newonce logo
POKAŻ WIĘCEJ
Fot. Marian Zubrzycki/ 400mm.pl

Czym dłużej czekam na powrót polskiej piłki, tym bardziej męczy mnie brak powagi w niej. Wojenki o udziały, omijanie zakazów, potajemne treningi, wieczne krętactwo. Przede wszystkim brak profesjonalizmu i zawiłe struktury. A miał to być tekst tylko o tym, jak absurdalnie podchodzi się do roli dyrektora sportowego w Polsce.

Coś jest w tej naszej naturze i pozostałościach dawnego systemu, że gdy dostajemy rozporządzenie, pierwszą reakcją jest poszukanie w nim luki. Widzieliśmy to, gdy minister zdrowia Łukasz Szumowski ogłaszał kolejne regulacje mające zapewnić nam bezpieczeństwo. Najpierw były pytania rozważające abstrakcyjne scenariusze, a później zbiór pomysłowych Dobromirów – ale z psem sąsiada to już można, ale jak wyjdę z domu z pieczywem, to się nie przyczepią, ale przecież równie dobrze mógłbym tam być zameldowany. Nie ważny jest sens, ważniejsze, że wszędzie można znaleźć obejście wytycznych. Jak da się być mądrzejszym, oszukać system, to trzeba skorzystać. I trochę widzę tę przypadłość w lidze polskiej.

Mimo licznych apelów o izolację będącą częścią planu odmrażania piłki, Arka Gdynia zostaje złapana na nielegalnym treningu grupowym. Klasyk, można obejść system, to korzystamy. Ukarani finansowo zostają za to piłkarze. Powinni zostać napiętnowani, lecz sytuację obracają jeszcze przeciwko sobie. Czytamy wypowiedź Adama Marciniaka w Przeglądzie Sportowym: „Całe środowisko wie, że wiele klubów ekstraklasy trenowało dużo wcześniej niż my. Odbyliśmy tę jedną jednostkę i zostaliśmy złapani. Myślę, że ten trening wynikał poniekąd z frustracji sztabu szkoleniowego, który wie, że inne zespoły trenują, a my jak zwykle zaczniemy ostatni i wyjdziemy na tym najgorzej”. Zostali złapani, pech, ale i tak są w gorszej sytuacji niż inni. Nie do wiary.

Oczywiście, że inni trenowali wcześniej. Arka dostaje po rękach, bo dała się przyłapać, ale zdjęcia czy donosy napływały z najróżniejszych dużych miast Polski. Jeszcze miesiąc temu był strach przed graniem i apele o zdrowy rozsądek, teraz wszyscy palili się do zajęć tak mocno, że zaśmiali się w twarz ustalonym zasadom powrotu. Niektórzy trenowali pod balonem – tym samym mocno wyprzedzili oficjalne zgody, które większość klubów dostała dopiero dzisiaj. To się nazywa zostawianie z tyłu konkurencji, teraz piłka w końcu będzie docierać częściej do celu. Już widzę, jak podczas oczekiwania na start rozgrywek Jadon Sancho i Marco Reus chowają się w tajemnicy pod balonem, aby szlifować formę.

Często słyszymy w kontekście naszej ligi – spójrz jak jest na Zachodzie. Odlot. Uważam, że jesteśmy na takim etapie, że najpierw powinniśmy patrzeć na Wschód. Bo tam dawno nas wyprzedzili i tego świata jesteśmy bliżej niż mitycznego Zachodu, gdzie pojedyncze jednostki mogą się wyrwać i zrobić karierę. Jestem przekonany, że mamy w ekstraklasie kilku fachowców trenerskich na europejskim poziomie, naprawdę świetnych skautów znających się na rzeczy, młodych, inteligentnych, obytych ludzi w klubach, lecz to za mało, aby zrobić coś z całą ligą. Jej nieporadność widzę w szeregu detali oraz przewadze tych jednostek niekompetentnych na ważnych stanowiskach. U niektórych decydujący będzie słaby projekt sportowy, u innych kolesiostwo oraz niegospodarność. I to tworzy dziwny sytem, przestarzały klimat, z którym trudno ruszyć ku zdrowemu.

Ekstraklasa nie byłaby sobą, gdyby nie zmieniła trenera po dwumiesięcznej przerwie bez grania. Z ŁKS-u odszedł Kazimierz Moskal, kulisy tej decyzji pewnie jeszcze poznamy. Pożegnano jednak trenera, który zawsze jawił się jako ten z bezgranicznym zaufaniem. Projekt, długofalowe myślenie, filozofia – mimo rozczarowujących rezultatów, był bastionem normalności. Ale runął. Przychodzi mityczny Wojciech Stawowy – odkurzony człowiek od stylu, zakochany w Barcelonie. Ponoć wybór numer jeden jeszcze przed Moskalem. Nie oceniam warsztatu, nie mogę zrozumieć czasu i okoliczności decyzji o rozstaniu z poprzednikiem. Czy to wydarzyłoby się w silniejszych ligach? W porządku, nawet Dinamo Zagrzeb przeprowadziło rewolucję, ale tam przecież nie powiemy o zdrowych strukturach na szczycie klubu. Może skutecznych, ale nie zdrowych.

Jedziemy dalej. W Koronie zaczęły się problemy – to śmiało można odstrzelić kilku zawodników: panowie Marquez, Zalazar, Arweladze znikają z listy płac. W Cracovii na pierwszym planie mieliśmy konflikt z Januszem Golem – słowo przeciw słowu. Według klubu to kapitan (już były) jest nie w porządku, według zawodnika to pracodawcy sobie z nim nieuczciwie pogrywają. Gdzieś tam w międzyczasie Jarosław Królewski toczy swoją wojnę o podział pieniędzy na Twitterze, a później znajduje rywala w Dariuszu Mioduskim. Trwają głosowania, rozmowy o pieniądzach, zapadają decyzje, jeden z kluczowych głosów należy do Adama Mandziary. Ktoś go wybrał – zrozumiałe. O podziale pieniędzy decyduje szef Lechii notorycznie zmagającej się z problemami finansowymi, zaległościami, żyjącej na jakichś nierealnych obietnicach. Dopiero co pożegnała kilka uznanych nazwisk polskiej piłki w okolicznościach co najmniej nieeleganckich. Ale nieważne, powalczy o lepszą przyszłość dla wszystkich.

Męczy mnie to już. Zachłanność na każdym kroku, z której nie wychodzi nic dobrego. Liga nie patrzy w jednym kierunku. Ile to się naczytaliśmy o jakimś pandemicznym wstrząsie, nowej gospodarności, lepszej dystrybucji pieniędzy. Bzdety. Dalej będziemy rozrzucać pieniądze na tygodniówki zawodników z polecenia agenta albo takich balujących w mieście pracodawcy, bo przecież nikt nie jest w stanie rozpoznać tej twarzy na ulicy. Jak się okazało, że przyszła jakaś astronomiczna oferta z Polski za piłkarzy upadającej Żyliny, to autentycznie się przeżegnałem. Nie chodzi o dobór kierunku, ale metody.

Czas, kiedy piłka stanęła w miejscu, nie wlał we mnie żadnej nadziei, że w naszym kraju ktoś wyciągnie wnioski. Wręcz przeciwnie, kolejne wydarzenia powodowały niesmak albo poczucie zażenowania. Zmęczony jestem układami, brakiem konsekwencji, rozrzucaniem pieniędzy, dopuszczaniem do ligowej piłki bylejakości. Nikogo nie gonimy, truchtamy i dajemy się wyprzedzać.

***

Punktem wyjścia i jedynym tematem tego tekstu mieli być dyrektorzy sportowi w naszym kraju. Ale tyle się wydarzyło, że wolałem dopisać kilka akapitów. Najbardziej w ekstraklasie uwiera mnie właśnie ta funkcja. Na płaszczyźnie sportowej uważam, że najważniejsza w całym klubie. Fundamentalna, kluczowa, decyzyjna. Człowiek podpisujący się pod całym projektem. I wcale nie pracujący w pojedynkę. Otoczony gronem specjalistów, bliskich dyrektorów, ściśle działający w porozumieniu z trenerem.

Na Zachodzie… nie lubię tego określenia, ale tam rzeczywiście dyrektor sportowy jest bohaterem. Stoi za każdym sukcesem. Ktoś strzela gole, ktoś podejmuje decyzje taktyczne, ale wszystko zaczyna się od budowy projektu. Wytyczenia ścieżki, zarządzania planem finansowym, dopasowania odpowiedniego profilu piłkarzy i zatrudnienia ich – ciągła gra na ryzyku. Jak lądujesz na dole stawki, obrywa się architektowi. Jak wejdziesz do Ligi Mistrzów, laury zbiera dyrektor sportowy. To najważniejsze twarze w krajowej piłce. Zwykle ludzie z wykształceniem, doświadczeniem, obyciem, znajomościami. O robocie Monchiego czy Mateu Alemany’ego w Hiszpanii się naczytaliśmy – oni uchodzą za największych specjalistów od futbolu. Ludzi, którzy nie są na pierwszych stronach gazet, ale już przeszli tę grę.

Niemcy, Włochy, Anglia, Hiszpania – wszędzie możemy tę rolę nazywać inaczej, struktury różnią się w zależności od klubu i ligi, ale dział sportowy z odpowiednimi przełożonymi to coś, na czym bazuje każdy zdrowy klub. Wszyscy potrzebują takiego człowieka. Potrafiącego zarządzać ludźmi, dysponować pieniędzmi, ale zarazem odwiedzającego mecze 12-latków i potrafiącego ocenić, co czeka danego gracza w przyszłości. Mądry dyrektor sportowy musi mieć odpowiednią bazę ludzi – od skautingu, młodzieżowej piłki, akademii, nieznanych rynków, łącznika z pierwszym zespołem i kolejnymi grupami. Z czasem w futbolu zacząłem najbardziej ekscytować się trenerami oraz właśnie dyrektorami sportowymi. Dla mnie piłkarskie Hollywood to Monchi, Txiki Begiristain, Felipe Miñambres, Antero Henrique czy Steve Walsh.

Nigdy nie mogę zrozumieć, że w ekstraklasie część w ogóle nie ma stanowiska przypominającego wspomniane. Są za to prezesi-decydenci albo trenerzy, którzy wszystko biorą na swoją głowę. W strukturach widzę jedną z chorób ekstraklasy. W złych, oszczędnościowych podziałach ról albo niewłaściwie obsadzonych stanowiskach. Umówmy się – wypowiedź, że Zagłębie nie miało miesiącami dyrektora sportowego, ale przynajmniej zaoszczędziło na stołówkę, to piłkarski kryminał. Wypowiedź numer jeden pokazująca problem polskiej piłki. Bez głowy też można żyć, wystarczy tułów.

Można punktować Bogdana Wilka z Piasta Gliwice za dobre lub złe decyzje, oceniać warunki w Piaście, ale jego praca jest względną normalnością. Poznał klub od podszewki, po czym dostał nieco czasu, aby coś budować. To już jakiś kierunek we wcale niedużym klubie. Więcej jest jednak dyrektorów-słupów albo takich pracujących w drzwiach obrotowych. Sześć miesięcy, zostaną zmienieni, potem wpadnie ktoś inny.

U nas nikt nie kojarzy, kto pracuje na takich stanowiskach, bo nie mają takiego znaczenia. Jak na polskie realia, naprawdę trzeba docenić efekty pracy Michała Żewłakowa w Legii. Wycisnął wiele. Zna języki, jest światowcem, potrafi się obrócić w środowisku, znaleźć sprzymierzeńców, powalczyć o dobro klubu, a co najważniejsze – zna się na piłce. Rozumie mechanizmy i ma doświadczenie, które akurat na tym stanowisku dopiero zbierał. Po czasie można przyznać, że to człowiek, na którego nosie do piłki można opierać coś poważnego. Żaden to gwarant sukcesu, ale człowiek z właściwymi cechami. Bo obok zawsze jest tysiąc innych czynników na czele z warunkami stworzonymi do pracy oraz realizacji planu.

Kiedy myślę nad bolączkami polskiej piłki, zawsze w czołówce wymieniam obsadę topowych stanowisk czy marginalizację roli dyrektora sportowego. Taki z prawdziwego zdarzenia powinien dostać lata, byśmy zobaczyli efekty pracy. Rozróżnijmy w końcu, kto jest dobrym szefem, kto dobrym biznesmenem, kto inteligentem, kto marketingowcem, a kto ekspertem od piłki. Albo zacznijmy łączyć ich atuty dla wspólnego dobra.

#dyrektorzy sportowi
#ekstraklasa

Najnowsze

Włoski Anglik. Człowiek, którego mógłby zagrać Hugh Grant. Wesołe jest życie staruszka i Roy Hodgson lubi to

W czterech zawodowych ligach w Anglii nie ma starszego trenera. Żaden klub w historii Pr ...

#Anglia
#crystal palace
#fulham

Od snu o Europie do degradacji w pięć miesięcy. O wielkim upadku Espanyolu

Można grać wiosną w europejskich pucharach i mieć piłkarzy z potencjałem na Ligę Mistrzów, a jednocześnie szorować dno ligowej tabel ...

#Espanyol
#Francisco Rufete
#LaLiga

Stephon Marbury – w poszukiwaniu szczęścia. Poruszająca historia gwiazdy NBA, która straciła sławę, ale odzyskała życie

„Dzieciak z Coney Island” to fascynujący portret byłej koszykarskiej gwiazdy, która zost ...

#stephon marbury
#NBA
#Netflix

Znaleźć pozytyw w zerwanych więzadłach. Marcin Kamiński o awansie do Bundesligi, narodzinach syna i grze z mistrzem świata (WYWIAD)

Poszedł inną drogą niż większość graczy z ekstraklasy w ostatnich latach i zamiast podbi ...

#bundesliga
#Marcin Kamiński

Dlaczego każdy Włoch zna się na piłce i musi wybrać swój klub? (WIDEO I PODCAST)

Znawca i miłośnik włoskiej kultury, a zarazem współpracownik newonce.sport Dominik Mucha, opowiedział nam o blaskach i cieniach calc ...

#Dominik Mucha
#Italia
#serie a

Pochwała cierpliwości. Southampton przekuł historyczną klęskę na pucharową formę

Po blamażu 0:9 z Leicester City spokojne położenie, w jakim są obecnie Święci, nie było oczywiste. Klub wytrzymał kryzys i jest na d ...

#premier league
#Ralph Hasenhüttl

O miłości do Liverpoolu i życiu pomiędzy Warszawą a Anfield. Marcin Feddek gościem audycji Kick Off (PODCAST)

Jest już podcast z najnowszej audycji Kick Off! Gościem Przemka Rudzkiego był Marcin Fed ...

#kick off
#Liverpool
#marcin feddek

Uratowany z bezludnej wyspy. Griezmann w końcu oswobodzony w ataku

To możliwe, aby mistrz świata i trzeci najlepszy piłkarz mundialu nagle zapomniał jak się gra w piłkę? Można było spłycać kwestie um ...

#Antoine Griezmann
#FC Barcelona

Fernando Alonso wraca do Formuły 1. Legenda znów będzie dowodzić rodziną Renault

Renault to moja rodzina, moje najlepsze wspomnienia w Formule 1 – powiedział dwukrotny mistrz świata, ogłaszając powrót do francuski ...

#Fernando Alonso
#Formuła 1
#Renault

Ostatni taniec Bruce’a Lee. Czy legenda karate zaliczy drugie wejście smoka? ESPN szykuje filmowy hit

Po sukcesie serialu „The Last Dance” ESPN idzie za ciosem i wypuszcza kolejny dokument o ...

#bądź jak woda
#bruce lee
#ESPN
POKAŻ WIĘCEJ