale i Legie. Łatwiej będzie wrócić do źródeł samemu, niż liczyć, że zrobi to zawodowy futbol.

#ligi regionalne
#niższe ligi
#piękno okręgówki

Najnowsze

Plan już bez białych plam. Wszystko, co trzeba wiedzieć o powrocie Bundesligi

Najpierw tydzień zbiorowej kwarantanny, później kolejne testy na obecność koronawirusa i w przyszłą sobotę derby Zagłębia Ruhry. Tak ...

#BundesBACK
#bundesliga
#liga niemiecka

Można zdobyć 10 mistrzostw i być niespełnionym? Losy niedocenionego Thiago

Po siedmiu latach w Bayernie Thiago Alcântara przedłużył kontrakt i rozważa nawet zakończenie kariery w Monachium. Zbliża się do trz ...

#Bayern Monachium
#bundesliga

KICK OFF newonce #3: Carragher Challenge – wersja Premier League. Przemek i Michał składają swoje drużyny

W najnowszym Kick Off newonce Przemek Rudzki i Michał Gutka podjęli się wyzwania Jamiego ...

#Carragher Challenge
#kick off

NFL Po Godzinach #5: Wspomnienie Dona Shuli, weterani NFL zmieniają kluby (PODCAST)

W ostatniej audycji NFL Po Godzinach Michał Gutka i jego goście wspominali zmarłego legendarnego trenera Miami Dolphins. Nie zabrakł ...

#Don Shula
#NFL
#NFL po godzinach

Gdzie już zakończyli ligi, gdzie walczą o powrót? Ściąga na czas pandemii

Niektórzy już zakończyli sezon, inni sposobią się do szybkiego powrotu bez publiczności, jeszcze inni chcą wpuszczać na mecze kibicó ...

#La Liga
#premier league
#serie a

DETALE I NIUANSE. U nas nie może być normalnie

Czym dłużej czekam na powrót polskiej piłki, tym bardziej męczy mnie brak powagi w niej. Wojenki o udziały, omijanie zakazów, potajemne treningi, wieczne krętactwo. Przede wszy ...

#dyrektorzy sportowi
#ekstraklasa

HIT THE BAR #8: Przyjęliśmy wyzwanie. Wybieramy nasze międzynarodowe jedenastki

Dominik Piechota i Michał Gutka w Hit The Bar na naszym kanale na YouTube podjęli się wyzwania, jakie zapoczątkował Jamie Carragher.

#Carragher Challenge
#Hit The Bar

Zielone światło od rządu. Bundesliga wraca w przyszłym tygodniu (AKTUALIZACJA)

Wszystko wskazuje na to, że Bundesliga faktycznie zostanie pierwszą ligą sportową w Europie, która wznowi przerwane przez pandemię r ...

#Bayern Monachium
#bundesliga

Elegancki sport dżentelmenów. „W snookerze zawodnicy sami przyznają się do faulów”

Tropimy przedstawicieli sportów, o których powinno się mówić więcej w naszym kraju. Po squashu przyszła pora na snookera. Tajniki te ...

#Adam Stefanów
#snooker

Pierwszy taniec Karniszowasa. Litwin odpowiedzialny za odbudowę potęgi Chicago Bulls. Będzie jak Jerry Krause?

Jerry Krause zbudował wielkie Chicago Bulls w latach 90., ale i tak wspominany jest dzis ...

#arturas karniszowas
#Chicago Bulls
POKAŻ WIĘCEJ