newonce logo
POKAŻ WIĘCEJ
MARIAN ZUBRZYCKI/ 400mm.pl

Kazimierz Moskal, niespodziewanie zwolniony z ŁKS-u, nie jest wyjątkiem. Dla większości trenerów w ostatnich dwudziestu latach wprowadzenie drużyny do najwyższej ligi oznaczało konieczność rychłego szukania pracy.

Gdyby sezonu w I lidze nie udało się w tym roku dokończyć, czego nie da się przecież wykluczyć, awans świętowałyby Podbeskidzie, Warta i Stal. Dla każdego z tych zespołów byłby to spory sukces. Bielszczanie w ekstraklasie spędzili tylko pięć sezonów, a po spadku, mimo szumnych deklaracji, ani razu nie potrafili się włączyć do walki o awans. Warty w gronie kandydatów do czołowych miejsc nikt nawet nie wymieniał. Poznaniacy mają problem, by związać koniec z końcem i gości podejmowali w Grodzisku Wielkopolskim. Podobnie jak dla mielczan, byłby to dla nich powrót do elity po wielu latach nieobecności. Krzysztof Brede, Piotr Tworek i Dariusz Marzec, trenerzy całej trójki, byliby słusznie fetowani. Otrzymaliby nowe kontrakty, usłyszeli deklaracje, że właśnie udało się znaleźć trenerów na lata, komuś nawet wymsknęłoby się, że w przypadku ewentualnego spadku nie zwolniłby trenera. Zwłaszcza Tworkowi chciano by stawiać pomniki. Zwłaszcza on byłby zagrożony utratą pracy w kolejnych miesiącach. Ale tak naprawdę cała trójka, awansując, podpisałaby na siebie wyrok.

Na trenerów zwykło się patrzeć, jak na ludzi, dla których liczy się tylko kariera. Ocenia się ich przez pryzmat awansów, kwalifikacji do europejskich pucharów, ocalenia przed spadkiem, czy zdobycia mistrzostwa. To dla nich oczywiście bardzo ważne. Dla wielu z nich najważniejsze. Są też jednak tacy, którzy chcieliby łączyć dobrą pracę ze względnie poukładanym życiem. Chcieliby móc posłać dzieci do szkoły, mając nadzieję, że uda im się z tą samą klasą spędzić chociaż dwa lata. Albo umożliwić partnerkom zorganizowanie własnego życia zawodowego w jednym miejscu, bez konieczności wywracania wszystkiego do góry nogami co kilka miesięcy. Często sami chcieliby też gdzieś zapuścić korzenie. Przywiązać się do jakiegoś miejsca. Ci powinni całkiem serio zastanowić się, czy naprawdę warto wywalczyć awans. Zwłaszcza jeśli nikt go w okolicy nie oczekuje, a klub nie przygotowuje się na niego od lat.

 

AWANS JAKO ZAPOWIEDŹ ZWOLNIENIA

W Łodzi po bankructwie ŁKS-u zabrali się do odbudowy klubu nad wyraz rzetelnie. Mieli już dość wiecznego balansowania na krawędzi upadku i doraźnego łatania dziur. Chcieli zbudować coś swojego. Trwałego. Mającego fundamenty. Po awansie do I ligi nikt nie mówił więc, że od razu ma być ekstraklasa. Przebudowywany stadion ma dopiero jedną trybunę. Wielu zawodników ze składu to gracze młodzi albo tacy, którzy nigdy wcześniej nie grali na tym poziomie. Chciano im dać czas, by spokojnie okrzepli w lidze, a przy okazji przyswoili sobie wymagający styl gry Kazimierza Moskala, nowo zatrudnionego trenera. Nikt nie oczekiwał od niego awansu już w pierwszym sezonie. Skoro jednak nadarzyła się okazja, grzechem byłoby z niej nie skorzystać. Moskal jest dziś bezrobotny. Gdyby przed rokiem nie awansował, tylko zajął trzecie miejsce, jest duża szansa, że dziś byłby w Łodzi fetowany za zajmowanie miejsca premiowanego awansem. I wciąż miałby pracę.

Coś podobnego przerabiało już w ostatnich latach wielu trenerów. W Nowym Sączu na ekstraklasowym poziomie był tylko trener Radosław Mroczkowski. To wystarczyło jednak, by Sandecja sensacyjnie wygrała I ligę i pierwszy raz w historii awansowała do ekstraklasy. Kompletnie do tego nieprzygotowana w żaden sposób. Wielu mówiło, by odpuścić, zatrzymać się, zastanowić, czy warto. Zwyciężyła jednak sportowa ambicja. Autor niewyobrażalnego sukcesu nie dotrwał nawet do końca rundy jesiennej. W XXI wieku aż 64% trenerów traciło pracę w ciągu dwunastu miesięcy od wywalczenia awansu do ekstraklasy. Statystyka byłaby jeszcze bardziej miażdżąca, gdyby doliczyć tych, którzy, jak Piotr Mandrysz w Niecieczy, czy Marcin Kaczmarek w Płocku, przetrwali wprawdzie cały pierwszy sezon w ekstraklasie, ale tuż po nim się z nimi rozstano.

W ostatnich latach da się zauważyć narastającą lukę między ekstraklasą a I ligą. Beniaminkowie, którzy kiedyś stosunkowo rzadko żegnali się z ligą już po jednym sezonie, ostatnio mają wielkie problemy, by zostać z najlepszymi na chociaż dwa lata. Przed rokiem oba miejsca spadkowe zajęli beniaminkowie. Rok wcześniej po jednym sezonie spadła Sandecja. Trzech z czterech ostatnich beniaminków zostało w lidze tylko na rok. Jedynie Górnikowi Zabrze udało się jakoś ugruntować pozycję wśród najlepszych. Ale przecież w przypadku Górnika to spadek, a nie awans, był czymś nowym. Marcina Brosza nie podrzucano pod niebiosa za to, że wszedł do ekstraklasy, co jednak pozwoliło uniknąć problemów ze złapaniem go. Wiele klubów, dla których awans jest spektakularnym sukcesem, błyskawicznie zaczyna się gubić i traci kontakt z rzeczywistością.

 

FRYBURSKA DROGA ROZWOJU

Niespodziewane awanse zdarzają się nie tylko w Polsce i nie tylko tu rozwój sportowy klubu wyprzedza czasem rozwój organizacyjny. Do Bundesligi w ostatniej dekadzie wchodziło liczne grono drużyn, po których nikt się tego nie spodziewał, by wymienić tylko SV Darmstadt czy SC Paderborn. Działacze tych klubów nie bronili się przed awansem, mimo że wiedzieli, iż najprawdopodobniej oznacza to spadek rok później. Traktowali to jednak jako okazję przeskoczenia kilku szczebli w rozwoju. Nie podnosili drastycznie pensji, nie zaczynali wydawać więcej na transfery, nie odchodzili od polityki, która dawała im wcześniej sukcesy. Wchodzili, by napełnić kabzy większymi pieniędzmi z praw telewizyjnych oraz by wypromować kilku zawodników na tle najlepszych drużyn w kraju i drogo ich sprzedać. Nadwyżki inwestowali w poprawę klubowej infrastruktury, czy akademię. Po to, by po powrocie na drugi poziom być już w pełni naturalnym kandydatem do awansu. Nie zawsze wszystko szło idealnie zgodnie z planem, ale SC Freiburg czy FSV Mainz są przykładami, że w ten sposób da się zbudować solidny klub. Oba te kluby, gdy pierwszy raz wchodziły do Bundesligi, kompletnie do niej nie pasowały. Po spadkach jednak nie wariowały, lecz robiły swoje, wykorzystując zarobione pieniądze na nadrabianie braków i z czasem wyrosły na całkiem stabilne kluby najwyższej ligi.

Wydawało się, że w ŁKS-ie wychodzą z dokładnie tego samego założenia. Już udało się wypromować Daniego Ramireza, a kilku zawodników zyskało bezcenne doświadczenia. Zarobienie na prawach telewizyjnych powinno poprawić finansową sytuację klubu na tyle, by za rok ponowny awans do ŁKS-u nie był już niespodzianką, lecz naturalną koleją rzeczy. Łodzianie okazali się jednak kolejnymi, którzy nie potrafili przerwać tego cyklu. Trener, który zrobił wynik ponad stan, niemal zawsze na tym traci. Niemal zawsze aktualne spodziewane porażki przysłaniają dawne niespodziewane zwycięstwa.

Klub, który zwalnia trenera zajmującego ostatnie miejsce, zawsze znajdzie argumenty. ŁKS nie jest wyjątkiem. Łodzianie zbyt często przegrywali, zbyt często tracili głupie bramki, nie dawali rady nawet bezpośrednim rywalom i można powiedzieć, że spadają z hukiem, bo jedenaście punktów straty do bezpiecznego miejsca na jedenaście kolejek przed końcem to przepaść. Wydawało się jednak, że łódzcy działacze wiedzieli, na co się piszą. Raków Częstochowa, drugi z beniaminków, radzi sobie znacznie lepiej, ale dla wszystkich było jasne, że droga, którą chce iść ŁKS, jest trudniejsza. Łodzianie nie chcieli utrzymać ligi prostymi środkami i stałymi fragmentami gry, lecz atakiem pozycyjnym i kombinacyjnymi akcjami. Moskalowi nie można zarzucić, że porzucił ideały i odszedł od tylu stylu gry. Można by podejrzewać, że działacze mają mu to za złe i życzyliby sobie bardziej pragmatycznego podejścia. Jeśli jednak potwierdzą się plotki o zatrudnieniu Wojciecha Stawowego i ta teoria upadnie – zwolennika gry opartej na posiadaniu piłki zastąpi radykał takiego podejścia. Jeśli więc nie jest to klasyczne wyrzucenie za burtę ustalonego stylu gry, by jeszcze spróbować uratować ligę, tym trudniej wytłumaczyć tę zmianę. Można by ŁKS-owi zanotować na plus, że nawet zmieniając trenera, trzyma się ustalonego wcześniej pomysłu na grę, ale trzeba by spytać, co ta zmiana ma wnieść? Co ma zrobić Stawowy, czego nie dałby rady zrobić Moskal?

 

AMBIWALENTNA OCENA

Pobyt Moskala w Łodzi pozostawi po nim na rynku takie samo wrażenie, jakie zostawiał przez wszystkie poprzednie lata. Ambiwalentne. Znów był chwalony, znów pokazał, że potrafi nauczyć przeciętnych piłkarzy całkiem ładnej i skomplikowanej gry. Wywalczając awans, bodaj po raz pierwszy w trenerskiej karierze potrafił połączyć dobre wrażenie z wynikiem. Ostatnich miesięcy nie da się jednak pominąć. Drugi klub z rzędu, po Sandecji, Moskal zostawia na ostatnim miejscu w ekstraklasowej tabeli. Znów trzeba spytać, czy jego pomysł na grę nie jest dla klubów o niskim potencjale kadrowym straceńczy. Miała być szansa przekonać się, czy doświadczenia zebrane przez zawodników na najwyższym szczeblu oraz dłuższa praca z tym samym trenerem, pozwolą ŁKS-owi w przyszłości łączyć atrakcyjną grę z lepszymi wynikami. Znów jednak potwierdziło się, że polskie kluby bardzo rzadko potrafią spaść z tym samym trenerem, z którym awansowały. Mimo że przecież po roku to wciąż ten sam trener, którego wcześniej fetowano. A nawet lepszy, bo bogatszy o doświadczenia z elity. Prezesi nie chcą tego jednak słuchać. Po złych wynikach muszą polecieć jakieś ważne głowy. Brede, Marzec i Tworek niech się więc raczej nie przywiązują do klubów, którym mogą lada moment dać wyczekiwane sukcesy.

#ekstraklasa
#Kazimierz Moskal
#ŁKS

Najnowsze

Plan już bez białych plam. Wszystko, co trzeba wiedzieć o powrocie Bundesligi

Najpierw tydzień zbiorowej kwarantanny, później kolejne testy na obecność koronawirusa i w przyszłą sobotę derby Zagłębia Ruhry. Tak ...

#BundesBACK
#bundesliga
#liga niemiecka

Można zdobyć 10 mistrzostw i być niespełnionym? Losy niedocenionego Thiago

Po siedmiu latach w Bayernie Thiago Alcântara przedłużył kontrakt i rozważa nawet zakończenie kariery w Monachium. Zbliża się do trz ...

#Bayern Monachium
#bundesliga

KICK OFF newonce #3: Carragher Challenge – wersja Premier League. Przemek i Michał składają swoje drużyny

W najnowszym Kick Off newonce Przemek Rudzki i Michał Gutka podjęli się wyzwania Jamiego ...

#Carragher Challenge
#kick off

NFL Po Godzinach #5: Wspomnienie Dona Shuli, weterani NFL zmieniają kluby (PODCAST)

W ostatniej audycji NFL Po Godzinach Michał Gutka i jego goście wspominali zmarłego legendarnego trenera Miami Dolphins. Nie zabrakł ...

#Don Shula
#NFL
#NFL po godzinach

Gdzie już zakończyli ligi, gdzie walczą o powrót? Ściąga na czas pandemii

Niektórzy już zakończyli sezon, inni sposobią się do szybkiego powrotu bez publiczności, jeszcze inni chcą wpuszczać na mecze kibicó ...

#La Liga
#premier league
#serie a

DETALE I NIUANSE. U nas nie może być normalnie

Czym dłużej czekam na powrót polskiej piłki, tym bardziej męczy mnie brak powagi w niej. Wojenki o udziały, omijanie zakazów, potajemne treningi, wieczne krętactwo. Przede wszy ...

#dyrektorzy sportowi
#ekstraklasa

HIT THE BAR #8: Przyjęliśmy wyzwanie. Wybieramy nasze międzynarodowe jedenastki

Dominik Piechota i Michał Gutka w Hit The Bar na naszym kanale na YouTube podjęli się wyzwania, jakie zapoczątkował Jamie Carragher.

#Carragher Challenge
#Hit The Bar

Zielone światło od rządu. Bundesliga wraca w przyszłym tygodniu (AKTUALIZACJA)

Wszystko wskazuje na to, że Bundesliga faktycznie zostanie pierwszą ligą sportową w Europie, która wznowi przerwane przez pandemię r ...

#Bayern Monachium
#bundesliga

Elegancki sport dżentelmenów. „W snookerze zawodnicy sami przyznają się do faulów”

Tropimy przedstawicieli sportów, o których powinno się mówić więcej w naszym kraju. Po squashu przyszła pora na snookera. Tajniki te ...

#Adam Stefanów
#snooker

Pierwszy taniec Karniszowasa. Litwin odpowiedzialny za odbudowę potęgi Chicago Bulls. Będzie jak Jerry Krause?

Jerry Krause zbudował wielkie Chicago Bulls w latach 90., ale i tak wspominany jest dzis ...

#arturas karniszowas
#Chicago Bulls
POKAŻ WIĘCEJ