newonce logo
POKAŻ WIĘCEJ
PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Bardzo silnie zagęszczony środek pola i świetna postawa prawej strony, która wyłączyła Kamila Jóźwiaka, pozwalały liderowi spokojnie kontrolować wydarzenia w Poznaniu. Z niewygodnego uścisku Kolejorza wyswobodził Pedro Tiba. To było jednak za mało, by choć zremisować.

Dariusz Żuraw i Aleksandar Vuković najważniejsze prace w dotychczasowym trenerskim życiu podjęli niemal w tym samym czasie. Ich nominacje na pierwszych szkoleniowców Lecha i Legii dzialiły tylko dwa dni. Obaj byli początkowo traktowani jako rozwiązania prowizoryczne, mające przeprowadzić zespół przez trudne czasy, do momentu podjęcia przez działaczy docelowych wyborów. Obaj niedawno świętowali rocznicę pracy. Rozsiedli się w fotelach dwóch największych obecnie polskich klubów nie dlatego, że lepszych kandydatów nie było pod ręką, ale dlatego, że po początkowych trudnościach okazało się, że całkiem nieźle pasują do obu drużyn. Żuraw i Vuković poszli jednak w ciągu tych trzynastu miesięcy zupełnie innymi drogami. Co najlepiej było widać w trakcie ich sobotniego spotkania przy pustych trybunach poznańskiego stadionu.

Były czasy, w których z tej dwójki to Lech był zespołem bazującym bardziej na emocjach, dobrej organizacji gry i bieganiu, a Legia próbowała w każdym meczu dominować nad rywalami posiadaniem piłki. Były czasy, w których żadna z drużyn do końca nie wiedziała, jak chce grać. W 2020 rok obie weszły jednak, doskonale rozumiejąc, co mają robić. Kolejorz został w polskich warunkach oblężniczą machiną, bazującą na grze pozycyjnej. Legia stała się zespołem zorganizowanym, pracującym i odcinającym rywalom tlen pressingiem. Przed przymusową przerwą obie ekipy wyglądały najlepiej w Polsce, co w ostatnich latach wcale nie było normą, a w pierwszym przetarciu po pauzie pewnie wygrały mecze pucharowe, dając nadzieję, że forma nie całkiem uleciała.

 

OSTROŻNA LEGIA

W porównaniu do meczu w Legnicy Vuković musiał się zmierzyć z dwoma poważnymi problemami personalnymi. Nie mogli wystąpić Jose Kante i Paweł Wszołek, czyli podstawowy napastnik i skrzydłowy. O ile w ataku serbski trener nie kombinował wiele, wysyłając od pierwszej minuty zwykle rezerwowego Tomasa Pekharta, o tyle wybór na prawej pomocy zdradzał nastawienie trenera przed tym wyjazdem. Prawa flanka została dodatkowo wzmocniona. Wystawiając Marka Vesovicia przed Arturem Jędrzejczykiem, Vuković posłał na Kamila Jóźwiaka dwóch zawodników, mających sporo nawyków obronnych. Wszak Czarnogórzec w ostatnim czasie występował zwykle w defensywie.

Respekt trenera Legii przed rywalem, być może podlany też ostrożnością spowodowaną dłuższą przerwą i niepewnością, jak będzie wyglądało przygotowanie fizyczne jego piłkarzy, było też widać w sposobie, w jaki zawodnicy lidera wyszli na mecz. Nie było częstego przed pandemią tłamszenia rywali pressingiem. Nie mając piłki, gracze Legii ustawiali się systemie 4-4-2, z Valerianem Gwilią tworzącym pierwszą linię oporu razem z Pekhartem. Przeszkadzać Lechitom próbowali jednak dopiero w okolicach koła środkowego.

https://twitter.com/_Ekstraklasa_/status/1266826297524678658?s=20

Było to jednak przeszkadzanie prawdziwe, a nie typowo ekstraklasowe — niechlujne, spóźnione. W pierwszych 30 minutach, gdy goście wyglądali najlepiej, drużyna z Warszawy przypominała ułożoną wzdłuż boiska cegłę. Boczni obrońcy grali blisko stoperów, zostawiając sporo miejsca na skrzydłach. Pomocnicy ustawiali się ledwie kilka metrów przed linią defensywną. Za ustawieniem szła też agresja, która przypominała, że największym osiągnięciem Vukovicia w Legii jest zagonienie wszystkich bez wyjątku do pracy w defensywie. Gracze z Warszawy przesuwali się odpowiednio szybko, doskakiwali do rywali, sprawiali wrażenie, że nie ma żadnej możliwości przebicia się przez środek. Dani Ramirez, osaczony ze wszystkich stron przez przeciwników, piłkę oglądał tylko z daleka.

Szansą dla Lecha mogło być wykorzystanie wolnych przestrzeni na skrzydłach, gdyby tylko udawało się szybko przetransportować na nie piłkę. Długie przerzuty nie wchodziły jednak w grę, bo gracze Legii zbyt szybko się przesuwali, a przenoszenie ciężaru gry poprzez zagranie przez środek było utrudnione, bo w centralnej strefie rywale kasowali wszystko. Jeśli nie byli w stanie zrobić tego czysto, faulowali. W pierwszych 30 minutach zaliczyli aż dziesięć przewinień przy trzech rywali. Wszystkie z dala od własnej bramki. Prawie wszystkie przerywające akcje Lecha w zarodku i niepozwalające gospodarzom złapać rytmu.

 

ODDANY ŚRODEK

Przez dużą część pierwszej połowy poznaniacy oddawali środek pola walkowerem, często nie umieszczając w tej strefie więcej niż jednego zawodnika. Grali też jednak zbyt wolno, by kreować przewagę liczebną na skrzydłach. Raz udało im się to, gdy do Wołodymira Kostewycza i Kamila Jóźwiaka zszedł na lewą stronę Pedro Tiba, tworząc sytuację trzech na trzech. Po szybkim rozegraniu z klepki Portugalczyk wbiegł w pole karne i wykreował dobrą okazję Tymoteuszowi Puchaczowi, który nie trafił w bramkę. Lewą stroną Lech starał się w tej fazie meczu pchać prawie wszystkie ataki. Napotykał jednak na świetnie asekurujących się Vesovicia i Artura Jędrzejczyka. Zwłaszcza Czarnogórzec był dobrze dysponowany, przechwytując piłki, a potem błyskawicznie ruszając do przodu.

Środek pola oddany przez Lecha – Screen z TVP

Legia nie miała zamiaru długo trzymać piłki po przejęciu. Igor Lewczuk kilka razy spróbował długich zagrań do Pekharta, idealnie nadającego się do roli odgrywającego. Ale warszawianie zwykle wybierali inny sposób przebijania się na połowę rywali. Indywidualne szarże. Gracze Legii bardzo chętnie wchodzili w dryblingi. Przodowali w tym zwłaszcza Vesović, Luquinhas, Michał Karbownik i – ze środkowej strefy – Domagoj Antolić. Dynamicznymi wejściami jednego-dwóch zawodników Legia zaskakująco często była w stanie coś osiągnąć. Albo niezłe sytuacje, albo faul, albo chociaż rzut rożny. Pierwsza bramka padła oczywiście po fatalnym błędzie Micky`ego Van der Haarta, który wypiąstkował piłkę wprost w plecy Djordjego Crnomarkovicia, ale warto przypomnieć sobie, skąd w ogóle wziął się ten korner. Vesović znalazł się nagle na lewym skrzydle i po prostu ruszył na bramkę. Nawet widząc przed sobą trzech rywali, nie miał pomysłu, by zatrzymać się i poczekać na wsparcie. Ruszył na nich i wywalczył rzut rożny. To było dla Legii bardzo charakterystyczne. Kilku jej zawodników długo holowało piłkę, mając zaufanie do indywidualnych umiejętności. Lech miał 61 procent posiadania piłki, Legia miała prowadzenie. I pełną kontrolę nad meczem.

 

SYGNAŁ TIBY

Po 30 minutach legijna cegła zaczęła się jednak sypać. Zawodnicy z Warszawy coraz później doskakiwali do rywali, coraz częściej Lech mógł w środkowej strefie dotykać piłkę. Zwłaszcza że Jóźwiak, widząc, iż przy Vesoviciu i Jędrzejczyku sobie nie pogra, coraz częściej pojawiał się w środku pola. Miejsca poza tłokiem zaczął sobie też szukać Tiba, schodząc to na boki, to w głąb własnej połowy. To właśnie takie zejście dało potencjalnie jedną z najpiękniejszych asyst tego sezonu. Wydawało się, że jeśli Lech ma szansę stworzyć sytuację, to tylko szybkim przeniesieniem ciężaru gry, za którym w końcu nie nadążyłaby Legia. Tymczasem najlepszą okazję poznaniacy wykreowali przeszywającym ciosem przez sam środek drużyny Legii. Drużyna Vukovicia, tak rzadko w tym sezonie niechlujna i niezorganizowana, została przyłapana na spaniu. Między Antoliciem a Andre Martinsem były połacie przestrzeni. Za daleko od siebie stali stoperzy. Do swobodnego prostopadłego podania dopuściła pierwsza linia pressingu Legii. Największym zagrożeniem dla powodzenia tego podania był po prawdzie Karlo Muhar, któremu jednak udało się nie zablokować tej piłki. Jednym zagraniem Portugalczyk wyłączył z gry całą drużynę rywala. Gdyby Radosław Majecki nie zorientował się, co się dzieje i nie wyskoczył szybko z linii bramkowej, kibice z całej Europy śledzący ten mecz mogliby cmokać z zachwytu.

Screen z TVP

W tego rodzaju podaniach zwykle zwraca się uwagę na podającego, jednak nie mniejszą rolę do odegrania ma do odegrania adresat. To jego ruch wymusza podanie. W bardzo wielu przypadkach takie zagranie sprawiłoby, że Tiba wyszedłby na idiotę, który nie wiadomo, co miał na myśli, podając piłkę wprost w ręce bramkarza. Dzieje się tak, bo adresat nie dostrzega przestrzeni, którą widzi podający. Tu Timur Żamaletdinow doskonale się jednak zorientował i wiedział, gdzie ma wbiec. Lech, podobnie jak Legia, też grał bez podstawowego napastnika. Rosjanin, w przeciwieństwie do Pekharta, nie strzelił gola, ale raczej mógł się podobać. Nawet jeśli przy straconym golu to on był spóźniony z doskokiem do Gwilii, zostawiając Gruzinowi zbyt dużo swobody przy dośrodkowaniu. W ataku wiedział jednak, gdzie ma się pojawiać, potrafił uprzedzać stoperów i przed nimi dopadać do piłki. Tym występem pokazał, że zasługuje na kolejne szanse.

Na Legii to poważne ostrzeżenie zdawało się nie zrobić wrażenia, bo chwilę później po dwóch rzutach rożnych Antolicia świetne okazje mieli Jędrzejczyk i Mateusz Wieteska. W pierwszej połowie zdecydowaną większość pojedynków główkowych w polu karnym Lecha wygrywali goście, którzy dochodzili po dośrodkowaniach do groźnych strzałów. Stałe fragmenty gry na długo zostały jednak jedynym sposobem, w który Legia zagrażała bramce. Zaczęła się bowiem faza powrotu Lecha do meczu.

Można było zakładać, że w przerwie Vuković skoryguje błędy i w drugiej połowie Legia równie agresywnie podejdzie do blokowania przejścia środkiem. Wszak podanie Tiby było bardzo poważnym, ale jednak tylko jednym wypadkiem przy pracy. Nic się jednak nie zmieniło. Legia z każdą minutą grała coraz bardziej biernie, coraz mocniej pozwalając Lechowi spychać ją w okolice pola karnego. W szesnastkę wciąż nie było jednak łatwo wejść. W całym meczu poznaniacy oddali stamtąd tylko dwa strzały, przy pięciu Legii (fakt, większość ze stałych fragmentów gry).

KLUCZOWA MINUTA

Kluczowe dla losów meczu wydarzenia rozegrały się w ciągu kilkudziesięciu sekund między 63. a 64. minutą. Legia znów zagrała wtedy naiwnie, zakładając sześcioma zawodnikami wysoki pressing na połowie rywala. Lechowi udało się wyswobodzić z uścisku i nagle miał przed sobą połacie przestrzeni, atakując w przewadze 4 na 3. Gdyby lider wypuścił prowadzenie w Poznaniu, dając się w ten sposób skontrować, Vuković straciłby sporo włosów (przed meczem mówił, że mu wypadają, a nie siwieją). Majecki z trudem obronił jednak strzał Filipa Marchwińskiego, który pojawił się chwilę wcześniej za wyłączonego z gry Ramireza. Chwilę później po rzucie rożnym Martins omal nie strzelił samobójczego gola, trafiając ostatecznie w poprzeczkę.

Ominięty wysoki pressing Legii – screen z TVP

Dopiero wtedy Vuković uznał, że pora reagować. Do wsparcia Antolicia posłał Bartosza Slisza, któremu udawało się lepiej łatać powstające w drużynie dziury. Aż do doliczonego czasu gry Lech nie stworzył kolejnej bardzo groźnej okazji. Spore ożywienie wprowadziło wejście na boisko Jakuba Modera, który w przeciwieństwie do trzymającego pozycję Muhara, ochoczo wbiegał w głąb połowy Legii, wprowadzając zamieszanie w jej obronie. Nie licząc samotnego wypadu Antolicia zakończonego groźnym strzałem, warszawianie grali już na utrzymanie wyniku. Wskazywała to każda zmiana ich trenera, wskazywało opóźnianie gry i wybijanie rywali z rytmu. Ostatnia szansa meczu powstała tak, jak pierwsza. Tiba, najlepszy w drużynie Lecha, jeszcze raz stworzył przewagę na lewym skrzydle, opuszczonym już przez Jóźwiaka, który w drugiej połowie częściej szukał szczęścia na prawej flance. Odważne wbiegnięcie Portugalczyka w pole karne sprawiło, że Puchacz znalazł się w świetnej sytuacji. Podobnie jak w pierwszej połowie, przestrzelił i Legia mogła świętować.

Biorąc pod uwagę tak przebieg gry, jak i stworzone sytuacje, wydaje się, że piłkarze Lecha mogą mieć poczucie, iż zasłużyli na więcej. Gdyby Legia utrzymała poziom z pierwszych 30 minut, poznaniacy nie mogliby się na nic skarżyć. Nawet jeśli bramkę stracili na własne życzenie, a nie po jakiejś niezwykłej akcji Legii. Z czasem Lech coraz bardziej wracał do meczu i zaczynał nawet przeważać. Goście poza stałymi fragmentami gry wykreowali pod bramką bardzo niewiele. Legia, choć w tym sezonie zwykle zwyciężała bardziej przekonująco, nie raz pokazała już jednak, że potrafi takie mecze wygrywać. Lech z kolei nie raz już zbierał więcej pochwał niż punktów. To dlatego, mimo wyrównanej rywalizacji na boisku, w tabeli oba kluby dzieli 12-punktowa przepaść.

#ekstraklasa
#Lech Poznań
#Legia Warszawa

Najnowsze

HIT THE BAR #20: Ostatnie ostrzeżenie dla Brzęczka. Kadra wróciła i nas zmęczyła (WIDEO)

Reprezentacja Polski przegrała z Holandią i pokonała Bośnię i Hercegowinę, ale pozytywnych wniosków zbyt wiele nie ma. Michał Gutka ...

#Hit The Bar
#reprezentacja polski

Pani niewidzialna, pierwsza dama Chelsea, która obudziła imperium Abramowicza. Kim jest Marina Granowskaja?

W Chelsea jest jak dawniej. Pieniądz wiruje, a skład pięknieje. Wszystkim steruje Marina ...

#Chelsea
#marina granowskaja

Jeśli reagować, to właśnie teraz. Zawalić możemy nie jeden turniej, a z automatu dwa (KOMENTARZ)

Zbigniew Boniek wprost przyznaje, że nie ma gwarancji, aby z reprezentacją na Euro 2020 było lepiej. Do mistrzostw Europy jeszcze 10 ...

#euro 2020
#jerzy brzęczek
#Liga Narodów

Cała Polska przeprasza Jerzego Brzęczka. A czy ty wysyłałeś już kwiaty do selekcjonera? (KOMENTARZ)

Kamil Grosicki wszystko zepsuł. Polska od grilla i memów nigdy mu tego nie wybaczy. Nagl ...

#Liga Narodów
#Polska - Bośnia i Hercegowina

To twój czas, chłopaku. Piłkarze, dla których to może być przełomowy sezon Premier League

Rozpoczynający się w sobotę sezon ligi angielskiej to dla wielu zawodników młodego pokolenia szansa na to, by na poważnie wejść do w ...

#arsenal
#Billy Gilmour
#Chelsea

Polskie skrzydła, Rybus i powietrzny Glik. Bośniacka pocztówka z eliminacji (ANALIZA)

Pierwsze w historii polskie zwycięstwo w Lidze Narodów bardzo przypominało większość meczów eliminacyjnych z czasów Jerzego Brzęczka ...

#analiza
#jerzy brzęczek

Głupi i głupszy – w godnym Monty Pythona wyścigu bezmyślnych istot brawurowa ucieczka Greenwooda i Fodena

Te dwie rzeczy od dawna są mocno rozłączne: inteligencja boiskowa i inteligencja życiowa ...

#Mason Greenwood
#phil foden

Od komunistycznego raju do etatowego bicia rekordów. Ansu, będziesz legendą

Nie mógłby jeszcze pójść na wybory ani legalnie kupić alkoholu, ale już napędza dorosłą reprezentację Hiszpanii. Ansu Fati stał się ...

#Ansu Fati
#FC Barcelona
#LaLiga

Najlepszy piłkarz ekstraklasy wraca. Poważne zbrojenia mistrza Polski

W 2019 roku tuż po mistrzostwie Polski z Piastem Gliwice Joel Valencia został wybrany najlepszym zawodnikiem ekstraklasy. Po roku na ...

#ekstraklasa
#Joel Valencia

Faworyt wylatuje z dyskwalifikacją, topowy debel z walkowerem. W US Open dzieją się szalone rzeczy

Gdyby ktokolwiek przeprowadzał konkurs na najszybszy sportowy zjazd marketingowy ostatnich miesięcy, to Novak Djoković byłby na abso ...

#Novak Djoković
#tenis
#US Open
POKAŻ WIĘCEJ