newonce logo
POKAŻ WIĘCEJ
fot. John Giles / gettyimages

Tamtego dnia 28 kwietnia 1990 roku na Anfield rządził świat analogowy. Kibice zamiast odświeżać smartfona, przyciskali do ucha radio wielkości gofrownicy, byle tylko znać wynik meczu Aston Villa – Norwich. Liverpool prowadził 2:1 z QPR. Tydzień przed końcem ligi właśnie sięgał po mistrzostwo Anglii. Aż wierzyć się nie chce, że na kolejne czeka do dziś.

Mija równo 30 lat, więc właśnie obejrzałem fragmenty tamtego spotkania. Można je sobie szybko odświeżyć za pomocą Youtube’a. Ian Rush w fantastyczny sposób wyrównuje na 1:1, potem stempel stawia John Barnes, a na twarzy Kenny’ego Dalglisha rysuje się cała paleta emocji: od złości, nerwów w końcówce, aż po autentyczną, dziecięcą radość, gdy stadion wybucha szczęściem. „You’ll Never Walk Alone” znowu brzmi najpiękniej. Kibice przeżywają to, jakby czuli futbol mocniej niż gdzie indziej. Bo Liverpool od zawsze był wyjątkowy. Nawet w latach traum otaczała go jakaś inna aura. Wiele razy łapałem się na tym, że zwyczajnie kibicom The Reds zazdroszczę. A przecież to nie był klub, który regularnie meblował gablotę.

Poznawałem Liverpool w latach, gdy lig zagranicznych nie było na szklanym ekranie, a jeśli były, to głęboko schowane przede mną. Zostawała gra Premier Manager 98. Nie wiedziałem jak gra Paul Ince albo Steve McManaman, ale wiedziałem, że raczej nie najgorzej i że trzeba ich znać. Uwielbiałem niepokornego Robbiego Fowlera, a potem całą drużynę Houlliera, bo przecież grał nasz Jerzy Dudek, pierwsze okno do świata Premier League. Pretekst, by ludzi mojej wyobraźni w końcu zobaczyć w telewizji. Powoli łapałem się na tym, że jakiś ten Liverpool dziwny. Nie wydaje pieniędzy jak inni. Daleko mu do statusu Manchesteru United. A mimo to wzbudza sympatię. Ma wielką markę, bogatą historię i to dodatkowe „coś”.

To jest klub, w którym odbija się wszystko: wielkie tragedie jak Heysel albo Hillsborough, spektakularne upadki, ale też momenty chwały i odkupienia jak cud w Stambule. Liverpool nigdy nie był klubem napędzanym przez celebrytów. Nie budował fundamentów na jednostkach. To był raczej „Liverpool Way”: swojski Bovril zamiast szampana. Wspinaczka, niepowodzenia, legendy. I niesamowita jedność ludzi, którzy w piłce znaleźli remedium na kryzys gospodarczy lat 80., likwidację doków i fabryk, a w konsekwencji rekordowe bezrobocie. Paradoksalnie to wtedy Liverpool rządził w Europie. Coraz mocniej zaznaczał tam swoją odrębność. Anglicy mówią, że był wyspą w wyspie. Uśmiechał się do kontynentu w czasach, gdy Wielka Brytania nie uśmiechała się do nikogo.

Liverpoolczycy sami o sobie mówią, że są ludźmi horyzontu. Że, gdy staniesz w porcie i spojrzysz głęboko w dal, na Zachód, to „prawie zobaczysz” Dublin, a za nim już tylko Nowy Jork. Nie dostaniesz tego w Birmingham. Tam, jeśli pójdziesz do centrum i spojrzysz w lewo, obejrzysz Wolverhampton. W Liverpoolu od zawsze buzowało. Allen Ginsberg powiedział kiedyś, że to San Francisco, tylko z gorszą pogodą. The Beatles eksportowali w świat muzykę i wrażliwość Liverpoolu, a futbol poza granice pchali Bill Shankly i Bob Paisley.

Uwielbiam oglądać filmy dokumentalne wokół tych wszystkich wielkich postaci The Reds, bo widać, że dla tych ludzi to naprawdę coś więcej niż tylko miejsce pracy. To choćby pamięć o Hillsborough i trwająca latami walka o prawdę z bulwarówką „The Sun”. Albo najbardziej poruszający hymn świata „You’ll Never Walk Alone”. Pieśń melancholijna, ale dająca na końcu nadzieję.

Piłkarze Premier League nie mają wątpliwości. Większość z nich otwarcie mówi, że to na Anfield najbardziej drżą im nogi, a ciarki na skórze dostajesz w pakiecie. Nie wiem, czy jest drugi stadion, który tak mocno kojarzy mi się z wybitnymi meczami. To na Anfield oglądaliśmy 4:3 z Borussią Dortmund w Lidze Europy, szalone 4:0 z Barceloną, albo jeszcze wcześniej 4:4 z Arsenalem i show Arszawina. Liverpool przyzwyczaił do wstrząsów.

Przecież nawet ostatnio Canal+ puścił powtórkę genialnego 4:3 z Newcastle z 1996 roku. Jak to powiedział kiedyś Jamie Carragher: musisz być czujny, bo nigdy nie wiesz, kiedy wydarzy się historia. A jak się wydarzy, to chcesz tam być! Jurgen Klopp idealnie pasuje do tego miejsca.

Ray Houghton, piłkarz z mistrzowskiej ekipy z 1990 roku, mówi dziś „The Mirror”: – Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że będziemy czekać 30 lat na tytuł, kazałbym wezwać po niego ludzi w białych fartuchach.

To jest niesamowite, ile ten zespół miał życiowych powikłań. Gerrard Houllier powiedział kiedyś: – Mówiono mi, że jak będziemy mieli 80 punktów i wyprzedzimy United, to mamy mistrzostwo.

Pech chciał, że w sezonie 2001/2002 Arsenal na 13 meczów do końca wygrał wszystkie 13. I znowu pudło. Poślizgnięcie Gerrarda, albo kosmiczny sezon Manchesteru City, słynne 11 milimetrów – zawsze coś.

Teraz mamy pandemię. Akurat w momencie, gdy Jurgen Klopp i Liverpool rozkochali w sobie świat, a z Premier League uczynili rozgrywki jednej prędkości. Jest w tym dziejowa niesprawiedliwość. Ale może też schemat odroczonej gratyfikacji, który pozwoli to mistrzostwo docenić jeszcze bardziej. Liverpool czeka. Ale też wie, że wdrapał się na Mount Everest i już samo to wdrapywanie, te wszystkie piękne chwile na Anfield, były mistrzostwem.

#felieton
#Liverpool
#premier league

Najnowsze

Plan już bez białych plam. Wszystko, co trzeba wiedzieć o powrocie Bundesligi

Najpierw tydzień zbiorowej kwarantanny, później kolejne testy na obecność koronawirusa i w przyszłą sobotę derby Zagłębia Ruhry. Tak ...

#BundesBACK
#bundesliga
#liga niemiecka

Można zdobyć 10 mistrzostw i być niespełnionym? Losy niedocenionego Thiago

Po siedmiu latach w Bayernie Thiago Alcântara przedłużył kontrakt i rozważa nawet zakończenie kariery w Monachium. Zbliża się do trz ...

#Bayern Monachium
#bundesliga

Powrót nostalgicznych wspomnień i smaczki taktyczne, czyli dlaczego będę śledził Bundesligę

Niemcy dali sygnał jako pierwsi. Bundesliga wróci 16 maja i jest pierwszą z dużych lig, która podjęła konkretną decyzję dotyczącą wz ...

#BundesBACK
#bundesliga

KICK OFF newonce #3: Carragher Challenge – wersja Premier League. Przemek i Michał składają swoje drużyny

W najnowszym Kick Off newonce Przemek Rudzki i Michał Gutka podjęli się wyzwania Jamiego ...

#Carragher Challenge
#kick off

NFL Po Godzinach #5: Wspomnienie Dona Shuli, weterani NFL zmieniają kluby (PODCAST)

W ostatniej audycji NFL Po Godzinach Michał Gutka i jego goście wspominali zmarłego legendarnego trenera Miami Dolphins. Nie zabrakł ...

#Don Shula
#NFL
#NFL po godzinach

Gdzie już zakończyli ligi, gdzie walczą o powrót? Ściąga na czas pandemii

Niektórzy już zakończyli sezon, inni sposobią się do szybkiego powrotu bez publiczności, jeszcze inni chcą wpuszczać na mecze kibicó ...

#La Liga
#premier league
#serie a

DETALE I NIUANSE. U nas nie może być normalnie

Czym dłużej czekam na powrót polskiej piłki, tym bardziej męczy mnie brak powagi w niej. Wojenki o udziały, omijanie zakazów, potajemne treningi, wieczne krętactwo. Przede wszy ...

#dyrektorzy sportowi
#ekstraklasa

HIT THE BAR #8: Przyjęliśmy wyzwanie. Wybieramy nasze międzynarodowe jedenastki

Dominik Piechota i Michał Gutka w Hit The Bar na naszym kanale na YouTube podjęli się wyzwania, jakie zapoczątkował Jamie Carragher.

#Carragher Challenge
#Hit The Bar

Zielone światło od rządu. Bundesliga wraca w przyszłym tygodniu (AKTUALIZACJA)

Wszystko wskazuje na to, że Bundesliga faktycznie zostanie pierwszą ligą sportową w Europie, która wznowi przerwane przez pandemię r ...

#Bayern Monachium
#bundesliga

Elegancki sport dżentelmenów. „W snookerze zawodnicy sami przyznają się do faulów”

Tropimy przedstawicieli sportów, o których powinno się mówić więcej w naszym kraju. Po squashu przyszła pora na snookera. Tajniki te ...

#Adam Stefanów
#snooker
POKAŻ WIĘCEJ