newonce logo
POKAŻ WIĘCEJ
AMA/Corbis via Getty Images

Fabryka snów poznaje słowo „mniej”. Kryzys właśnie obnaża specyficzną ekonomię piłki — tę, w której zawodnik jest panem sytuacji, a klub musi się panu podporządkować. Pensje przez trzy dekady szybowały jak szalone. Futbolowy heros najpierw oderwał się od ludzi, a potem od ziemi.

Park rozrywki nadal stoi, choć chwieje się mocno. Kto nie złapie się poręczy, za moment pofrunie. Trwa batalia. Na oświadczenia, pyskówki w mediach i PR-owe tricki. Celem najbogatsza liga świata, która sprzedała prawa za 9,2 mld funtów, a jej kluby, zamiast redukcję budżetów zacząć od piłkarzy, w przepaść posłali sprzątaczki, opiekunów młodzieży i panów od cateringu. W mediach oberwało się małym, jak Bournemouth, ale wielcy też nie są bez winy. Tottenham dopiero co szczycił się najnowocześniejszym stadionem świata, a dziś każe 550 pracownikom pójść na bezpłatny urlop. Bo przecież rząd płaci.

Te dwa światy musiały w końcu pójść na konfrontację. Anglia zwykłych ludzi kontra uprzywilejowana grupa milionerów. Sekretarz zdrowia wskazujący palcem na piłkarzy kontra wyszczekany Joey Barton, były piłkarz, mówiący: „jeśli szukacie tematu zastępczego, to sorry, ale trafiliście pod zły adres”. Premier League z tej PR-owej katastrofy oczywiście wyjdzie. W piątek zaproponowała plan obniżki pensji w klubach o 30 procent. W świat idzie pozytywny przekaz i miliony na ratowanie „dołu piramidy”, ale to wciąż niewiele zmienia. W Europie kluby dalej znajdują się pod butem piłkarza.

To historia o biznesie. O jego specyficznej konstrukcji. O pieniądzach, statusie i pionierach. Przede wszystkim o tym, jak piłkarze wychowani w erze Bosmana ulepili grę na swoją korzyść. Jak rynek pracownika wywrócił budżety do góry nogami. I jakie dzisiaj ma to konsekwencje, bo przecież teraz, w kryzysie, widać to najlepiej. Łatwiej jest zwolnić panią od skarpetek niż zawodnika, chociaż to zawodnik i jego kontrakt za chwilę pociągną statek na dno.

 

PLANETA FORSA

Ken Stanley, agent George’a Besta w latach 60., powiedział, że naprawdę przyjdą takie czasy, jeszcze nie teraz, ale przyjdą. Chłopiec w Afryce będzie biegał w koszulce drużyny z Anglii, a cały świat zgromadzi się wokół szklanego ekranu, który wepchnie piłkarzy na statek i wystrzeli na inną orbitę. Wtedy to wydawało się naiwne. Piłka amatorska praktycznie nie różniła się od profesjonalnej. Wielu zawodników zarabiało tyle samo, co ich sąsiedzi w szeregówce. Ale kierunek już się rysował i Stanley dobrze o tym wiedział.

Johan Cruyff też czuł, że kiedyś będzie inaczej, gdy dekadę po Stanleyu jako pierwszy wtargnął do biura szefów Ajaksu Amsterdam i głośno powiedział, że chce się targować. Zdziwienie było podwójne, bo Johan nie przyszedł sam. Był z teściem. Dzisiaj takie samo zdziwienie wywołałby piłkarz, który pojawiłby się bez teścia, czyli agenta. Do tego tandemu po latach doszedł prawnik, a „Planeta piłka” zmieniła nazwę na „Planeta forsa”.

Bariery pękały regularnie. Najpierw w 1961 roku w Anglii, gdy zniesiono limit maksymalnego wynagrodzenia wynoszącego 20 funtów. Od tej pory piłkarz był wart tyle, ile ktoś za niego zapłaci. Słynny Bill Shankly zbudował mistrzowski Liverpool za 517 funtów tygodniowo. I raczej nie uwierzyłby w bajki z przyszłości, że w XXI wieku Manchester City do wygrania ligi będzie potrzebował na pensje 500 milionów. Denis Law i Jimmy Greaves w Anglii zarabiali tak mało, że na początku lat 60. powędrowali do Włoch. Nawet George Best „playboyem” stał się dopiero wtedy, gdy jako pierwszy dostał tygodniówkę z trzema zerami, a większość jego kolegów „playboyami” nie została nigdy, bo stać ich było jedynie na trzykołowego Reliant Robin — auto tak śmieszne, że po latach Jeremy Clarkson w Top Gear wystrzelił je w kosmos.

Piłka w latach 70. była inną dyscypliną sportu. Produkowała gwiazdy jak Cruyff, czy Pele, ale nie robiła tego jak dziś: z błyskawiczną dostawą do domu i na wyciągnięcie pilota. Ludzie żyli w cyklu czteroletnim. Telewizje transmitowały tylko wielkie imprezy, a i to szału nie robiło, bo choćby w Hiszpanii w trakcie mundialu 74’ tylko 28 procent gospodarstw domowych miało telewizor. Szlak fabryce contentu przecierał Diego Maradona — pierwszy, który miał swoją firmę marketingową i miliony z reklam. Z drugiej strony to wciąż był heros starego, analogowego świata. Przyszłość dopiero nadchodziła. A wraz z nią rządy piłkarzy. Andy Warhol powiedziałby, że wkrótce każdy dostanie swoje piętnaście minut. Ewentualnie piętnaście baniek.

 

AUTOSTRADA DO NIEBA

Tamtego dnia w sierpniu 1992 roku nawet reklamowy slogan mówił, że nadchodzi nowa gra. Była Anglia rozrób i chuliganów. I nagle jej nie ma. Jest Premier League, twór nowoczesny jeszcze przed erą nowoczesności. Rupert Murdoch, właściciel stacji Sky, miał sen: puścić piłkę w świat i zrobić z niej Hollywood. Kodowana liga wyznaczyła linię statusu, a globalizacja — zasięg. Koła zębate jeszcze na dobre nie zaczęły się kręcić, a już cios kung-fu Erica Cantony wymierzony w kibica Crystal Palace stał się opowieścią powtarzaną od Brazylii po Tajwan. Telewizyjno-marketingowa rewolucja otworzyła Anglię na pieniądze całego świata. Zresztą nie tylko Anglię, bo to samo we Włoszech robił Silvio Berlusconi. Jeszcze w 1974 roku dochód wszystkich europejskich klubów wynosił 90 mln funtów, podczas gdy wpływy z biletów kinowych w Stanach — dwa miliardy. Piłka chciała tę fabrykę snów gonić i nim się spostrzegła, zostawiła ją w tyle.

Beneficjentami systemu stali się piłkarze. John Barnes już na starcie nowego ładu dostał w Liverpoolu tygodniówkę rzędu 10 tysięcy funtów, a pod Anfield podjeżdżał sportowym Astonem Martinem DV7. Pieniądze od telewizji i sponsorów oderwały grę od jej naturalnego środowiska, czyli klasy robotniczej. Nie liczyła się już tak bardzo lokalna społeczność i zysk z biletów. Chodziło wyłącznie o szklany ekran — przemianę klubów w producentów treści i wytworzenie intelektualnej otoczki — tak, by kibic klasy średniej, otwierając portfel, myślał, że przeżywa coś większego. Pensje dalej rosły, a gdy w 1995 roku wprowadzano prawo Bosmana, wręcz poszybowały. Mur runął. Od tej pory zaczyna się era piłki, jaką znamy, gdy w cukierkowym dokumencie o Cristiano Ronaldo oglądamy jego willę i garaż nieużywanych samochodów.

Wielu piłkarzy pewnie nawet nie zna tej sprawy. Korzystają z dobrodziejstw globalnej wioski, choć ta jeszcze przed sprawą belgijskiego piłkarza Marca Bosmana była dla nich zamknięta. Klub mógł zatrudniać tylko trzech piłkarzy z zagranicy. Poza tym był panem sytuacji: wiązał gracza do siebie nawet wtedy, gdy kończył mu się kontrakt. Bosman pięć lat krzyczał po sądach o unijnej zasadzie wolnego przepływu osób, aż w końcu w grudniu 1995 roku sprawę wygrał. Standard Liege nie miał prawa blokować mu kontraktu z Dunkierką. Powstał precedens, a na jego bazie wyrosła autostrada. Piłkarze odfrunęli ku lepszemu światu. Tam, gdzie klub nie ma już pozycji siły, a rosnący rynek telewizji sprawia, że to prezes musi zabiegać o gracza i pompować pensje w nieskończoność. Bawimy się tak już trzecią dekadę. Transfery jeszcze mocniej zakręciły karuzelą. Pojawili się agenci, pośrednicy i łańcuchy ludzi, pod które warto się podpinać, bo kasy jest tak dużo, że starczy dla każdego.

 

ZBIERANIE NA TACĘ

Piłkarze są sercem tej ekonomii. Z czasem w ogóle przestali siadać do rozmów, bo robią to za nich ich ludzie. Cristiano Ronaldo transferowy rekord świata bił wtedy, gdy leżał na plaży w USA. Gareth Bale pewnie grał w golfa i za nic miał strażników moralności krzyczących, że transfer za 86 mln funtów to obraza zwykłych, ciężko pracujących ludzi. Skoro przychody Realu Madryt w latach 1997-2003 zwiększyły się sześciokrotnie, to i sumy transferów zmieniły wartość. Ten balon rośnie od lat. Marc Bosman nie zrobił kariery w piłce, a potem popadł w długi i depresję. Beneficjenci rewolucji odwrotnie. Bogacili się tak szybko, że wokół nich powstały specjalne klany, jak u Neymara. Mają fikcyjne etaty i podstawowe zadanie, by w odizolowanym świecie dawać gwieździe oparcie. Dbają też o markę. Piłkarz stał się przedsiębiorstwem. W sobotę zagra mecz, w poniedziałek nakręci reklamówkę, a w środę zapozuje na Instagramie z wodą gazowaną.

Alan Shearer nie miał racji. Pomylił się brutalnie, gdy w latach 90. obwieścił, że nie będzie lepszych czasów, by zostać piłkarzem. Ta winda jechała tak szybko, że w 2000 roku Roy Keane pobił rekord tygodniówką rzędu 50 tysięcy funtów, a już za rok Sol Campbell po transferze z Tottenhamu do Arsenalu zarabiał stówkę. Wkrótce powstały pierwsze badania. W Anglii w ciągu dwóch dekad pensja przeciętnego człowieka wzrosła o 186 procent, a piłkarza o 1500. Bilet na mecz nie kosztował już czterech funtów jak w 1989 roku, a budżet płacowy z 40 procent zaczął przesuwać się bliżej granicy stu. Działała ekonomiczna wersja prawa grawitacji, czyli podaż i popyt. Tort w piłce był tak duży, że opłacało się zatrudniać coraz to lepszych i droższych piłkarzy. Okienka transferowe nakręcały konkurencję. Owczy pęd działał. Stopniowo przesuwał się też na mniejsze ligi, w tym Polskę, gdzie jakość rzadko szła z ceną. Parafrazując Shearera: nie było lepszych czasów, by zostać przeciętnym piłkarzem, a mimo to żyć jak milioner.

Piłka jest specyficzną konstrukcją. Kluby nie istnieją, by odkładać pieniądze na koncie, tylko by wygrywać trofea. Im więcej zarabiasz, tym więcej wydajesz. Bierzesz udział w chorym wyścigu, ale tego właśnie chcą ludzie. Chcą jakości i triumfów. I obgryzania paznokci, gdy karuzela transferów znowu idzie w ruch. Kluby są po to, by te emocje zaspokajać. Trudno w tym wyścigu stanąć z boku, bo można łatwo wypaść z planszy. Średnie przychody klubu Premier League z telewizji to 154 mln, a już ligę niżej tylko 28. W momencie, gdy najbogatsze rozgrywki świata docierają do 188 krajów, a na tacę daje się sześć kontynentów, nikt nie powie: „zaryzykujmy, pograjmy młodzieżą”.

 

RESPIRATOR UWAGI

Agenci dobrze znają ten układ. Piłkarz z elity jest kluczową siłą roboczą. Cała reszta ma tę siłę maksymalizować. Gracz daje umiejętności, telewizja i marketingowcy tworzą bajkę, prezes zarządza ryzykiem i patrzy, by się wszystko spinało. Za wszystko płaci kibic, często w wersji Mastercard jak uczyli w reklamach. Piłka ma tak dużo nieodkrytych lądów, że docelowo zarabiać będzie jeszcze więcej. Sugeruje to choćby książka „FactfulnessRoslinga Hansa. Nawet nie mamy pojęcia, jak duży postęp technologiczny dokonał się w krajach trzeciego świata i że one też coraz chętniej podłączają się pod ten show. Bo piłka to dziś globalny park rozrywki. Stworzyła go telewizja, a teraz upgrade wgrywa Internet. W Chinach zdobycie rocznej pensji zwykłego człowieka zajmuje piłkarzowi dwa dni, sześć godzin i 43 minuty.

Ten świat mógłby się zmienić. Kluby mogłyby umówić się na limity zarobków, tylko po co skoro na tym bazuje cały przemysł rozrywki. Na sprzedawaniu snu o lepszym życiu, planecie dla wybranych, gdzie szampan leje się gęsto, a samochody kupuje się jak w sklepie z zabawkami. Odwrócenie scenariusza zburzyłoby rynek reklamy. Piłkarz musi być jak aktor i piosenkarz. Ma budować „kościoły” fanów, a potem „sprzedawać”. Gdyby zrównać go z normalnym człowiekiem, nikogo by nie obchodził. A przecież chodzi o masy, napędzanie konsumpcji i kasę, która ma płynąć nawet z Birmy, gdy o drugiej w nocy ludzie włączają telewizor, żeby obejrzeć Ligę Mistrzów.

Dyktat piłkarza znakomicie widać w ostatnich dniach. Dom płonie, a oni niewzruszeni. Wszystkich można zwolnić, tylko nie piłkarzy. Nawet o chwilową redukcję kontraktów trzeba walczyć w mediach, bo przecież nic tak nie rusza, jak publiczny wstyd i plama na wizerunku. Wielu już to rozumie: w Niemczech zawodnicy solidarnie schodzą z budżetów, ratując szeregowych pracowników. Miliony płyną na walkę z koronawirusem. Ale są jeszcze miejsca, gdzie pan piłkarz wciąż ustąpić nie chce. Jak choćby Anderlecht — tam nawet redukcja o 1/12 wywołała oburzenie, a załatanie dziury wziął na siebie zażenowany Vincent Kompany. Problemu nie mają Anglia albo Niemcy. Mają go ligi średnie, gdzie idiotyczne kontrakty często, zamiast zarabiać klubom pieniądze, generowały długi. Potrafiły to robić nawet w czasach prosperity, więc dzisiaj tym bardziej pachnie to wszystko katastrofą.

Piłkarze naprawdę mogliby wiele problemów rozwiązać. Ich gaże wzrastały, bo wzrastał futbol. Dzisiaj, gdy stoi, widać kto gra pod siebie, gardząc klubem i ekosystemem, na którym wyrósł. Pogody dla bogaczy już nie ma. Ratować trzeba, co się da, a oni dalej przy swoim. Ograniczeni sportowym gorsetem latami słyszeli „dużo trenuj, zdrowo jedz i długo śpij”. Teraz gdy wymaga się od nich czegoś więcej, jest problem. Beneficjenci trzymają się mocno. Najczęściej ci przeciętni, którzy wiedzą, że wygrali los na loterii i ani myślą odpinać respirator.

#Koronawirus
#pieniądze
#prawo Bosmana

Najnowsze

Plan już bez białych plam. Wszystko, co trzeba wiedzieć o powrocie Bundesligi

Najpierw tydzień zbiorowej kwarantanny, później kolejne testy na obecność koronawirusa i w przyszłą sobotę derby Zagłębia Ruhry. Tak ...

#BundesBACK
#bundesliga
#liga niemiecka

Można zdobyć 10 mistrzostw i być niespełnionym? Losy niedocenionego Thiago

Po siedmiu latach w Bayernie Thiago Alcântara przedłużył kontrakt i rozważa nawet zakończenie kariery w Monachium. Zbliża się do trz ...

#Bayern Monachium
#bundesliga

Powrót nostalgicznych wspomnień i smaczki taktyczne, czyli dlaczego będę śledził Bundesligę

Niemcy dali sygnał jako pierwsi. Bundesliga wróci 16 maja i jest pierwszą z dużych lig, która podjęła konkretną decyzję dotyczącą wz ...

#BundesBACK
#bundesliga

KICK OFF newonce #3: Carragher Challenge – wersja Premier League. Przemek i Michał składają swoje drużyny

W najnowszym Kick Off newonce Przemek Rudzki i Michał Gutka podjęli się wyzwania Jamiego ...

#Carragher Challenge
#kick off

NFL Po Godzinach #5: Wspomnienie Dona Shuli, weterani NFL zmieniają kluby (PODCAST)

W ostatniej audycji NFL Po Godzinach Michał Gutka i jego goście wspominali zmarłego legendarnego trenera Miami Dolphins. Nie zabrakł ...

#Don Shula
#NFL
#NFL po godzinach

Gdzie już zakończyli ligi, gdzie walczą o powrót? Ściąga na czas pandemii

Niektórzy już zakończyli sezon, inni sposobią się do szybkiego powrotu bez publiczności, jeszcze inni chcą wpuszczać na mecze kibicó ...

#La Liga
#premier league
#serie a

DETALE I NIUANSE. U nas nie może być normalnie

Czym dłużej czekam na powrót polskiej piłki, tym bardziej męczy mnie brak powagi w niej. Wojenki o udziały, omijanie zakazów, potajemne treningi, wieczne krętactwo. Przede wszy ...

#dyrektorzy sportowi
#ekstraklasa

HIT THE BAR #8: Przyjęliśmy wyzwanie. Wybieramy nasze międzynarodowe jedenastki

Dominik Piechota i Michał Gutka w Hit The Bar na naszym kanale na YouTube podjęli się wyzwania, jakie zapoczątkował Jamie Carragher.

#Carragher Challenge
#Hit The Bar

Zielone światło od rządu. Bundesliga wraca w przyszłym tygodniu (AKTUALIZACJA)

Wszystko wskazuje na to, że Bundesliga faktycznie zostanie pierwszą ligą sportową w Europie, która wznowi przerwane przez pandemię r ...

#Bayern Monachium
#bundesliga

Elegancki sport dżentelmenów. „W snookerze zawodnicy sami przyznają się do faulów”

Tropimy przedstawicieli sportów, o których powinno się mówić więcej w naszym kraju. Po squashu przyszła pora na snookera. Tajniki te ...

#Adam Stefanów
#snooker
POKAŻ WIĘCEJ