newonce logo
POKAŻ WIĘCEJ
Fot. Jose Carlos Fajardo /Staff / Digital First Media Group/Contra Costa Times via Getty Images)

Jak to jest być wybranym historycznie wysoko w drafcie? Jak radzić sobie z wielkimi oczekiwaniami przez blisko dwie dekady? Czego w karierze najbardziej żałuje? Dlaczego wybrał futbol, a nie piłkę nożną, do której miał duży talent? O tym i wielu innych rzeczach opowiada Sebastian Janikowski.

Sebastian Janikowski w NFL występował przez 19 lat. Przez 18 z nich reprezentował barwy Oakland Raiders, w których został rekordzistą w liczbie punktów i występów. I choć żaden polski sportowiec w Stanach Zjednoczonych tak dużej kariery nie zrobił, to u nas wciąż wiedza o nim jest pobieżna. Nawet jego zeszłoroczne zakończenie kariery przeszło u nas bez większego echa. Być może dlatego, że Polak stronił od mediów – amerykańskich oraz naszych – i udzielił ledwie kilku rozmów. Dla newonce.sport zrobił jednak wyjątek. To pierwszy wywiad z Sebastianem Janikowskim w polskich mediach od 10 lat.

 

*****

 

MICHAŁ GUTKA: Niedawno była 20. rocznica twojego przystąpienia do NFL. Zostałeś wybrany w pierwszej rundzie draftu, co jest dla kopacza rzeczą zupełnie niesłychaną. Oakland Raiders wtedy zdziwili bardzo wiele osób, ale podobno chętni, by wybrać cię wcześnie byli również Chicago Bears. Jak wspominasz cały ten proces i sam dzień draftu?

SEBASTIAN JANIKOWSKI: Ostatnie tygodnie tuż przed draftem były chaotyczne. Masz dużo spotkań, różnych testów i rozmów i jest niepewność. W dniu draftu pojechałem pograć w golfa w Tomoka Oaks. Pamiętam, że akurat byłem na czwartym dołku i Raiders zadzwonili do mojego agenta. To było niespodziewane. Wcześniej w ogóle z nimi nie rozmawialiśmy. Miałem wizyty w Kansas City, Chicago i St. Louis, gdzie myślałem, że pójdę. Ale wtedy Raiders nagle wyskoczyli. Agent powiedział mi, żebym poszedł z nim, bo dzwoni ktoś z Oakland. To była nadal pierwsza runda, jakoś połowa, jeśli dobrze pamiętam (Janikowski został wybrany z numerem 17., a runda liczyła 31 – przyp. red.) i powiedziałem mu: „Czego oni chcą? Przecież to jest środek pierwszej rundy”.

Wcześniej spodziewaliśmy się, że być może ktoś wybierze mnie pod koniec pierwszej rundy. St. Louis Rams mieli ostatni wybór jako zdobywca Super Bowl i myślałem, że to oni po mnie sięgną. Czekałem więc na nich, ale Raiders nas zaskoczyli. Mój agent powiedział: „Zbieraj się, zostałeś wybrany”. Trudno mi w to było uwierzyć. Byłem niesamowicie podekscytowany. Przecież nawet z nimi nie rozmawialiśmy! Chwilę później weszliśmy do środku i w telewizji leciał draft. Akurat wtedy na scenę wychodził Paul Tagliabue i wyczytał moje nazwisko przy wyborze Raiders. Byłem w szoku.

 

Jesteś zaledwie trzecim graczem z tej pozycji wybranym w pierwszej rundzie i pierwszym od 1978 roku, co sprawiło, że decyzja Raiders była kontrowersyjna. Ale mało ludzi brało to pod uwagę, że byli wtedy jedną z najgorszych drużyn pod względem celności kopnięć. Przez cztery wcześniejsze lata przegrali rekordowe 22 mecze różnicą trzech punktów lub niższą. Bardzo więc w ciebie wierzyli.

To była duża odpowiedzialność. Ale w NFL tak właśnie jest. To nie college, gdzie najlepsze uczelnie rozbijają te słabsze różnicą 60 punktów. Wtedy błąd kopacza nie wpływa na wynik. W NFL nie ma o tym mowy, tam rywalizacja jest bardzo zacięta, liczy się każda próba. Wiedziałem, że Raiders mieli mnóstwo minimalnych porażek, więc Al Davis uznał, że warto mnie wziąć. Zależało mu na tym, żeby to zmienić.

 

No właśnie – Al Davis, właściciel Raiders, był twoim wielkim zwolennikiem. To on naciskał, by wybrać cię tak wysoko w drafcie. Jak wspominasz tego człowieka?

On zmienił moje życie. Przed pierwszym spotkaniem z nim byłem bardzo zestresowany. Kurczę, przecież to Al Davis. Wszyscy go znają. To chodząca ikona NFL! Pamiętaj, że powiedział: „Nie zawiedź mnie, chłopcze”, ale teraz mówię to w łagodniejszej wersji. Od niego usłyszałem te słowa w inny, bardziej dosadny sposób. Chyba mi się to udało. W końcu zostałem w Raiders na 18 lat.

Raiders Ala Davisa dotarli do pięciu Super Bowl, wygrywając trzy. Był trenerem, a potem właścicielem drużyny. Zmarł w październiku 2011 roku w wieku 82 lat. (fot. MediaNews Group/Contra Costa Times via Getty Images)

 

Do USA trafiłeś jako nastolatek i zamieszkałeś na Florydzie. Wtedy zdradzałeś duży talent do gry w piłkę. Ale trenerzy szybko stwierdzili, że nadajesz się do futbolu amerykańskiego. Jak wyglądały te początki?

Miałem 16 lat, kiedy wylądowałem w Stanach i najpierw zacząłem od treningów z drużyną piłkarską Orlando Lions. Byłem naprawdę niezły. W jednym sezonie w szkole średniej strzeliłem jakieś 70 goli, ale wcześniej grałem w Polsce w reprezentacji U-17. Jestem lewonożny i występowałem na boku pomocy. Talent miałem po tacie. Sam był dobrym piłkarzem, zagrał w kadrze, był w Górnik Wałbrzych, w latach 80. grał Stali Mielec i Cracovii, a później jeszcze kończył karierę w Stanach.

W pewnym momencie miałem poważną ofertę, by grać w piłkę. Jeden z moich trenerów w szkole średniej był z Argentyny. Poleciałem tam z nim na dwa tygodnie i propozycję złożył mi klub San Lorenzo. Chcieli podpisać ze mną kontrakt na dwa lata. Miałem niecałe 17 lat i piłka nożna była sportem, który chciałem uprawiać. Wyjazd do Argentyny oznaczałby jednak rozstanie z ojcem, a to do niego przyleciałem na Florydę. Nie chciałem być sam, więc im odmówiłem. Poza tym powiedzieli mi w San Lorenzo, że chcą, abym się u nich rozwinął, a potem sprzedadzą mnie do klubu w Europie. Nie chciałem przechodzić przez to w tak młodym wieku i wolałem zostać z tatą w USA. Wróciliśmy i niedługo później pojawił się futbol amerykański. Okazało się, że mogę wiele osiągnąć w tym sporcie, trenerzy mnie namawiali, żebym spróbował zostać kopaczem i ostatecznie to był ten kierunek, w którym podążyłem.

 

Już w szkole średniej zrobiło się o tobie głośno. Skauci usłyszeli o utalentowanym kopaczu z Polski i szkoły oferowały ci stypendia. Wybrałeś uczelnię Florida State, gdzie później ustanowiłeś wiele rekordów.

Rzeczywiście miałem dużo propozycji, ale decyzja była bardzo łatwa. Kiedy odezwali się z FSU, wiedziałem, że chcę zostać na Florydzie. Rozważałem jeszcze uczelnie Miami albo Florida, ale szybko zakochałem się w trenerze Bobbym Bowdenie. To kolejna legenda, a Seminoles byli wtedy jedną z najlepszych drużyn akademickich. Od razu przyjął mnie jak członka rodziny. Mój tata zawsze mi powtarzał: „Idź tam, gdzie będą cię najlepiej traktować i najbardziej będą cię chcieli”. Taki właśnie był Bobby.

 

W twoim przypadku można powiedzieć, że najlepszy czas przeżywałeś na początku kariery. Raiders w latach 2000-2002 zawsze występowali w playoffach, docierali do Super Bowl…

…Tak te lata to była taka moja złota era. Potem wszystko się zesrało (śmiech).

 

Ale mimo kiepskich wyników zostałeś w Raiders na 18 lat. Nie żałowałeś?

Nigdy. Granie w zespole prowadzonym przez rodzinę Davisów było czymś wyjątkowym. Nawet po śmierci Ala. Jego syn Mark przejął klub i nadal sprawiał, że wszyscy czuliśmy się jak w domu. Zawsze mogłem liczyć na wsparcie Raiders, nawet w gorszych czasach byli po mojej stronie. Gra dla tego klubu to wielki zaszczyt. Po kilku latach w Oakland nie potrafiłem sobie nawet wyobrazić siebie w innej drużynie. Dopiero ostatni rok w karierze spędziłem w Seattle, ale to już nie było to samo.

 

Porażka w Super Bowl nadal musi bardzo boleć.

Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo nie daje mi to spokoju. Nawet do dzisiaj. To było wspaniałe przeżycie, droga do finału była pełna radości, to niewiarygodne doświadczenie. Towarzyszy temu całe szaleństwo, kiedy chłoniesz atmosferę Super Bowl. Ale wspomnienie samego meczu bardzo boli. W tamtym sezonie byliśmy lepszą drużyną – wiem, jak to brzmi przy takiej porażce (Raiders przegrali z Buccaneers 21:48 – przyp. red.), tego dnia akurat to oni byli mocniejsi, ale patrząc na cały sezon, to my zasłużyliśmy na mistrzostwo.

 

Byłeś wtedy jeszcze młodym zawodnikiem i do tej pory grałeś w drużynie, która zawsze wygrywała dywizję i walczyła o wysokie cele. Można pomyśleć, że awans do Super Bowl to nic takiego i zaraz pojawi się kolejna szansa.

Tak, dokładnie tak było. Co roku graliśmy w playoffach, przez dwa lata przed Super Bowl byliśmy blisko gry w finale i myślałem, że mamy na tyle mocną drużynę, że tak będzie co roku.

 

Rok wcześniej widziałeś z bliska narodziny legendy Toma Brady’ego, twojego kolegi z draftu 2000, w słynnym „Tuck Rule Game”. Dawni gracze Raiders do dziś mówią, że nie pogodzili się z tamtą porażką. Masz tak samo?

Zdecydowanie. To był niezwykły mecz, bardzo zacięty, toczony przy wielkiej śnieżycy. Obok Super Bowl to porażka, z którą nie mogę się pogodzić. Tom też o tym wie. Przez wszystkie kolejne lata za każdym razem, kiedy graliśmy przeciwko New England Patriots i go widziałem, mówiłem mu: „Stary, doskonale wiesz, że to było fumble!”

Skończyłeś karierę jako rekordzista Raiders w liczbie występów i punktów, mimo że nie brakowało krytyków, kiedy wybierali cię tak wysoko w drafcie.

Wiedziałem, jakie były wtedy opinie i ludzie w mediach mają swoje prawo do wydawania ocen. Do dziś jeden ekspert powie ci, że to był dobry wybór, bo tak długo grałem w Raiders i przez prawie 20 lat mieli spokój z szukaniem nowego kopacza, a ktoś inny, że był zły. To przecież częste w NFL, że drużyna ma w trakcie jednego sezonu dwóch, trzech czy nawet czterech kopaczy.

 

Jestem fanem Minnesota Vikings, więc nie musisz mi mówić, co to znaczy ciągle zmieniać kopaczy.

No widzisz! To wiesz doskonale, co mam na myśli. Dlatego uważam, że byłem świetnym wyborem Raiders (śmiech).

 

Al Davis zawsze bronił tego wyboru. Jego dawni współpracownicy wspominali, że po tym, jak cię wybrał i ludzie w klubie się z nim nie zgadzali, powiedział, że ten cały Janikowski jeszcze zdobędzie dla Raiders najwięcej punktów.

Słyszałem o tym, jak już dotarłem do klubu. Trenerem był wtedy Jon Gruden, z którym do dziś mam dobry kontakt. Kiedy już zakończyłem karierę i rozmawialiśmy, Jon żartował: „Wiesz, że cię nie chciałem w tamtym drafcie. Wolałem skrzydłowego albo biegacza, a nie cholernego kopacza”. Ale w końcu też wybrali skrzydłowego, Jerry Porter przyszedł z drugiej rundy, więc nie złościł się aż tak bardzo.

 

Gruden to w ogóle ciekawy człowiek w twojej karierze. Kiedy przychodziłeś do NFL, trenował Raiders. Później odszedł do Buccaneers i to on pokonał was w Super Bowl. W twojej drużynie zmieniali się trenerzy, ale historia w końcu zatoczyła koło. Gruden wrócił wiosną 2018 roku i to wtedy opuściłeś drużynę.

To jest bardzo barwna postać. Zawsze mówi wprost to, co myśli i czuje. Ale to świetna cecha dla trenera. Na boisku treningowym słyszysz go już z daleka. Zaczepia zawodników, żartuje, pyta, co u każdego słychać, czasami powrzeszczy na ciebie. Kiedy grasz dobrze, usłyszysz pochwałę. Jak coś zawalisz, to też nie odpuści. W 2018 roku wiedziałem jednak, że mogę odejść. Cały wcześniejszy sezon straciłem z powodu kontuzji dolnego odcinka pleców. Chciałem grać jeszcze przez co najmniej jeden rok. Niestety nie było mi to dane w Raiders. Miałem wielką nadzieję, że nigdy nie będę musiał zmieniać klubu i zostanę w Oakland na zawsze. Rozmawiałem z Jonem i Markiem Davisem, wszystko sobie wyjaśniliśmy i powiedziałem o moich planach. To była szczera, dobra rozmowa. Myślę, że za moim odejściem stał przede wszystkim Reggie McKenzie (ówczesny generalny menedżer klubu – przyp. red.) Wiedziałem, że stać mnie na jeszcze jeden sezon w NFL, dlatego wybrałem Seattle Seahawks.

 

Masz jakieś ulubione historie związane z Grudenem? Jak sam wspomniałeś, to wielka osobowość.

Przede wszystkim jest taki sam jako trener i jako ekspert w telewizji. Ma całą masę swoich powiedzonek. „I’ll tell you what, man” (Sebastian całkiem dobrze naśladuje głos Grudena – przyp. red.). Kiedy on mówi, wszyscy słuchają. Ma mnóstwo takich swoich powiedzonek. Ale w sumie grałem u niego tylko przez kilka sezonów. Zawsze było przyjemnie w jego zespole. Szanował zawodników, lubił z nami pożartować, inicjował rozmowy sam z siebie. Jest bardzo nakręcony i świetnie potrafi motywować. Jest niemal jak futbolista z tą swoją energią i nastawieniem.

Jak to jest po 18 latach zmienić klub?

Trudno, jednak nie mogę narzekać na Seattle. Pete Carroll to kolejny znakomity trener, mają tam nowoczesny ośrodek treningowy, bardzo dobrze traktuje się tam graczy. Ale po tylu latach w Oakland czujesz, jakbyś opuszczał dom. Niemal jak wyjazd od rodziny. Wiesz, że będziesz zdany teraz na siebie. Było więc trochę dziwnie. Starałem się jednak wykorzystać tę okazję na maksa i to był dobry rok.

 

Jaki był najlepszy zawodnik, z jakim dzieliłeś szatnię w NFL?

Tych świetnych było naprawdę wielu. Charles Woodson, Randy Moss… W Seattle też Russell Wilson, Bobby Wagner. Ale najlepszy musi być Jerry Rice. Ten człowiek był ponad resztą. Kiedy przyszedł do Raiders miał ze 40 lat, a i tak spędził z nami trzy sezony. Zawsze ciężko trenował. Nawet w tym wieku zawsze biegał po górach i przychodził jeszcze przed zajęciami. Utrzymywał doskonałą formę fizyczną i mentalną.

 

Czasami o kopaczach mówi się, że są trochę obok drużyny i uprawiają inny sport niż reszta kolegów. Zgodzisz się z tym?

Niekoniecznie. Jesteśmy takimi samym zawodnikami, jak wszyscy pozostali w szatni. Zdobywamy najwięcej punktów, więc należy nam się szacunek. Bez nas nieraz nie da się wygrać meczu. Ale myślę, że to zależy po prostu od indywidualnej opinii. Ja zawsze byłem towarzyskim gościem, dbałem o dobrą atmosferę. Podczas meczów przy linii bocznej byłem aktywny, przeklinałem, żyłem meczem. To nie tak, że siedziałem na ławce i tylko czekałem, kiedy będzie moja kolej, żeby wyjść i kopnąć. Kocham ten sport i angażowałem się w spotkania. Możesz znaleźć jakikolwiek mecz Raiders z moich czasów i zobaczysz, że jestem przy linii i przesuwam się po boisku razem z drużyną i oglądam każdą akcję, motywuję chłopaków. Poza tym nie czułem się gorszy jako futbolista. To, że jestem tylko kopaczem nie znaczy, że nie potrafię kogoś powalić na ziemię.

 

Kopaczom towarzyszy jednak inna presja. Jeśli nie trafisz próby na wagę zwycięstwa równo z końcem meczu, mówi się tylko o tobie, a zapomina, że atak nie zdobył wystarczającej liczby punktów albo słabo kryła defensywa. Jak sobie z czymś takim radzić?

Dla kopaczy to jest zupełnie inna sprawa, stąd takie postrzeganie. Nie mamy czterech prób na przejście dalej jak ofensywa czy zatrzymanie rywala jak obrońcy. Dostajemy tylko jedną okazję. To ogromna presja, ale jeśli się pomylisz – a ja nie myliłem się zbyt często (śmiech) – musisz się trochę powkurzać i wyrzucić z siebie frustrację przez minutę czy dwie, ale potem szybko skasować pamięć. Za chwilę możesz mieć kolejną ważną próbę i podejść do kopnięcia na wagę wygranej. Nie możesz wtedy rozpamiętywać błędów. Potrzebna jest silna psychika i odporność. Widziałem wielu utalentowanych kopaczy w swojej karierze, jednak brakowało im odpowiedniej mentalności. Trzeba umieć wyłączyć się w takiej sytuacji, nie myśleć o presji i krytyce.

 

Opowiadałeś kiedyś, że na treningu potrafiłeś celnie kopnąć nawet z 83 jardów, w NFL przez pewien czas byłeś posiadaczem rekordu – 63 jardy. Przecież z takiej odległości bramka futbolowa wygląda jakby była zrobiona z zapałek. Jak wyćwiczyć tak silne kopyto?

No tak, z daleka jest bardzo wąska i malutka. Ale myślę, że zawdzięczam to talentowi do gry w piłkę. Już jak byłem małym chłopcem potrafiłem strzelać z daleka. Dorastałem z tym sportem odkąd miałem ze 3-4 latka. Na boisku piłkarskim musisz mieć dobrą kondycję, bo cały czas biegasz i wyrabiasz silne mięśnie nóg. Poza tym uprawiałem tak wiele sportów… Mam też dobre geny po tacie. Nie podnosiłem nawet dużych ciężarów, a i tak byłem silny. W szkole średniej i na uczelni prawie wcale, a w NFL dopiero zacząłem mocno ćwiczyć na siłowni po jakichś ośmiu czy dziesięciu sezonach. Kiedy masz już trochę więcej lat, musisz robić pod kątem więcej. Ale tak naprawdę odkąd pamiętam, potrafiłem mocno kopać piłkę.

Mam przed sobą raport skauta na twój temat sprzed draftu NFL: 184 centymetry wzrostu, 116 kilogramów, bieg na 40 jardów zaliczony w 4,89 sekundy, skok w górę z miejsca na 74 centymetry, czternaście wyciśnięć 100-kilowej sztangi…

Siedemnaście! I przebiegłem „czterdziestkę” w 4,56 sekundy. Czas, o którym mówisz zmierzono mi na hali, a to co innego.

 

To liczby jak u linebackera.

Racja. W szkole średniej chcieli, żebym grał w defensywie. Jako defensywny liniowy i linebacker, ale trener główny mi nie pozwolił. Potem na uczelni sam chciałem tam występować, jednak trener Bowden też był przeciwny, bo bał się o kontuzję. Cóż, jak widać, miałem warunki. Wygrała silna noga. Już jako nastolatek zdarzało mi się zdobyć bramkę po rzucie wolnym z połowy boiska. Strzeliłem ze cztery takie gole w juniorach. Uwielbiałem to.

 

Wiadomo, jakie są zalety NFL – realizacja pasji, sława, pieniądze. A największe minusy?

Polityka. Ludzie podejmują decyzje dotyczące graczy, a ci nie mogą ich kontrolować. Ale to niestety dotyczy chyba wszystkich dyscyplin sportu. Pamiętam sytuację z 2012 roku, kiedy Shane Lechler, najlepszy punter w NFL, dostał od Raiders informację, że nie przedłużą z nim umowy. To dotyczyło też mnie, bo Shane przy okazji ustawiał mi przez 12 lat piłki do kopnięć. Wydaje się, że to drobiazg, ale kolejne sezony po jego odejściu już nie były dla mnie tak dobre. Byłem przekonany, że spędzimy razem całą karierę.

Współpraca układała nam się świetnie i to jest coś, czego bardzo żałuję i sytuacja, która mnie bardzo wkurzyła. Szczególnie, że to mój świetny kumpel. Obaj zostaliśmy wybrani w drafcie w 2000 roku. Był znakomitym punterem i jako holder zawsze ułatwiał mi robotę. Mieliśmy świetną współpracę. Kiedy odszedł, przez pięć lat miałem chyba trzech różnych holderów i żaden nie potrafił robić tego tak, jak Shane. Polityka wzięła tutaj górę i jedna decyzja wpłynęła na kilku różnych zawodników.

 

Z kim z czasów gry w NFL utrzymujesz do dzisiaj kontakt?

Shane to dalej mój przyjaciel, często rozmawiamy. Jon Condo, nasz long snapper, również. Mieszkam teraz na Florydzie, więc nie jest łatwo ze wszystkimi utrzymywać bliskie relacje, ale dzwonimy do siebie z Adamem Vinatierim. To maszyna. Ma 47 lat i ostatnio miał kłopoty ze zdrowiem, a dalej chce grać w NFL. Rozmawiam ze Stephenem Gostkowskim, który teraz będzie szukał nowego klubu po odejściu z Patriots. Gramy razem w golfa, ale nie mówi po polsku. Poza tym z kilkoma punterami. Widziałem właśnie, że mój kumpel Dustin Colquitt został właśnie zwolniony z Kansas City Chiefs.

Sebastian Janikowski z Adamem Vinatierim, legendą NFL. (Fot. Sam Riche/Tribune News Service via Getty Images)

W czasach gry w NFL byłeś jednym z bardzo niewielu graczy z Europy w lidze. Dziś działa program International Player Pathway i pojawia się ich nieco więcej. W tym roku wśród finalistów był skrzydłowy z Polski, Antoni Podgórski. Myślisz, że talentów do gry w futbol, które mogłyby dostać taką szansę jak ty, jest więcej?

To świetny program. Myślę o NFL jak o NBA sprzed paru lat. W niej gra już masa ludzi z różnych krajów. Dlaczego więc NFL miałaby nie szukać poza granicami USA? Nigdy nie wiadomo, na jaki talent możesz trafić, a czasami gdzieś w Europie może czekać przyszła wielka gwiazda. Liczę, że takie się pojawią. Na pewno jest im trudniej, bo dzieciaki tutaj wychowują się z tym sportem. To jest jak z piłką nożną w Polsce. Gdyby utalentowany piłkarzy przyjechał do USA, miałby większe umiejętności od swoich rówieśników, bo tutaj często dopiero wtedy uczysz się podstaw. Tak samo jest z europejskimi futbolistami, którzy chcą próbować w NFL. Trudno im się przestawić na wyższy poziom.

 

Porozmawiajmy chwilę o Polsce. Jak ją wspominasz? Wyjechałeś na dobre ponad 25 lat temu, ale później rzadko wracałeś.

Mam świetne wspomnienia. Spędziłem tam dzieciństwo i zawsze uprawiałem sport. Piłka nożna, koszykówka, tenis i wiele innych. Moja mama nigdy nie mogła się mnie dowołać, bo wychodziłem rano z domu i wracałem, gdy było już ciemno. Byłem bardzo aktywnym dzieciakiem. Ale dawno nie byłem w Polsce. W trakcie kariery w NFL nigdy nie miałem wystarczająco dużo czasu, by ją odwiedzać. Ostatni raz przyleciałem chyba dwanaście czy trzynaście lat temu.

 

Masz jakikolwiek kontakt z kimś z rodzinnego Wałbrzycha?

Przez kilka pierwszych lat po wylocie do Stanów jeszcze miałem. Utrzymywałem kontakt głównie z kolegami z drużyn piłkarskich i z podwórka, ale później kontakt się urwał. Każdy z nich rozjechał się po świecie i poszedł w swoją stronę. Długo rozmawiałem z Piotrkiem Włodarczykiem, który potem grał w Legii Warszawa i w reprezentacji Polski. Pamiętam, że jakoś na początku mojej kariery przyleciał z kadrą do Chicago na mecz z reprezentacją USA (w lipcu 2004 roku – przyp. red.) i mieliśmy się wtedy tam spotkać, ale niestety nam się nie udało. Poza tym po rozpoczęciu gry w NFL miałem marzenie, by ściągnąć za sobą moją mamę, która została w Polsce. Udało się to zrobić. Teraz oboje moi rodzice mieszkają tutaj, do mamy mam jakieś 20 minut drogi, wszyscy są na miejscu, dlatego nie musiałem wracać do Polski.

 

Czyli na emeryturze spędzasz czas z całą rodziną.

Tak, jest wspaniale. Bawię się z dzieciakami, jeździmy na plażę, robimy wspólnie wiele rzeczy. To największa zmiana. Wreszcie mam okazję pobyć dłużej z rodziną. W NFL ciągle masz treningi, spotkania, kiedy zaczyna się sezon to non-stop podróżujesz i nie masz tyle czasu dla bliskich. Ale to, czego brakuje mi z czasów gry, to przyjaźnie. Atmosfera szatni jest nie do podrobienia. Poza tym rywalizacja. Toczysz ją na boisku z inną drużyną, ale i w zespole.

 

Jak daleko masz do Tampy?

Jakieś trzy godziny drogi.

 

Pytam, bo twój kolega Brady cały czas trzyma się mocno i zaczyna nową przygodę. Nie kusiłoby cię wznowić karierę i dołączyć do Buccaneers, żeby wygrać jeszcze upragnione Super Bowl?

Szczerze mówią nogę nadal mam mocną. Niedawno trenowałem i z 60 jardów dalej trafiam bez problemu, więc kto wie? Jednak niestety dokuczają mi plecy. Potrzebowałbym chyba operacji, żeby zagrać znów w NFL, więc pod kątem zdrowotnym nie wiem, czy dałbym jeszcze radę. Ale to też zależy od tego, ile ktoś by mi zaoferował (śmiech).

#NFL
#Sebastian Janikowski
#wywiad

Najnowsze

Plan już bez białych plam. Wszystko, co trzeba wiedzieć o powrocie Bundesligi

Najpierw tydzień zbiorowej kwarantanny, później kolejne testy na obecność koronawirusa i w przyszłą sobotę derby Zagłębia Ruhry. Tak ...

#BundesBACK
#bundesliga
#liga niemiecka

Można zdobyć 10 mistrzostw i być niespełnionym? Losy niedocenionego Thiago

Po siedmiu latach w Bayernie Thiago Alcântara przedłużył kontrakt i rozważa nawet zakończenie kariery w Monachium. Zbliża się do trz ...

#Bayern Monachium
#bundesliga

KICK OFF newonce #3: Carragher Challenge – wersja Premier League. Przemek i Michał składają swoje drużyny

W najnowszym Kick Off newonce Przemek Rudzki i Michał Gutka podjęli się wyzwania Jamiego ...

#Carragher Challenge
#kick off

NFL Po Godzinach #5: Wspomnienie Dona Shuli, weterani NFL zmieniają kluby (PODCAST)

W ostatniej audycji NFL Po Godzinach Michał Gutka i jego goście wspominali zmarłego legendarnego trenera Miami Dolphins. Nie zabrakł ...

#Don Shula
#NFL
#NFL po godzinach

Gdzie już zakończyli ligi, gdzie walczą o powrót? Ściąga na czas pandemii

Niektórzy już zakończyli sezon, inni sposobią się do szybkiego powrotu bez publiczności, jeszcze inni chcą wpuszczać na mecze kibicó ...

#La Liga
#premier league
#serie a

DETALE I NIUANSE. U nas nie może być normalnie

Czym dłużej czekam na powrót polskiej piłki, tym bardziej męczy mnie brak powagi w niej. Wojenki o udziały, omijanie zakazów, potajemne treningi, wieczne krętactwo. Przede wszy ...

#dyrektorzy sportowi
#ekstraklasa

HIT THE BAR #8: Przyjęliśmy wyzwanie. Wybieramy nasze międzynarodowe jedenastki

Dominik Piechota i Michał Gutka w Hit The Bar na naszym kanale na YouTube podjęli się wyzwania, jakie zapoczątkował Jamie Carragher.

#Carragher Challenge
#Hit The Bar

Zielone światło od rządu. Bundesliga wraca w przyszłym tygodniu (AKTUALIZACJA)

Wszystko wskazuje na to, że Bundesliga faktycznie zostanie pierwszą ligą sportową w Europie, która wznowi przerwane przez pandemię r ...

#Bayern Monachium
#bundesliga

Elegancki sport dżentelmenów. „W snookerze zawodnicy sami przyznają się do faulów”

Tropimy przedstawicieli sportów, o których powinno się mówić więcej w naszym kraju. Po squashu przyszła pora na snookera. Tajniki te ...

#Adam Stefanów
#snooker

Pierwszy taniec Karniszowasa. Litwin odpowiedzialny za odbudowę potęgi Chicago Bulls. Będzie jak Jerry Krause?

Jerry Krause zbudował wielkie Chicago Bulls w latach 90., ale i tak wspominany jest dzis ...

#arturas karniszowas
#Chicago Bulls
POKAŻ WIĘCEJ