newonce logo
POKAŻ WIĘCEJ
FOT. MICHAL CHWIEDUK / 400mm.pl

Jak jesteś pozytywny, to dobra energia do ciebie wraca. Życie nauczyło, że jeśli nie dajesz z siebie wszystkiego albo jesteś dla kogoś nie w porządku, to prędzej czy później wyjdzie – mówi nam reprezentant Polski i obrońca Dynama Kijów Tomasz Kędziora.

DOMINIK PIECHOTA: Zostałeś uziemiony w Kijowie, tak jak my wszyscy?

TOMASZ KĘDZIORA: Tak samo, w połowie marca rozegraliśmy ostatni mecz z Desną. Mieliśmy dostać po nim dwa dni wolnego, a zamiast tego przyszła informacja, że jest zakaz wychodzenia z domów. Baza treningowa została zamknięta i siedzimy w mieszkaniach.

 

Utrzymujecie jakoś formę?

Mamy grupę całej drużyny na Whatsappie, na której trener od przygotowania fizycznego wysłał nam program z ćwiczeniami w domu. Na ile pozwala pomieszczenie domowe, na tyle ćwiczymy. Można też wybrać się do lasu, aby pobiegać w samotności.

 

W jakim stopniu może to zastąpić normalny trening?

Wiesz, w domu wykonujemy bardziej ćwiczenia siłowe. Możesz zrobić odrobinę kardio, ale w rzeczywistości nic nie zastąpi treningu na boisku. Najwięcej myślę daje bieganie w lesie, gdzie nie ma ludzi. Wtedy wysiłek tlenowy jest większy, istnieje jakaś szansa na pozostanie w formie.

 

Koronawirus od dawna był tematem numer jeden w szatni Dynama?

Odkąd zaczęło się o nim robić głośno w mediach społecznościowych. Wtedy rozmowy przeniosły się też do szatni. Już przed wcześniejszą kolejką, gdy przyszło nam grać bez kibiców, nie za bardzo chcieliśmy to robić. Wszystkie ligi na Zachodzie stanęły, nikt nie grał w piłkę, a u nas rozgrywki dalej trwały. I to bez fanów. Tym bardziej nie widziałem w tym żadnego sensu, skoro nikt nie mógł przyjść nas oglądać.

 

Naciskaliście jakoś na klub, może szefowie sami działali, aby wstrzymać ligę?

Czekaliśmy na decyzję federacji, bo wszystko odbywało się na górze. Wiedzieliśmy, że decyzje są podejmowane i to musi pójść w jedną albo drugą stronę. Zagraliśmy jeszcze w niedzielę 15 marca, a zaraz po tym zawiesili ligę ukraińską.

FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

 

A jak sytuacja na Ukrainie poza piłką? To jeden z krajów, który najpóźniej reagował na sytuację.

Najpóźniej, bo na dobrą sprawę długo nie było tutaj zachorowań. Mówiło się tylko o przypadku jednego człowieka przy granicy z Rumunią, który przyjechał z zagranicy. Jak zawieszali rozgrywki, to było 26 przypadków zakażonych. Teraz po dwóch tygodniach jest ich 418. Galerie handlowe i restauracje zostały zamknięte, tylko sklepy są czynne. Do autobusów może wchodzić po dziesięć osób. Również starają się to wszystko zatrzymać [po naszej rozmowie Ukraina wprowadziła stan nadzwyczajny – przyp. red.].

 

Zdaje się, że po nakazie, aby zostać w domach, bary nadal były pełne, dzieciaki normalnie grały w piłkę na podwórkach.

W pierwszych dniach nikt nie zdawał sobie sprawy ze skali zagrożenia, dopiero po orędziu prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego i mera Kijowa Witalija Kliczko to się zmieniło. Powiedzieli, że wszystko ma być zamknięte, kina, galerie, więc dopiero wtedy wszystko stanęło. Ale wcześniej ludzie normalnie przemieszczali się, dzieci były na placach zabaw, nie do końca to było przestrzegane.

 

Po kilku dniach w zamknięciu narzekasz na nudę?

Jestem człowiekiem, który nie lubi bezczynnie siedzieć w domu. Zawsze chcę coś robić, więc to odczuwalne. Tym bardziej bez treningów, chciałoby się jakoś tę energię spożytkować. Niestety, to trudny czas dla nas wszystkich, ale staram się go wykorzystywać jak mogę. Trenuję w domu, jeżdżę pobiegać w lesie, czytam, wymyślam sobie najróżniejsze zajęcia, na które wcześniej nie miałbym czasu.

 

Mogliście też przekonać się, że piłka nożna bez kibiców to zupełnie inna dyscyplina. Na Ukrainie grało się przy pustych trybunach.

Dynamika i intensywność takich meczów są zupełnie inne. Gramy dla kibiców, a kiedy ich nie ma, brakuje również tej adrenaliny, tych samych emocji. Czuliśmy się, jakbyśmy grali mecze towarzyskie. Bez fanów atmosfera zdecydowanie jest słaba. Wy, dziennikarze, możecie przynajmniej posłuchać, o czym rozmawiamy, jak sobie podpowiadamy, bo wtedy wszystko słychać. Trudno jednak się gra bez wsparcia trybun.

 

W ekstraklasie dawali wytyczne, aby nie przeklinać, bo wszystko niesie się w transmisjach.

To normalne. Tyle jest tych emocji najróżniejszych, pozytywnych, negatywnych, że czasem człowiek nie wytrzymuje. Trochę tych przekleństw pada.

 

Przerwali na Ukrainie sezon, który dla Dynama jest zupełnie nieudany. Możemy go prześledzić?

Zaczęliśmy nieźle, bo wygraliśmy Superpuchar Ukrainy, ale to był jedyny taki sukces. Później graliśmy w eliminacjach Ligi Mistrzów z Club Brugge. Powinniśmy awansować, to był rywal jak najbardziej do przejścia. W Belgii przegraliśmy 0:1, ale mieliśmy swoje sytuacje, które powinniśmy wykorzystać. Ostatecznie przyjechaliśmy bez gola na wyjeździe. W Kijowie też zaczęliśmy udanie, bo szybko wyszliśmy na prowadzenie, oni przed przerwą odpowiedzieli. Tamten mecz był bardzo otwarty i wyrównany, nawet nie powiem Ci dzisiaj jakim wynikiem się skończył [3:3 – przyp. red], ale zabrakło nam trochę, aby wejść do fazy grupowej Ligi Mistrzów.

 

I po tym trener Alaksandr Chackiewicz został zwolniony.

Doszło do zmiany trenera, przyszedł Ołeksij Mychajłyczenko z całkiem innymi metodami szkoleniowymi. Nasza gra się zmieniła, ale też nie wyszliśmy z grupy Ligi Europy. Wcześniej to się nie zdarzało. Odkąd jestem w Dynamie, przez dwa poprzednie sezony wychodziliśmy do fazy pucharowej i to z pierwszego miejsca, więc rzeczywiście to było rozczarowanie. W lidze Szachtar odjechał nam na 13 punktów, Zoria ma tyle samo co my, więc nie układa się to po naszej myśli.

 

Można to wytłumaczyć?

Jestem w środku tej drużyny, więc nie chciałbym niczego wynosić. Mam swoje przemyślenia, ale przecież ja jestem od grania i od wykonywania poleceń trenera. Przygotowuję się jak najlepiej do kolejnych spotkań i nie chciałbym oceniać, czemu nie osiągamy dobrych wyników.

FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

 

Powiedziałeś, że wyraźnie zmieniły się metody treningowe. Co się za tym kryje?

Każdy trener ma swoje pomysły. U każdego pracuje się inaczej. Przeżyłem kilku tych trenerów w swoim życiu, w Lechu czy w Dynamie, więc przystosuję się do każdego. Metody się różnią, ale też są dobre. Są mecze, w których gramy dobrze, a są takie, w których chcielibyśmy zdecydowanie inaczej. Jesteśmy nierówni, tracimy głupio punkty, które powinny być dla nas ważne.

 

Poczytałem opinie o Mychajłyczence. Wychowanek klubu jeszcze z czasów ZSRR, oddałby serce za Dynamo Kijów, ale eksperci na Ukrainie mówią, że jest przedstawicielem starej szkoły.

Nie wiem, jak to było kiedyś ani jak wyglądała stara szkoła, bo jestem jeszcze stosunkowo młody. Mogę powiedzieć, że rzeczywiście w trakcie okresu przygotowawczego więcej biegaliśmy bez piłki niż u poprzedniego trenera.

 

Widzisz piłkarsko przepaść między wami a Szachtarem?

Patrząc na nasze drużyny, można powiedzieć, że Szachtar się nie zmienia. Grają tam ci sami zawodnicy, a raczej drużyna jest wzmacniana. Od nas przez prawie trzy lata odeszło sporo jakościowych zawodników: Domagoj Vida poszedł do Besiktasu, Dieumerci Mbokani grał w Premier League, a najlepszy strzelec ligi ukraińskiej Junior Moraes trafił do Szachtara od nas. Trochę tych ubytków było, a w Szachtarze trzon drużyny się utrzymuje, więc w tym można szukać powodów, dlaczego nam tak odjechali.

 

Jeżeli wznowilibyście rozgrywki, gra będzie się toczyć już tylko o wicemistrzostwo. Jak to zostanie przyjęte w klubie?

Jako duże rozczarowanie. W każdym sezonie Dynamo musi walczyć o mistrza, a nam zostaje tylko i aż walka o wicemistrzostwo, aby zagrać w eliminacjach Ligi Mistrzów. To będzie najważniejsze, jeśli jeszcze dane nam będzie zagrać. Jesteśmy jeszcze w półfinale Pucharu Ukrainy, bo wyeliminowaliśmy Ołeksandriję tuż przed zatrzymaniem rozgrywek. Dwa razy potrzebowaliśmy dogrywek w pucharze, ale jesteśmy w grze o trofeum.

 

W tym spotkaniu miałeś decydującą asystę w dogrywce, kiedy zagrałeś do Wiktora Cyhankowa. Ale to dopiero trzecia w tym sezonie, w poprzednich latach miałeś lepsze liczby w ofensywie.

Ale za nami dopiero połowa sezonu, zostało jeszcze tyle grania, że zdążyłbym poprawić swoje wyniki. Dopiero rozpoczęliśmy wiosnę. Poza tym, z tymi liczbami nie jest aż tak źle u mnie. Jak porównuję się z innymi prawymi obrońcami, to niektórzy nie mają w ogóle asyst ani bramek, a jednak ja zawsze gwarantowałem liczby z przodu. Aż ostatnio sprawdzałem na Transfermarkcie – zdaje się, że mam 24 asysty i 15 goli, czyli to wcale nie jest zły wynik.

 

Wliczają też wywalczone rzuty karne, czasem sytuacje kiedy tylko podasz komuś piłkę, a on zrobi całą robotę, ale rzeczywiście nie ma się czego wstydzić.

Zależy jak kto definiuje asystę, wiadomo, ale przynajmniej to jakieś konkretne źródło. Sprawdzałem to z czystej ciekawości, bo mam już ponad 250 rozegranych spotkań w seniorskiej piłce. Tylko klubowej. W takiej reprezentacji zagrałem w dziewięciu meczach kwalifikacji do Euro i miałem dwie asysty, więc to też nie jest zły rezultat. Mogło być jeszcze więcej, zwłaszcza w dwóch ostatnich meczach. W Izraelu zagrywałem do Sebka Szymańskiego, a ze Słowenią wycofałem piłkę do Piotrka Zielińskiego, kiedy Jan Oblak obronił jego strzał. Eliminacje naprawdę były dla mnie udane. Nie jest tak źle w tej ofensywie, na pewno brakuje mi bramki w klubie, bo jednak w każdym sezonie coś strzelałem, więc powinienem to podgonić.

 

Najczęściej udawało się przy stałych fragmentach gry.

Zgadza się, jakaś głowa czy noga, w tamtym sezonie zdobyłem cztery bramki, teraz jeszcze nic nie chciało wpaść, więc muszę się podciągnąć.

 

Ver esta publicación en Instagram

 

⚪️🔵⚪️🔵➕3️⃣#football #ukraine #team #goodwin

Una publicación compartida por Tomasz Kędziora (@tkedziora94) el

 

Zawsze grałeś wszystko od dechy do dechy. W Lechu, w młodzieżówce, w Dynamie, a teraz w tym sezonie pięć razy siadłeś na ławce rezerwowych. To zaskakująca, nowa sytuacja?

Jakby się na tym skupić, to nie grałem tylko ze słabszymi rywalami. We wszystkich najważniejszych meczach czy w europejskich pucharach, zawsze byłem na boisku. W Superpucharze czy Pucharze Ukrainy tak samo od początku. Jak do tej pory zagrałem 29 spotkań, więc też nie można powiedzieć, że to mało. Czasem trener pytał mnie, czy chcę wystąpić w jakimś spotkaniu, czy czuję zmęczenie, czy nie. Czasem sam zadecydował, że ktoś inny zagra. Chodziło tylko o rotacje, bo założył sobie, że będzie zmieniał. Tylko Wiktor Cyhankow grał we wszystkich meczach, a reszta podlegała rotacji.

 

W trakcie sezonu wyszła informacja od jednego z ukraińskich dziennikarzy, że jesteś na liście do odejścia, bo Dynamo chce zrobić czystkę wśród obcokrajowców. Później została powielona w Polsce. Jak zareagowałeś, kiedy na nią trafiłeś?

Przeczytałem ją, ale szczerze mówiąc, to nikt z klubu ze mną nie rozmawiał. Gdyby rzeczywiście ktoś miał takie plany, to puściliby mnie zimą do innego zespołu. Było bardzo mocne zainteresowanie klubu z lepszej ligi, ale Dynamo mnie nie sprzedało, kluby się nie dogadały. A że ktoś wymyśla sobie historię, że mnie nie chcą, to już nic na to nie poradzę. Dlaczego niby nagle rozpoczynam wiosną sześć meczów z rzędu w podstawowym składzie? Czasem tak jest. Ktoś wypuści jakąś informację, sam nie jest do niej przekonany, nie wiadomo skąd ją wziął. I nagle zaczynają się o tym rozmowy.

 

Możesz zdradzić, jaka to była liga?

Wolę o tym nie rozmawiać. Temat może jeszcze wrócić w lecie i wtedy wszystko się otworzy.

 

Marzeniem niezmiennie pozostaje Premier League?

Każdy piłkarz chciałby grać w najlepszej lidze świata, a dla mnie to właśnie angielska. Zazdroszczę Jankowi Bednarkowi, że mu się udało i gra w tak świetnym klubie. Trafił tam przez ciężką pracę. Bardzo mu kibicuję. Zobaczymy, co czas przyniesie.

 

Często pytasz go, jak to jest rywalizować na takim poziomie?

Mamy bardzo dobry kontakt. Zawsze jak się widzimy czy dzwonimy do siebie, to rozmawiamy o tym. Jestem bardzo ciekaw, jak się rywalizuje w Premier League. Janek jest otwarty i odpowiada na moje pytania. Największa różnica to szybkość gry. Miał porównanie, jak to wygląda w Polsce. Przeskok niesamowity, jak toczy się gra. Tak samo indywidualna jakość zawodników, całkiem inny poziom.

 

Masz jakichś prawych obrońców, których podglądasz?

Zawsze patrzyłem na Łukasza Piszczka. Dalej jest w dobrej formie, nadal pokazuje się w Borussii Dortmund, choć teraz grają innym ustawieniem z trójką środkowych obrońców, on stał się jednym z nich. Jak był w swoim najlepszym czasie, w prime time, kiedy grał z Kubą Błaszczykowskim na jednej stronie, to uwielbiałem go oglądać. Robili świetną robotę, Borussia też grała kapitalną piłkę, wtedy często go podglądałem.

 

Ver esta publicación en Instagram

 

Tę zmianę zapamiętam na długo… Szacunek, Piszczu! 🙌🇵🇱 @lukaszpiszczek_lp26 #ReprezentacjaPolski #LaczyNasPilka #POLSVN #LukaszPiszczek 🔁 #TomaszKedziora

Una publicación compartida por Tomasz Kędziora (@tkedziora94) el

 

Jaką cechę wziąłbyś od Piszczka z jego prime’u?

Wszystko, dosłownie wszystko. Nie ma takiej rzeczy, którą bym wyróżniał, ale w każdym aspekcie był na topowym poziomie.

 

Jak klasyfikujesz swoje marzenie o Premier League? Realne, Kwestia czasu, jeszcze dużo się musi wydarzyć?

Trudno mi odpowiedzieć. Będę robił wszystko, aby się rozwijać i wykorzystać swój potencjał. Przez dobrą grę w klubie i reprezentacji mogę się pokazać i trafić do lepszej ligi. Chcę być lepszy każdego dnia, a jak to się skończy, to już bardziej zależy od losu.

 

Liga ukraińska również się rozwija?

Otoczka i tworzenie dnia meczowego w Polsce są na znacznie wyższym poziomie. Realizacja ligi przez stację telewizyjną w naszym kraju to niebo a ziemia. A jeżeli chodzi o sam poziom, to kilka drużyn jak Zoria czy Ołeksandrija byłyby w czubie naszej ligi. One byłyby wysoko, a reszta jest na porównywalnym poziomie. Myślę, że mniejsze kluby polskie i ukraińskie mogą funkcjonować podobnie. Za to Szachtar i Dynamo w Polsce byłyby bezkonkurencyjne.

 

Zastanawia mnie otoczka, bo przecież niedawno była afera rasistowska z Taisonem, który był obrażany, popłakał się i dostał czerwoną kartkę za kopnięcie piłki w kibiców.

Nieprzyjemna sprawa akurat w naszym meczu. Wszyscy słyszeliśmy, co do niego krzyczeli, co się wydarzyło. Nie powinno być miejsca na takie sytuacje. Rozumiem emocje Taisona, to nic przyjemnego, co go spotkało.

 

Liga jakkolwiek zareagowała?

Później graliśmy przez to bez kibiców. Stadion został zamknięty i musieliśmy jako klub zapłacić karę pieniężną.

 

Ty Taisona znasz, żyjecie po sąsiedzku?

Akurat mieszkam teraz w innym miejscu, ale w tamtym roku żyłem na osiedlu, gdzie można było spotkać mnóstwo zawodników Szachtara i Dynama. Nasze drogi ciągle się krzyżowały. Witaliśmy się, pytaliśmy jak leci, raczej tak to wyglądało niż tworzenie jakichś wielkich przyjaźni. Szkoda mi go, bo każdy człowiek przejąłby się taką sytuacją na tle rasistowskim.

 

Wasz kontakt to po prostu spotkanie w drodze po bułki czy są tam też wbijane szpileczki? Jednak rywalizujecie o mistrzostwo.

Raczej nie, to oni zwykle byli wyżej w tabeli, więc nie było żadnych tekstów podsyconych szyderką. Głównie na tym osiedlu żyją Brazylijczycy i zagraniczni zawodnicy.

 

Jak mocno różnią się szatnia polska i ukraińska?

Jest podobnie. To jednak ten sam humor grupy mężczyzn uprawiających sport, mających podobne doświadczenia i przemyślenia. Nie brakuje uszczypliwości, jak to w zespole. A tak dosłownie to szatnia się różni, bo w Dynamie każdy ma swój pokój. Nie ma takiego pomieszczenia stricte nazywanego szatnią, gdzie wszyscy by przesiadywali. Przyjeżdżasz do ośrodka treningowego, masz tam swój pokój, później idziesz na piętro, gdzie pracują fizjoterapeuci. Możesz spędzać czas u siebie, na siłowni, na salce rozgrzewkowej. Dopiero przed samym treningiem idziemy do pomieszczenia, gdzie przebieramy korki, być może je nazwałbym szatnią. Stamtąd wychodzimy na zajęcia.

 

To nie przekłada się na atmosferę?

Nikt nie siedzi w pokoju, tylko spotykamy się na piętrze. U fizjoterapeutów czy w siłowni. Raczej nikt nie jest taki, aby leżał na łóżku i czekał do samego treningu w samotności. Wszyscy spędzamy czas wspólnie. Mamy fajną, młodą drużynę z otwartymi ludźmi, więc dobrze zadbaliśmy o zbudowanie atmosfery. Nikt nie ma problemu, nikt się przed nikim nie zamyka.

FOT. MICHAL CHWIEDUK / 400mm.pl

 

Najbardziej przyjaźnisz się z Benjamin Verbiciem. Jesteście z jednej ekipy, ale też mieliście to szczęście rywalizować przeciwko sobie w eliminacjach Euro, gdy graliśmy ze Słowenią. Było sporo nakręcania się?

Benjamin dużo rozmawiał, zwłaszcza po tym pierwszym meczu, kiedy z nami wygrali. Mówiłem mu tylko: spokojnie, Verba, pojedziecie na Macedonię, żebyście tylko tam wygrali. Oczywiście przegrali i wtedy można powiedzieć stracili realne szanse na wyjście z grupy. Później przegrali z nami w Warszawie, więc już nie był taki wielki jak po pierwszym spotkaniu. Ja się tyle nie odzywałem. Powtarzałem mu: spokojnie, zobaczymy, spójrz w tabelę, gdzie jest Polska, a gdzie Słowenia. I to zamykało temat. Jak miał swój czas, to lubił sobie pogadać.

 

Ty też lubisz sobie pogadać na boisku? Nawtykać komuś?

Raczej nikogo nie obrażam. Może jak wydarzy się coś, co mi nie podpasuje, to powiem swoje zdanie. Ale pierwszy nikogo nie obrażałem, nie czekałem na nikogo. Tym bardziej, że takie boiskowe sprawy zaraz po meczu znikają.

 

Z kim miałeś takie starcia?

Kiedyś w Poznaniu zdenerwował mnie Peszkin. Wszystko zaczęło się od Rafała Wolskiego, co chwilę się przewracał, więc powiedziałem mu, aby wstawał i tyle nie udawał. Wiadomo tylko, że w nieco innych słowach. Sławek Peszko podbiegł, zaczęliśmy rozmowę, rzuciłem mu, aby nie grał piłkarza. Tak to się potoczyło. Zaraz jeszcze była przerwa, kiedy trener Nenad Bjelica się do tego włączył. Ale tam też nie było jakiegoś specjalnego obrażania się. W zasadzie powiedziałem, aby nie grał piłkarza i się wielce oburzył. Dalej poleciało kilka wyzwisk, coś do wypikania, nakręciło się. Ale nie było większych problemów, sprawę między nami zakończyliśmy na reprezentacji. To boisko, emocje, trudno utrzymać nerwy, czasem powie się za dużo, ale po meczu nie ma większych zgrzytów. Rzadko się zdarza, że ktoś na kogoś czeka i jeszcze chce coś wyjaśniać.

 

W szatni Dynama miałeś kilka kolorowych postaci, które zapamiętasz na długo.

Trochę lat gram w piłkę, więc sporo ich było. Kilku takich chłopaków przez szatnię się przewinęło. Od Nickiego Bille Nielsena w Poznaniu, przez Carlosa Zambrano w Kijowie, po Denysa Harmasza. Dieumerci Mbokani też jest kolorową postacią. Raczej się nie nudzisz w szatniach piłkarskich.

 

Z czego ich zapamiętałeś, co da się zacytować?

Właśnie najbardziej zapamiętujesz ludzi z sytuacji, których nie możesz potem opowiedzieć, bo nie wypada. Zambrano przyszedł do nas z Rubina Kazań, przyjechał z nadwagą, pyzowaty, grubiutki, trenował indywidualnie, później zagrał mecz w rezerwach, ale zaczęły się z nim… różne dziwne kontuzje. Do końca nikt nie wiedział, czy jest piłkarzem pierwszej drużyny, czy trenuje w rezerwach. Trochę popracował u nas, później nie trenował, gdzieś wylatywał, nie było go w ogóle w klubie… no ciężko powiedzieć, o co w ogóle z nim chodziło.

 

Mbokaniego też za dużo nie było na treningach, ale jak mu się chciało, to klasa.

Jeden z lepszych zawodników jakich miałem w drużynie. Mega dobry piłkarz, ale czasami mu się nie chciało na treningach. Sporo dziwnych sytuacji było w Poznaniu z Nickim Bille. Gonili go gdzieś na rynku, różne takie historie. Zresztą mieszkał w samym centrum Poznania na Starym Rynku, dosłownie tam wynajął mieszkanie, więc to też wiele mówi o piłkarzu. Przyjeżdża do zagranicznego klubu, a wynajmuje mieszkanie zaraz obok życia nocnego.

 

Zdarzało się go wyciągać z tarapatów?

Aż tak to nie, ale na pewno zdarzyło mu się kilka nieprzyjemnych historii.

 

Ver esta publicación en Instagram

 

💏👫#kyiv #ukraine #capitol #maidan

Una publicación compartida por Tomasz Kędziora (@tkedziora94) el

 

Ty na Ukrainie miałeś jakieś sytuacje, których z początku trzeba było się nauczyć?

Raczej nic mnie mocno nie zaskoczyło. Z początku z wejściem do drużyny pomagał mi mocno Tamás Kádár, bo większość zawodników nie mówiła po angielsku, a on rozmawiał biegle. Nadal mamy świetny kontakt. Akurat odszedł do Chin, notabene podpisał kontrakt w trakcie największego rozwoju koronawirusa w Chinach. Ale teraz się uspokoiło, niedługo ma wylatywać, więc rozegrał to idealnie. Na obozie miał małą scysję z trenerem, zimą odesłali go do rezerw, więc tak to się poskładało, że mógł zmienić klub. Myślę, że jest zadowolony ze swoich wyborów.

 

Odnalazłeś się błyskawicznie na Ukrainie. Widzieliśmy się w Kijowie w majówkę, to czułeś się jak u siebie.

Szybko nauczyłem się rozmawiać po rosyjsku, więc złapałem kontakt ze wszystkimi. To mi najbardziej pomogło w odnalezieniu się. Wyjeżdżając, lekkie obawy były, bo przecież siedem lat grałem w Lechu, a tu pierwszy wyjazd zagraniczny. Zmiana kraju, otoczenia, były wątpliwości, ale po przyjeździe na miejsce wszystko zaczęło się układać tak jak chciałem.

 

Zdarzało ci się mylić słówka, bo przestawiłeś się na mówienie po rosyjsku. Zresztą znalazłeś też w Kijowie partnerkę.

Naprawdę się wszystko super poskładało. Jak mówisz, dziewczynę też mam stąd. Akurat teraz chodzi na kurs polskiego, więc w końcu w domu mogę porozmawiać w ojczystym języku. Już całkiem nieźle sobie radzi, zresztą są podobne, więc łatwo można się ich nauczyć. Jest więcej tej praktyki. Cieszę się, że tak to się poukładało w nowym miejscu.

 

W takim życiu razem, jest coś co ciebie lub ją zaskakuje? Mam na myśli zwyczaje, kulturę.

Mentalitet nasz… sorry, mentalność nasza i Ukraińców jest bardzo podobna. Nasze nacje miały różne trudne momenty w historii, ale przed nimi Polak i Ukrainiec żyli jak sąsiedzi. Myślę, że jesteśmy do siebie bardzo podobni.

 

Sytuacja polityczna dawała się we znaki?

Nie odczułem, aby było niebezpiecznie. Przez te trzy lata, odkąd jestem w Kijowie, nic takiego się nie działo, co wpłynęłoby na codzienne życie. Raz jakiś szaleniec biegał po moście z pistoletem, więc zamknęli most. Nie przechadzałem się tam, ale stworzył się korek na całe miasto, więc wszyscy się o tym dowiedzieli. Ale żyje się spokojnie.

 

Lecha śledzisz na bieżąco?

Oglądam każdy mecz.

 

Skąd taki dobry kontakt z młodą ekipą? Tymkiem Puchaczem i resztą?

To jeszcze głębsza historia. Mój tata i jego tata grali razem w piłkę, więc mówimy do swoich ojców per wujek. Znamy się z dzieciństwa od małego. Puszka jeszcze leżał w kołysce, kiedy widziałem go po raz pierwszy, dlatego do dzisiaj mamy taki kontakt. 

 

Z pozostałymi z młodej gwardii też?

Najlepszy z nim, ale trzymam się też z młodym Skrzypą, to znaczy Mateuszem Skrzypczakiem. Kamila Jóźwiaka pamiętam jeszcze z mojej szatni. Z tą trójką mam najlepszy kontakt.

 

Funkcjonują trochę na twoich podpowiedziach? To znaczy często zwracają się z jakimś problemem do starszego kolegi?

Aż tak to nie, że – jak to powiedziałeś – żyją na moich zasadach. Wiadomo, że jeśli mają jakiś problem, to zawsze mogą do mnie zadzwonić i pogadamy na każdy temat, chętnie podpowiem czy podzielę się swoim doświadczeniem, ale oni sami dobrze budują tę szatnię. Zaczęli dobrze grać na wiosnę, więc atmosfera też na tym zyska. Jest młodość i duża ochota do gry, nie trzeba tam robić porządków. Też nie jestem w środku, ale z zewnątrz wygląda to całkiem obiecująco.

FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

 

Co myślałeś, kiedy pojawiła się informacja, że Lech miałby zagrać z Legią przy pustych trybunach?

Najgorzej. Akurat takie spotkanie i miałoby zostać rozegrane bez kibiców. Ale pamiętajmy, że akurat wtedy epidemia pojawiła się też w Polsce, więc może i lepiej, że takie były decyzje. Koronawirus mógłby rozprzestrzenić się jeszcze bardziej, ktoś by zachorował, mogłoby tylko dojść do tragedii.

 

Zaznaczałeś zawsze mecze z Legią na czerwono w kalendarzu?

Może nie zaznaczałem, ale zawsze sprawdzałem, w jakiej kolejce z nimi gramy. Wtedy też musiałem bardziej uważać na kartki, aby się przypadkiem nie wykluczyć. To prawie jak zaznaczanie w kalendarzu. Cała otoczka tego meczu robi wielkie wrażenie. Dla chłopaków, którzy wychowywali się w Lechu, to specjalny mecz. Niezależnie, czy na wyjeździe, czy przy Bułgarskiej.

 

Pompowaliście się przed nim cały tydzień?

Nawet nie było takiej potrzeby, bo po każdym zawodniku od razu widać, jak czekał na to spotkanie i odliczał dni do jego rozegrania.

 

Jakie były twoje najbardziej pamiętne chwile z meczów z Legią?

Kiedy wygraliśmy u siebie w 2015 roku, a Barry Douglas strzelił gola bezpośrednio z rzutu wolnego. Zdaje się, że skończyło się 2:1. W tamtym sezonie zdobyliśmy mistrzostwo. Później nasze zwycięstwo 3:1 w Superpucharze w Poznaniu, kiedy zdobyłem bramkę otwierającą mecz. Mam kilka dobrych wspomnień, nasze mecze zawsze były wyrównane, nie dominowała tylko jedna drużyna. Natomiast pamiętam do tej pory jak nas na Legii oszukali. Szymon Marciniak nie odgwizdał metrowego spalonego Kaspera Hämäläinena, zaliczył im bramkę w końcówce i przegraliśmy. O tym pamiętam bardzo dobrze.

 

Wypominałeś mu to?

Zaraz po tym spotkaniu tak. Sędziował nam 2-3 mecze później, więc mu to wypominałem. Ale żyjemy teraz bardzo dobrze. Wiadomo, że błędy się zdarzają, ale tamten został mi w pamięci do tej pory. Jakoś siedzi w głowie.

 

Z perspektywy piłkarza rozmowa z sędziami w trakcie meczu jest ważna?

Staram się rozmawiać z arbitrami, ale w pozytywny sposób. Nie mówię im, że coś zrobili źle, bo to nam nigdy nie pomoże, ale kiedy podejmą dobrą decyzję, to na przykład ich chwalę. Dla takiego sędziego to też lepsze, że nikt mu nie pyskuje, tylko właśnie go pochwali. Wiadomo, że jak mam swoje zdanie, to też się nim chętnie podzielę. Może on wtedy sam pomyśli… zaraz, zaraz, wcześniej mnie chwalił, teraz się nie zgadza. Może akurat pomyśli, że rzeczywiście miałeś rację, a nie on. Trzeba czasem budować więź z sędziami, szukać z nimi dobrej energii.

 

Wtedy możesz ugrać znacznie więcej?

Myślę, że jak jesteś pozytywny, to dobra energia do ciebie wraca.

 

Ver esta publicación en Instagram

 

Dobry wieczór ❤️☺️ #dinner #datenight

Una publicación compartida por Tomasz Kędziora (@tkedziora94) el

 

Powiedz, jak to jest mieć ojca trenera?

Bardzo fajne uczucie. Jak byłem mały, to tata rzadko bywał w domu, bo jeszcze grał na poziomie drugiej i pierwszej ligi. Zawsze był gdzieś na treningach, obozach, więc tak naprawdę to mama uczyła mnie pierwszych kroków z piłką. Z nią pamiętam pierwsze podrygi. Później jak tata zaczął pracować w UKP Zielona Góra, to jeździłem z nim na treningi. Trenowałem z rocznikiem o cztery lata starszym. Na początku byłem za mały, więc w rzeczywistości to bardziej bawiłem się piłką niż z nimi grałem. Mieli po 8-9 lat, kiedy zaczynali, a ja około 4-5, więc różnica była zbyt spora. Dopiero po czasie powstała grupa rocznika 1994, gdzie przez całą przygodę w Zielonej Górze trenował mnie trener Piotr Żak.

 

Ojciec-trener pomagał czy bardziej wywoływał poczucie niesprawiedliwości? Musiałeś pokazywać więcej?

Wymagał ode mnie sporo na treningach. Raczej był wymagającym szkoleniowcem, przywiązywał dużo uwagę do szczegółów. Z tego co jeszcze pamiętam, był dobrym motywatorem. To były dobre czasy. Kiedy graliśmy w juniorach młodszych, zajęliśmy nawet trzecie miejsce w Polsce, eliminując wtedy Legię. I to jako zespół z Zielonej Góry. Grałem ze starszym rocznikiem, ale nikt nigdy nie powiedział mi, że znalazłem się tam dzięki ojcu, tylko właśnie dzięki umiejętnościom.

 

W takim razie tata jest konkretnym fachowcem, może powinien dostać pracę gdzieś wyżej?

Raczej nawet by nie chciał. Miał kiedyś propozycję, aby pracować z seniorami w Zielonej Górze, ale wolał zostać z dziećmi i pracować przy szkoleniu. Takich trenerów też potrzeba. Każdy ma swoje ambicje. On miał jeszcze inną pracę oprócz tego, że trenował młodzież. Miał też inne rzeczy, więc wybrał trenowanie dzieci.

 

Pan Mirosław dobrze czyta grę? Często dzwoni i ocenia twoje spotkania?

Akurat pod tym względem zawsze się z nim zgadzam. Ma dobre oko i zna się na rzeczy. Aż tak mnie nie krytykuje, czasem powie, kiedy coś mu w mojej grze nie pasuje. Wytknie to zawsze, ale stara się szukać pozytywów. Abym nie rozpamiętywał, o tym co było źle i przygotował się właściwie do kolejnego meczu. Zawsze do siebie dzwonimy po meczu i dzieli się przemyśleniami. Śledzi ligę ukraińską z mamą, więc to dobry ekspert. Wiele osób jej nie ogląda, więc śmiało mógłby siedzieć w studiu TVP Sport i wypowiadać się na jej temat.

 

Jak wchodziłeś do seniorskiej piłki, to wiele miałeś zachowań, których z biegiem lat się oduczyłeś?

Wiele zmieniłem pod względem przygotowania motorycznego, przygotowania do treningu, tego jak się odżywiam. Bardziej pod tym względem, bo na początku nie miałem takiej świadomości. Na boisku mniej gadam do sędziów, rzadziej zajmuję się komentowaniem ich decyzji.

 

Kijów mocno Ci się spodobał? Wsiąknąłeś w to miasto?

Przede wszystkim odnalazłem tu swoją miłość. Podoba mi się, ale też nie jesteśmy tacy, aby ciągle chodzić po restauracjach czy jakichś imprezach. Raczej spędzamy czas w wąskim gronie znajomych. Czasem wyjdziemy, ale ze zdrowym rozsądkiem. Co do samego Kijowa – poznałem go dość dobrze jeszcze przed spotkaniem Viktorii, więc akurat nie musiała mnie oprowadzać.

 

Polecasz znajomym przyjazd?

Jak najbardziej, zwłaszcza że to blisko z Polski. Godzinka z Warszawy, godzina i 40 minut z Poznania. Jak najbardziej zapraszam. Akurat kumple z piłki jeszcze nie mieli okazji przylecieć, bo zawsze się mijamy. Jak przerwa na kadrę, to jestem na reprezentacji. A tak to zawsze gramy w tym samym czasie. Paradoksalnie nie jest tak łatwo się zgrać.

 

Jesteś zaangażowanym uczestnikiem środowiska hip-hopowego czy po prostu słuchasz muzyki?

Bardziej słucham, nie śledzę już, nie jestem tak na bieżąco. Mam kilku swoich wykonawców, z którymi jestem związany. Paru raperów ze starej gwardii, nowości do mnie nie przemawiają. Przed meczami często leci Paluch, ale lubię też inne gatunki. Czasem coś szybszego, czasem klasyczny Rysiu Peja. Kiedyś miałem taką swoją piosenkę – Randori. Lubiłem to przed meczami. Trzymam się klasyki.

Masz swoje wersy, które prowadzą cię przez życie?

Kiedyś bardziej zwracałem na to uwagę. Oczywiście, że patrzę na przekaz, sprawdzam teksty, ale kiedyś żyłem tym mocniej. Lubiłem wchodzić na strony internetowe, czytać teksty, myśleć nad nimi, bo jak ktoś szybko nawija, to nie złapiesz wszystkiego. Jak byłem młodszy, to coś wycinałem, wklejałem pod zdjęcia jako motto, takie to były czasy.

 

Taki okres buntu i potrzeba mocnego przekazu?

Wiesz, czasy gimnazjum. Każdy tak miał. Słuchałem sporo Soboty, wielu było tych wykonawców. Byłem mocno przesiąknięty rapem. Na osiedlu słuchali go wszyscy, więc do mnie też trafiło. Przede wszystkim przekaz był konkretny, życiowy. Sam musiałem się mocno starać, aby dojść do czegoś w życiu, więc muzyka na pewno bardzo mi pomogła. Sporo w rapie odnajdywałem pozytywnego przekazu, z którego można było coś dla siebie wyciągnąć.

 

Życie na osiedlu mocno kształtowało charakter?

Pewnie, jeśli nie przeszedłbym osiedlowej szkoły życia, to nie byłbym w tym miejscu, gdzie jestem. Osiedle pokazało mi, aby walczyć o swoje i nigdy się nie poddawać. Życie też nauczyło, że jeśli nie dajesz z siebie wszystkiego albo jesteś dla kogoś nie w porządku, to prędzej czy później wyjdzie. Zostało mi stamtąd, aby wszystko robić na 100 procent.

#Dynamo Kijów
#reprezentacja polski
#Tomasz Kędziora

Najnowsze

Plan już bez białych plam. Wszystko, co trzeba wiedzieć o powrocie Bundesligi

Najpierw tydzień zbiorowej kwarantanny, później kolejne testy na obecność koronawirusa i w przyszłą sobotę derby Zagłębia Ruhry. Tak ...

#BundesBACK
#bundesliga
#liga niemiecka

Można zdobyć 10 mistrzostw i być niespełnionym? Losy niedocenionego Thiago

Po siedmiu latach w Bayernie Thiago Alcântara przedłużył kontrakt i rozważa nawet zakończenie kariery w Monachium. Zbliża się do trz ...

#Bayern Monachium
#bundesliga

Powrót nostalgicznych wspomnień i smaczki taktyczne, czyli dlaczego będę śledził Bundesligę

Niemcy dali sygnał jako pierwsi. Bundesliga wróci 16 maja i jest pierwszą z dużych lig, która podjęła konkretną decyzję dotyczącą wz ...

#BundesBACK
#bundesliga

KICK OFF newonce #3: Carragher Challenge – wersja Premier League. Przemek i Michał składają swoje drużyny

W najnowszym Kick Off newonce Przemek Rudzki i Michał Gutka podjęli się wyzwania Jamiego ...

#Carragher Challenge
#kick off

NFL Po Godzinach #5: Wspomnienie Dona Shuli, weterani NFL zmieniają kluby (PODCAST)

W ostatniej audycji NFL Po Godzinach Michał Gutka i jego goście wspominali zmarłego legendarnego trenera Miami Dolphins. Nie zabrakł ...

#Don Shula
#NFL
#NFL po godzinach

Gdzie już zakończyli ligi, gdzie walczą o powrót? Ściąga na czas pandemii

Niektórzy już zakończyli sezon, inni sposobią się do szybkiego powrotu bez publiczności, jeszcze inni chcą wpuszczać na mecze kibicó ...

#La Liga
#premier league
#serie a

DETALE I NIUANSE. U nas nie może być normalnie

Czym dłużej czekam na powrót polskiej piłki, tym bardziej męczy mnie brak powagi w niej. Wojenki o udziały, omijanie zakazów, potajemne treningi, wieczne krętactwo. Przede wszy ...

#dyrektorzy sportowi
#ekstraklasa

HIT THE BAR #8: Przyjęliśmy wyzwanie. Wybieramy nasze międzynarodowe jedenastki

Dominik Piechota i Michał Gutka w Hit The Bar na naszym kanale na YouTube podjęli się wyzwania, jakie zapoczątkował Jamie Carragher.

#Carragher Challenge
#Hit The Bar

Zielone światło od rządu. Bundesliga wraca w przyszłym tygodniu (AKTUALIZACJA)

Wszystko wskazuje na to, że Bundesliga faktycznie zostanie pierwszą ligą sportową w Europie, która wznowi przerwane przez pandemię r ...

#Bayern Monachium
#bundesliga

Elegancki sport dżentelmenów. „W snookerze zawodnicy sami przyznają się do faulów”

Tropimy przedstawicieli sportów, o których powinno się mówić więcej w naszym kraju. Po squashu przyszła pora na snookera. Tajniki te ...

#Adam Stefanów
#snooker
POKAŻ WIĘCEJ